Tak wiem, nie było mnie tu jakieś księżyce temu, ale najważniejsze to powrócić małymi kroczkami.
1. Soundtrack z "Oblivion"- film, który co prawda posiada dość skrajne opinie, ale za drugim razem mi się nawet spodobał. Nie wiem czy to kwestia klimatycznych tonów M83, czy mojego samopoczucia, ale generalnie powoli zaczynam przekonywać się do science-fiction (i tak, Jaime Lannister powinien mieć dłuższy czas antenowy w tej produkcji, bo szkoda jego potencjału).
Jeśli nie cierpisz Toma Cruise'a, a mimo to możesz oglądać z nim tytuł w roli głównej, to wiedz, że coś się dzieje.
2. Utwór muzyczny z "Dallas Buyers Club"- ten film na jakieś 99% zostanie uhonorowany Złotym Panem, bo aktorskie kreacje stoją na najwyższym poziomie i ja tego negować nie zamierzam.
3. Narutomania- gdyby kilka lat temu ktoś zaproponował mi oglądanie tego anime, prawdopodobnie skomentowałabym to ironicznym uśmiechem i cichym komentarzem w stylu "No na pewno". Jednak nie tylko udało mi się nadrobić pierwszą serię, ale w dodatku stałam się cichą fanką Sasuke i Naruto, co naprowadziło mnie na różnego rodzaju doujinshi na deviantArcie- a także pozwoliło odkryć parę gatunków yaoi ("Junjou Romantica" i "Ai no Kusabi" to chyba jedyne pozycje, które mnie zainteresowały).
4. Oglądam "The Good Wife" i jak na razie mi się podoba (a Alicia Florrick to zaginiona siostra bliźniaczka Famke Janssen)
5. Przerzuciłam się na Twittera- tak, stało się zamieniłam Facebooka na inny środek komunikacji, bo mnie znudził.
Czyli w czasach podstawówki i około gimnazjalnych. Seria wyjątkowo krótkich i być może mało zajmujących wynurzeń.
1. Bravo/ Bravo Girl- kiedyś czytanie tego magazynu było istnym szałem, nie tylko z powodu ładowanych tam prezentów, ale przede wszystkim kreowanej iluzji dorosłości- podpartej słynnymi na cały internet listami do redakcji. To, czy były one zgodne z prawdą wciąż pozostaje słodką tajemnicą, jednak wtedy to gazety pełniły rolę medium informacji o zespołach i gwiazdach. Co lubią, czego słuchają, no i były jeszcze te wiekopomne plakaty na środku strony.
2. W.I.T.C.H.*- pamiętam, jak zaświeciły mi się oczy na widok okładki komiksu. W tamtych czasach przechodziłam fascynację mangowymi rysunkami (sama też tworzyłam z lepszym, bądź gorszym skutkiem), co spowodowało, że od razu zabrałam się za serię. Bo po pierwsze bohaterki są po prostu interesujące, po drugie podobał mi się pomysł z portalami i podwójną tożsamością (oraz fakt, że Strażniczki po przemianie są bardziej dojrzałe, co różniło je od rzeczywistego wyglądu), no i do tego dochodził też wątek szkolny. Jak wiadomo, boom na tytuł przerodził się w różnorakie gadżety i wydania- tak więc zdarzyło mi się przeczytać którąś z książek [z przygodami Will]. Ogromnie rozczarowała mnie wersja telewizyjna, w której dziewczyny z Sheffield obdarzono niezbyt udanym dubbingiem, a cały design stracił na kolorystyce i nasyceniu. Miesiące temu próbowałam wrócić do tytułu i wykonać sentymentalną podróż do świata W.I.T.C.H., ale niestety- brak umiejętności pisarskich dał mi się we znaki.
3. "Pamiętnik Księżniczki"- cykl wielotomowy, który okazał się genialnym punktem wymiany między koleżankami: jak jedna miała część pierwszą, to inna kupiła drugą, dzięki czemu można było nadrobić wszystkie 'odcinki' bez całkowitego wypłukania z gotówki. Perypetie Mii czytało się dobrze za sprawą jej ironicznych spostrzeżeń względem obrotu sytuacji (mało popularna licealistka dowiaduje się, że jest dziedziczką tronu Genowii), oraz dość napiętych stosunków z babcią: która wolała, by nazywać ją Grandmère. I choć nawet dotarłam do szóstego/ siódmego tomu, gdy dowiedziałam się o jednym spoilerze odechciało mi się brnąć dalej w serię. Innym z powodów była część druga ekranizacji, co miała z serią tyle wspólnego, co ja z fizyką kwantową.
