Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 lipca 2013

Carnival animal.

Disclaimer: nie będzie ani żadnych odniesień do książki, ani do tego, że serial strasznie mi się kojarzy z krawatami (internetowy Esquire uznał Hannibala za najlepiej ubranego bohatera TV- może stąd to nawiązanie); 

       Ten wpis kiełkował w impulsywny jak zawsze sposób, łącząc mój entuzjazm z brakiem merytorycznego przygotowania. Zdałam sobie też sprawę, że pomijanie serialowych podsumowań, fatalnie wpływa na kulturalne samopoczucie mniej lub bardziej obeznanego blogera (tak uogólniam-jak bardzo złe to stwierdzenie?). Jeśli czytając to wszystko kręcicie nosem, mając dość  standardowego ‘trucia bez sensu’, dajcie mi chwilę, by się wytłumaczyć. Niedawno skończyłam intensywny kurs językowy i czuję się roztargniona, a notka- choć nie jest zbyt odkrywcza, powstała po to, żeby wyjść z marazmu. Pewnie za moment poczuję, że mogłam darować sobie ten temat, ale niech będzie-od czegoś trzeba zacząć. A nic tak nie poprawia humoru jak produkcja, która okazała się dużo bardziej interesująca, niż z początku.
              Zacznę od tego, że współczesne kryminały cierpią na tendencję gotowego scenariusza. Ciężko trafić, na coś, co nie będzie klonem swego poprzednika. Osobiście, zdarzyło mi się nawet pomylić jedną produkcję z drugą, bo są lub były w czymś do siebie podobne („Siedem”/”Złodziej życia”/”Psychopata”). Choć  procedurale wyskakują jak grzyby po deszczu, wciąż nie dają nam gwarancji na rozrywkę z wyższej półki. Wszystkiemu winien jest zarówno pedantyczny technicznie David Fincher, jak i świat po projekcji "Milczenia Owiec". Adaptacja literackiego pierwowzoru, umożliwiła przedstawienie historii, w której główny psycho-killer nie tylko okazuje się inteligentnym osobnikiem, ale przede wszystkim jest ciekawiej skonstruowany niż niejeden protagonista-> np. biorąc pod uwagę „Czerwonego smoka” (być może to wynika z mojej nikłej sympatii do Edwarda Nortona; generalnie: nie rozumiem jego fenomenu). Jednak ożywienie, tudzież re-interpretacja ikony, pobudziła multum kontrowersji, poczynając od tych najgłośniejszych. Nie obyło się bez batów w stronę Madsa Mikkelsena, którego z marszu oceniano przez pryzmat Hopkinsa, dodając przy tym swe gorzkie żale względem ‘fatalnego’ akcentu Duńczyka. Z drugiej zaś strony Will Graham, to jeden z najmniej lubianych osobników, słynącego z hejterstwa filmweba. W dzisiejszym odcinku, postanowiłam odgrzebać z pamięci zarówno produkcję odcinkową, jak i wspominane wyżej "The Silence of the Lambs”. Będzie więc trochę lania wody, a trochę analizy pod kątem niektórych kryteriów. Zatem do dzieła. 

Po tym serialu będziesz śnić o grasujących, gigantycznych jeleniach, mózgu w foliowej postaci, a przede wszystkim skomplikowanych dźwiękach, wywołujących uczucie przygnębienia. Tak, moi drodzy, dla mnie „Hannibal” to jest przede wszystkim jakaś depresyjna niemoc. Co z tego, że Willowi po części udaje się wytropić sprawcę, skoro tylko podwyższy ów stan psychozy i zbyt duże zaangażowanie w sprawę? Już nie mówiąc o zaburzeniach tożsamości i tak potwornie realistycznych snach, że ma się wrażenie, jakby ktoś celowo tego pana torturował. Fakt faktem, że nie trzeba filozofa by domyślić się o kogo mi chodzi, ale cały smaczek- związany z  pewną relacją, zostawię sobie na później. 
    Poznajcie Willa Grahama- specjalistę od spraw beznadziejnych. Will to samotny posiadacz psich czworonogów, pracujący w jednostce FBI. To znaczy tak nie do końca- raz widzimy, że prowadzi wykłady, a za moment zjawia się na