4."Czarna Magia w szkole"- biorąc pod uwagę jak tytuł ocenia się w sieci, niektórzy być może strzelą kulturalnego facepalma, ale w tamtych czasach wszystko co wiązało się z tajemniczym zniknięciem/magią/ zjawiskami paranormalnymi wystarczyło, żeby mnie przekonać. Fabuła należy do najkrótszych, objętość zresztą też, ale to, iż trzeba było rozwiązać zagadkę oczami narratorki, wydawało się całkiem udanym zabiegiem. Jako osoba o względnie rozwiniętej wyobraźni nie miałam problemu z zaakceptowaniem rozwoju akcji, a poza tym dowiedziałam się, czym tak właściwie jest pipetka.
5. CD-ACTION- może nie tyle kupowałam CD-A, co czytałam je u wujka informatyka, który kilka lat temu magazynował różne ciekawe rzeczy (na przykład "Asterixy"). Oczywiście z początku wertowałam strony z powodu 'fajnych obrazków', ale potem okazało się to dobrą, czytelniczą rozrywką. Tu pierwszy raz zetknęłam się z recenzjami gier, choć jak wiadomo w tej chwili słowo recenzja być może różni się od wcześniej nadanych standardów (a może nie?).
Owszem, czytałam w wieku 12 lat "Kawaii", a wcześniej "Cybermychę" (jak teraz pomyślę o nazwie to robi się dziwnie), ale wyciągać wszystkiego z głowy nie dam rady.
A wy, co wtedy przeglądaliście?
*I znów świerzbi mnie by podumać na ekranizacją, cóż za przewidywalność
To dla niektórych będzie ostry szok. Otóż znalazłam się w szacownym gronie blogerów, nominowanych do Liebster Award przez Myszę- dzięki której znalazłam pretekst do napisania nowego posta (stagnacja, ma wieczna stagnacja). Jednak pozwolę sobie nie prezentować żadnej listy linków, z tego powodu, że większość już się pojawiła (wiem, jestem beznadziejna). A teraz przejdźmy do pytań.
1. Ulubiona piosenka "z filmu"?
Pewnie mogłabym tu wymienić multum, ale posłużę się swoją ostatnią fascynacją, związaną z odświeżeniem "The Breakfast Club".Chodzi oczywiście o "Don't You" Simple Minds. A myślałam, że lata osiemdziesiąte to nie moja brożka.
Przekonywanie do seansu bywa irytujące, ale z ręką na sercu polecam ten film ludziom, którzy jeszcze go nie widzieli (kosmitom też).
2. Reżyser, którego filmów z zasady nie lubisz?
[Złowieszczy śmiech w tle]. Z pewnością Bertolucci, którego dwie z trzech produkcji mnie delikatnie mówiąc zdegustowały. Podobnie mam z Jimem Jarmuschem- seans"Mystery Train" wciąż pozostaje rozczarowującym wspomnieniem. Podium zamyka tu Woody Allen z powodu marnego "Vicky Cristina Barcelona" ("Annie Hall" i "Wszystko gra" mi się podobało, ale VCB boli mnie do tej pory). O i może jeszcze Cronenberg. Jakoś mi nie po drodze do jego wizji.
3. Film, który obejrzałeś/obejrzałaś w tym roku, a który najbardziej Cię zaskoczył (pozytywnie lub negatywnie)?
Pozytywnie: chyba "Na zawsze Laurence", bo mój stosunek do wcześniejszych filmów Dolana był po prostu obojętny.
Negatywnie:"Niebieski" Kieślowskiego. Choć produkcji nie oceniam nisko, to nie mogę oprzeć się wrażeniu rozczarowania.
4. Serial do którego oglądania trudno jest Ci się przyznać przed znajomymi?
Chyba "Doctor Who"(ok, jestem na Tennancie). Czemu? Bo nie wszyscy umieją podejść z dystansem do tej stylistyki plus obejrzeli z jeden lub dwa randomowe odcinki.
5. Książka, która zmieniła Twoje życie?
Cykl "Królowie Przeklęci" Maurice'a Druona. Po niej już wszystko kojarzy mi się z templariuszami.
6. Gdyby Twoje życie miało przypominać dowolny serial, który byś wybrał/wybrała?
Dobre pytanie. Gdybym wybrała "Grę o tron", byłabym chyba masochistką, a z drugiej strony po takim "Hannibalu" nie mogłabym spać po nocach. Zatem decyduję się na świat "Martina Tajemniczego" (mam nadzieję, że rysunkowe serie też mogą być).
7. Twoje tegoroczne (lub zeszłoroczne) odkrycie muzyczne?
8. Gatunek filmowy, którego oglądanie przychodzi Ci z trudem?
Najbardziej western. To po prostu nie moje klimaty.
9. Wymarzony geekowski pojazd, który chciałbyś/chciałabyś sobie sprawić?
Magiczna Chmurka Son Goku. Choć nie wiem, czy podpada pod tę kategorię.
10. Wyobraź sobie, że Twój znajomy/znajoma może Cię przedstawić Twojemu ulubionemu aktorowi/aktorce/muzykowi/twórcy/pisarzowi/whatever. Czy korzystasz z okazji, by poznać swojego idola?
Musiałabym to dobrze rozważyć, biorąc pod uwagę mą patologiczną nieśmiałość.
11. Najbardziej żenujący utwór, jaki ostatnio wpadł Ci w ucho?
1. Do której serialowej rodziny chciałbyś/łabyś należeć?
Pierwsze pytanie i już zagwozdka. Wygląda na to, że nie znam zbyt wielu serialowych rodzin, a jak już to kompletnie wyleciały mi z głowy. Po gruntownym namyśle wybieram coś między "Czarodzieje z Waverly Place" (możecie hejtować, ale hej-tam się czaruje!) i "Jak dwie krople wody" (oglądałam to w czasach gimnazjum i mam gigantyczny sentyment do Olsenek).
2. Jeśli miałbyś/miałabyś okazję dać Morganowi Freemanowi jakikolwiek tekst do przeczytania, to co by to było?
Notatkę z wykładu o KPA. Nic bardziej nie prowokuje do rozmyślań, jak nuty Freemana ślizgające się po definicji decyzji i postanowień.
3. Wpis na blogu, którego pisanie sprawiło Ci najwięcej frajdy.
Ta o rocznym podsumowaniu. Od groma w nim irytujących gifów, ale naprawdę miło się pisało.
4. Scena filmowa, którą chciałbyś/chciałabyś odtworzyć w swoim życiu.
Fragment z "Zabiłem moją matkę", gdy Hubert goni Chantale ubraną w ślubną suknię. Poniżej filmik.
5. Twoja najbardziej geekowska fantazja seksualna.
[nie wiem czy o to chodziło] Na pewno motyw 'użarcia' przez wampira (ew. odwrotnie)/gorące krzesło z Jamesa Bonda (torturująca Elektra).
6. Najbardziej znienawidzona postać serialowa.
Kurczę, mam takich przesyt, ale gdybym już musiała wybierać byliby to: Joffrey Baratheon ("Gra o Tron"), Catelyn Stark ("Gra o Tron"), DS Erin Gray ("Luther"), Robin Hood BBC, Gubernator z "The Walking Dead" i Elena Gilbert z "Pamiętników Wampirów"(choć ta z dużo mniejszym natężeniem).
7. Jesteś supersławnym blogerem i dostajesz okazję uczestniczenia w
powstawaniu filmu swojego ulubionego reżysera. Którego wybierasz? I jak
wyobrażasz sobie swoją rolę w filmie?
Davida Finchera. Coś pomiędzy tworzeniem scenariusza i soundtracku, byłoby w sam raz dla mnie, a kto wie, może bym wystąpiła w jakimś epizodzie?
8. Film, którego nigdy nie podejrzewałeś/łaś o to, że wzruszy Cię do łez.
Chyba "Les Miserables", bo podejrzewałam tę produkcję o tanie chwyty.
9. Który serial powinien otrzymać swoją filmową kontynuację?
Zdecydowanie "Miasteczko Twin Peaks" tyle, że film musiałby odnosić się do późniejszych wydarzeń z serii, a nie dookreślać ją łącząc przeszłe zdarzenia- tak jak miało to miejsce w "Ogniu krocz za mną".
10. Jakie smakołyki pomagają Ci w pisaniu?
Zdecydowanie te, które zawierają w sobie jakiś element czekolady.
11. Film, który byłby idealny, gdyby nie jego zakończenie (wiem, niebezpieczne pytanie).
"Blue Velvet". Nie zdradzę czemu, po prostu mi nie pasowało. I jeszcze "Kocha, lubi, szanuje", bo wyszło zbyt ckliwie (chodzi mi o przemówienie w szkole).
kolejny EDIT: To jeszcze podchwycone z Ovis aries!
1. Oskar za najlepszy film 2013 roku trafi do...?
Nigdy nie byłam dobra w tego typu zabawach, ale być może trafi on do któregoś filmu z Fassbenderem (może "12 Years a Slave"), produkcji z Tomem Hanksem (Hanks jest lubiany przez Akademię), albo też padnie na "Butlera".
2. Największe serialowe zaskoczenie tego sezonu to..
I tu pustka w głowie, bo widziałam tylko "Sleepy Hollow", a na niego nie wyczekiwałam. Ździebko rozczarowało mnie "The bridge" (pasuje?).
3. Trzy ulubione książki z dzieciństwa to?
"Ania z Zielonego Wzgórza", "Harry Potter" i "Karolcia" (podobał mi się motyw znikania i Filomena).
4. Filmy w kinie czy w zaciszu domowym?
I tu i tu. Kino jest po to by chłonąć efekty, a domowe pielesze, by szukać inspiracji.
5. Kobieta-gracz gra tylko w Simsy?
Kobieta-gracz nie tylko specjalnie nie gra w Simsy, ale ubóstwia strzelanie z pistoletu- choć przede wszystkim nie straszne jej klikanie do upadłego i łączenie abstrakcyjnych przedmiotów, żeby przejść grę przygodową.
6. Aktorskie odkrycie 2013 roku:
Lee Pace. Zaczęło się od "Lincolna", potem była "Dziewczyna żołnierza", a kilka miesięcy temu odkryłam, że zagra(ł) w "Hobbicie".
7. Ulubiony filmowy lub serialowy bromance?
Tulio i Miguel z "Drogi do El Dorado" (nie wiem czy Will i Hannibal tu pasują).
Czyli fantasy w natarciu, a ja się nie znam na anime.
Od lewej: Zelgadis, Lina, Amelia i Gourry.
Dawno temu, w mistycznej krainie, żyła czarodziejka imieniem Lina Inverse.
Nie stroniła od mocnego trunku, a swój czas spędzała walcząc z oprawcami.
Jednak, prócz hobbistycznego niesienia pomocy mieszkańcom (skutkującego
opłakanymi rezultatami), Linie zdarzało się dorabiać na boku- wszak złoto
piechotą nie chodzi, a Linie daleko do nieskazitelnej wybawczyni. Pech chciał,
że tym razem Inverse skradła coś, co przysporzy jej multum kłopotów- i nie
mówię tu o gadającej rybie, czy też mumii-prześladowcy…
Ale, nim do tego dojdziemy, przybliżę kawałek fabuły. Po udanych łowach, w
środku lasu Lina spotyka Gourry’ego Gabrieva- aspirującego szermierza o słabej
koncentracji. Ten rosły młodzieniec szuka damy do obrony, a los chciał, że
trafił akurat na Linę (tak to jest, kiedy śledzi cię banda złodziei).
Nasza bohaterka świetnie bawi się w scenie ratunku, zaś Gourry
nieopatrznie bierze ją za… dziecko. I choć wszystko zakrawa na tani chwyt
komediowy, Gourry i Lina względnie się polubią [wcale nie chodzi o jego Miecz
Światła] ruszając do Atlas City-co rzecz jasna jest zalążkiem sagi „Slayers”.
Tam właśnie szacowna dwójka krzyżuje swe drogi z Zelgadisem. Ów
jegomość składa Inverse propozycję: chce odkupić przedmiot, który wszedł w jej
posiadanie. Jednak Lina celowo odmawia dokonania transakcji, czując, że chodzi
o potężną magię. Do kwestii wmiesza się kapłan Rezo- jeden z mędrców, o
którym dawno słuch zaginął. Zdaniem Rezo Zel za pomocą posążka (który ma
Lina) chce zbudzić demona Shabranigdo, co zakrawa na Apokalipsę. Wszystko to
pachnie bardzo podejrzanie-i zresztą nic dziwnego. Bo pozory mylą, a ci, którzy
zdają się kryształowi, skrywają w sobie szemrane intencje (albo raczej moce).
Do grona osobliwości zaliczyć można Amelię Seyruun- księżniczkę,
marząca o fachu wojowniczki. Amelia kocha sprawiedliwość w mocnym słowa
znaczeniu, co oczywiście rodzi konflikt między nią a Liną- wszak trudno
wyobrazić sobie Inverse w roli Usagi Tsukino (podniosłe frazy są domeną Amelii,
co momentami wypada komicznie: zwłaszcza kiedy ‘psuje’ akrobacje odstawiane
przed złoczyńcami). Ona też staje się członkinią ‘Slayers’, dopełniając to dość
oryginalne towarzystwo.
Niesamowite zwroty zdarzeń spowodują, iż Lina, Gourry i Zel zmierzą
się z grozą nie z tej Ziemi, a wraz z
Amelią stoczą [epicką] bitwę w mieście Sairaag. Tutaj poznamy Sylphiel- uroczą,
acz nie bezbronną kapłankę, podkochującą się w Gourry’m (który niczego się nie
domyśla).
W „Slayers” poza zabawną otoczką, odnajdziemy pojedyncze dramaty
bohaterów. Zelgadis, żyjąc w ciele golema-demona, czuje się oszukany i samotny
[przyznaję, że wyszło dość Emo]. Wszak nawet zachłanna Lina żywiła doń pewną niechęć/rezerwę.
Co uważniejsi wychwycą, że w oschły sposób traktuje[ludzkie] uczucia i pewnie nie
raz działał poza prawem. Zel w tej
części wydaje się najbardziej
rozbudowaną [charakterologicznie] postacią, choć motywacja Rezo też pozostaje w
pamięci. Kapłan obdarzony mocą uzdrawiania, nie mógł (o ironio) przywrócić
wzroku sobie- co skutkowało niewłaściwymi decyzjami, niszczącymi Rezo oraz…
zresztą, co ja będę zdradzać.
MW słyną z bycia mieszaniną
gatunków. Jest i komedia i tragedia,
trochę groteski, a przede wszystkim klimat rodem z „Indiany Jones’a”. Owszem, jak
to z anime bywa, zdarzają się przerysowane sytuacje: kopniaki, nokauty, kompulsywne
pożeranie kurczaków- choć na szczęście dzieją się z odpowiednim balansem. Ważną
rzeczą są też umiejętności naszej heroiny. Posługuje się magią, ba, czarną
magią- a choć ofensywną, to i diablo trudną, mogącą spowodować rozdarcie
wszechświata (giga smok i ostrze stosowane w ostateczności, osłabiają Inverse
do granic możliwości). Nie ma więc łatwych rozwiązań w dokonywaniu wyborów,
zwłaszcza gdy mówimy o Linie Inverse. Mimo wad nie da się tej [rudej] pannicy tak
po prostu znielubić, bo w moim odczuciu to całkiem udana bohaterka- spajająca
resztę grupy swym barwnym jestestwem.
Jak można nie lubić Xellosa?
A, ponieważ darzę autentycznym sentymentem* „Magicznych wojowników”,
szybko pochłonęłam drugi sezon, z podtytułem „Next”.
Co zatem dzieje się w Next? Zelgadis, szukając Księgi Proroctw wplątuje
Linę w wir wydarzeń, które znów tyczyć się będą losów świata. Jednak nie ma
zabawy bez dodatkowej zagwozdki- w postaci znikającego Don Pedro. On też pragnie
odnaleźć Księgę Proroctw, z marszu wprowadzając zamęt w naszej paczce. Wszak
Xellos- bo o nim mowa, nie wygląda na śmiertelnika, a przy tym ma dość
irytującą manierę (jego ulubiony tekst
to: ‘To tajemnica’).
Slayersi sami w sobie mogą wydawać się niedopasowani. Lina jest
egocentryczna, zbyt pewna siebie i prowokuje kłopoty. Gourry nie grzeszy
inteligencją, a jego brak obeznania często prowadzi do konsternacji- nawet u
wroga. Amelia, choć nie jest królową konfliktu, bywa infantylna, oraz koloryzuje
sytuacje. Zelgadis zaś izoluje się raz po raz, wybierając stronę, która da mu
więcej możliwości (na zdjęcie zaklęcia). Mimo to, w sytuacjach
podbramkowych wszyscy mocno się wspierają,
zarówno na polu bitwy jak i podczas obiadu-choć z tym to akurat różnie bywa.
Za moment oprócz wesołego Xellosa (przymknięte źrenice = znak
rozpoznawczy), problemem okaże się klonowanie, fioletowe plazmy, a także księżniczka
Martina- nieudolnie próbująca zemścić się na Linie (ta znowuż ćwiczy demoniczny
śmiech). Ale nic to w porównaniu do stwora
tygodnia- czy raczej sequela,
który zwie się Gaav. Pech chciał, że Slayersi [tym razem] nie radzą sobie z przydupasami
poplecznikami Gaava- zatem starcie okaże się trudniejsze, niż można
przypuszczać.
Tym bardziej, że (i tu cienkie fanfary w tle), za wszystkim stoi porażający
osobnik z zaświatów. Zakończenie jest więc emocjonującą beczką ckliwych utworów-
co wcale nie znaczy, że nie uroniłam łezki. „Slayers Next” można więc pochwalić
za świat przedstawiony, dynamikę, a zwłaszcza nakreślone postaci: zarówno protagonistów, jak
i antagonistów.
Valgaav we własnej osobie.
Co do „Try”, czyli trzeciej odsłony serii, z początku miałam mieszane
uczucia- o ile pamiętam, nie porwała
mnie tak jak poprzednik.
Bariera dzieląca krainę potworów i ludzi została naruszona, skutkując narastającą
paniką i wezwaniem… Liny Inverse. Z tą prośbą zwraca się smoczyca Filia, twierdząc, że Inverse jest
kluczem do zniesienia zagłady (nieważne, że była ostatnią kandydatką). Za chwilę
też bohaterowie poznają main villain’a czyli Valgaava- eks sługę
czerwonego Gaava. Do całości wmiesza się [jak zwykle] wścibski Xellos,
niepokojąc się celem Valgaava (albo tym, kto mu pomaga).
W „Try” punkt ciężkości przeniesiono na świat bytów wyższych. Więc
uwierzcie mi- będzie patetyczniej, niż zwykle. W serii przewiną się [zatem]
bogowie, potwory, smoki, no i oczywiście ludzie. Którzy- wbrew (obiegowej)
opinii, nie są tak nieistotnymi drobinkami we wszechświecie. Plot twisty odwrócą postrzeganie
charakterów, nabijając naiwnego widza w butelkę. Okaże się, że zacietrzewiony wróg
Liny jest postacią tragiczną- cierpiącą z powodu starożytnego pochodzenia. Trudno
momentami nie współczuć Valgaavowi, co otrzymał moc smoka-potwora [nie
znoszących się ras] wbrew sobie.
Niezmiernie zaskoczył mnie odbiór tej części. Problematykę sił zła i dobra,
rozbudowano do autentycznych realiów, sugerując wszechobecną hipokryzję. Mimo
to, z serii wysuwa się i pozytywny
przekaz: można zasłużyć na drugą szansę, nawet jeśli żywi się [uzasadnioną] nienawiść.
Mydlić oczu nie będę-niektórym „Slayersi” mogą w ogóle nie przypaść do
gustu. ‘Wojownicy’ to moje rysunkowe „Sleepy Hollow”: łączą tę porcję
fandomowego pisku, który jest niezrozumiały dla postronnych- i w dodatku
posiadają kilogramy kiczu. W którym nawiasem mówiąc im do twarzy.
*Oglądało się w wieku dwunastu, trzynastu lat w telewizji.
Znów przeważyła ciekawość, a
jakże. W końcu film posiadający skrajne opinie od zawsze wzbudza kontrowersje. I pokusę obejrzenia. Pomijając całe
zamieszanie z festiwalem w Cannes (gwizdy, popłuczyny i tym podobne) zdziwiona
byłam, że tak wielu chciało rozbebeszać dzieło Refna na atomy- dodając przy tym
spazm narzekania na miałkość i brak koncepcji*. Bo, biorąc pod uwagę uprzednie produkcje,
można zauważyć, że Refn wcale nie celował w mainstream.
Zatem, cytując klasyka: o co tyle szumu? Tak jakby kino autorskie wyszło nagle
z worka.
Powinnością kinomana- nawet tego
samozwańczego, jest (chociaż częściowe) nawiązanie do dorobku.
Jak wiadomo, Nicolas Winding Refn to twórca, czerpiący garściami z formy
specyficznej, co swe apogeum nabrała po projekcji „Drive”. Nie należy zapominać,
że Duńczyk wpierw kręcił filmy nie tyle społeczne, co paradokumentalne- a ich
przedstawiciel to słynna trylogia „Pusher”.
Ni mnie ziębiła ni grzała informacja o tym, czy w „Only God forgives” wystąpi Ryan
Gosling. Zdecydowanie bardziej wolałam wcześniejszą ‘muzę’
Refna, czyli Madsa Mikkelsena. Ale-dość tych mętnych rozważań, bo nie o
preferencjach tu mowa. Skupmy się na tym, co było treścią.
Z tym jednak będzie ogromnym
kłopot, bo ową treść podano w zależności od widza. Jedni stwierdzą, że fabułę da się skrócić w 10 minut** i wyśmieją artystyczne zapędy twórcy, inni
oskarżą Refna o upodobania do bezsensownego mordu- podyktowane psychiczną
chorobą tegoż. Ale znajdzie się też grupa zachwyconych- widząca w tytule
metafizyczne przeżycia, bądź po prostu niecodzienną rozrywkę. Być może na tym
polega odwieczny problem dzieł ‘innych’, że nie trafią- i nie muszą trafiać do
każdego. Zresztą, można zauważyć, że Refn stoi nieco w opozycji do Larsa von
Triera- co w swych dziełach [bardzo] mocno wnika w świat i osobowość kobiet. Tu
jest kompletnie inaczej. Szkoda, że panowie nie zabrali się jeszcze za wspólny,
kinowy projekt, bo mogło być
interesująco.
Drwi sobie ten reżyser z odbiorców
i to wielokrotnie. Najpierw wydaje nam się, że postać Goslinga wieźć będzie
prym w całym tym spektaklu, po czym wszystko zmienia się jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki. Bo już w pierwszych minutach, ryan’owy Julian snuje się z niewyraźną ekspresją twarzy, nie
zmieniając jej przez bagatela ¾ projekcji. Nie wiadomo co mu leży na wątrobie:
szuka sensu życia i czegoś co pomoże zejść z tego świata, czy po prostu taką
przyjął maskę? Właściwe, to cała jego osoba jest praktycznie przemielona
przez niszczarkę. [spoiler]W
momencie kluczowym dla fabuły (słynne „Wanna
Wight?”), kiedy chcemy by w końcu coś się rozwiązało, ten wyglancowany
jegomość miast dokonać zemsty, okazuje się przegranym i pobitym posiadaczem wielkich
śliw na oczach. [/koniec] Najważniejsza,
czy raczej czołowa postać Changa- powiązana z resztą bohaterów, jest
praktycznie niezauważalna. Być może dlatego tak trudno wniknąć w ów mglisty zamysł.
No właśnie-wszystko jest bardzo
mgliste. Pisane frazesów w stylu co autor miał na myśli wcale nie będzie
powodem do wstydu. Bo przekombinowane motywy mocno zatarły historię,
ograniczoną jedynie do dialogów, albo raczej para dialogów: wypowiedzi
dziwnych i bardzo skrótowych. Tyle, co dowiedzieliśmy się o bohaterach można wyciągnąć
przez słuchanie telefonicznej rozmowy w metrze, bądź innym systemie komunikacji. Przewrotnie też widzimy lwią część wydarzeń z perspektywy rodziny
zabitego. Wcale nie mam ochoty kibicować familii gwałciciela, mordercy i (prawdopodobnie)
zboczeńca ze skłonnościami pedofilskimi. Atu poniekąd tak być miało. Ale- tylko poniekąd.
Cała opowieść, rozgrywa się w
klimacie mistycznego (a zarazem krwawiącego) Bangkoku. Moje pierwsze
skojarzenie z miastem nie było zbyt pozytywne: chodzi oczywiście o seks
turystykę, a mówiąc ściślej prostytucję. Dodajmy do tego mit amerykańskiego
snu, który przeniósł się również do Azji, aotrzymamy coś na kształt podium, w którym brak zwycięzców i przegranych.
Bo- szczerze mówiąc, historię filmu przysłonił blask neonowych pokoi,
sugerując, że nie chodzi o krzepienie się fabułą, tylko warstwą wizualną. To mi
na początku zgrzytało, bo stawianie formy nad treść często prowadzi do gorszych
odczuć po filmie (np. „Debiutanci”, „Wyśnione miłości”).
Cliff Martinez, okazał się
wybawieniem z kinowego marazmu, tworząc ścieżkę dźwiękową, wzbijającą tytuł na
wyżyny***. Być może brzmi to kiepsko, ale jednak-gdyby nie soundtrack, ciężko byłoby cokolwiek napisać. Jestem jedną z osób, którym łatwiej wchłonąć konkretnie
podany ciąg zdarzeń, a nie przeplatankę, okoloną symbolami na granicy absurdu.
Weźmy przykładowo moment, w którym Chang wpada do baru z karaoke i każe
kobietom zamknąć oczy. Teatralność pełną gębą. Ale, wracając jeszcze do dorobku
Martineza, cieszy mnie, że postawił na ambientowe kawałki. Mieszanie tradycji
(miecz) z nowoczesnością (muzyką) sprawdza się tu dobrze, choć elektronika nie
należy do najbardziej wielbionych gatunków. Ożywcze bębny i groźne klawisze-
to najmocniej pamiętałam z filmu. I jeszcze spokojną pieśń pod koniec.
Atmosferę bokserskiego światka, w
którym znajduje się zblazowany Julian, przerywa wieść o tym, że starszy brat (Billy),
został zamordowany przez policjanta- imieniem Chang. Jak się okazuje, Billy miał
już na sumieniu brutalne morderstwo córki Changa. W tym momencie rozpoczyna się
obustronna vendetta, podsycana przez matkę Juliana, Crystal. To jednak nic w
porównaniu z szaloną ideą, czekającą na nieświadomego widza- jeśli nastawia się
rzecz jasna na powtórkę z „Drive”…
Był taki moment, w którym nie
dziwiły mnie opinie, odnośnie damskich postaci u Refna (marginalizacja). Tu też
pojawia się podobny wątek w osobie Mai (ładny dodatek): jest
praktycznie niedostępna i takie sprawia wrażenie. Tyle, że prym w produkcji
wiedzie Kristin Scott Thomas, w roli samozwańczej Crystal. Jest szefową biznesu, ba- za nic ma zagrożenie ze
strony Changa i trzęsie wrogami samym swym przybyciem. Z mej perspektywy, to
kompletnie nietypowe wcielenie Scott Thomas: zawsze kojarzyła mi się z
brytyjską dystynkcją, co też przekładało się na inną charakteryzację. W filmie
Refna jest zaś koturnową kobietą u władzy, ni-
to- krewną Donatelli Versace. Stosunek Crystal do Juliana jest- mówiąc
oględnie nie uroczy, no i ma mocno zaburzony obraz zmarłego syna (Billy). Widz,
słuchając tych superlatywów względem pierworodnego, odczuwa jedno wielkie
zakłopotanie- co, nawiasem mówiąc pachnie inspiracją kompleksem Edypa. I, choć
może się wydawać, że osoba Crystal wypada karykaturalnie, na szczęście jest
[naprawdę] zacnie zaprezentowana. A Ryan Gosling? Właściwie robił to samo, co
Sean Penn w „Drzewie Życia”.
Patrząc na ten wywód, dochodzę do
wniosku, że zapomniałam napisać o pewnej ważnej rzeczy. Otóż, „Only God Forgives”
obejrzałam, będąc pod wpływem alkoholu. Nie mogę zagwarantować, że moje zdanie byłoby
lepsze/ gorsze bez wspomnianego wspomagacza. Może wyglądać, że mimo wszystko
jestem zadowolona- choć nie wiem czy z powodu zaskoczenia, czy raczej musującego
piwa w żołądku.
*i tak dalej
**pewnie nawet i krócej, ale po
co od razu zniechęcać ludzi, którzy nie widzieli filmu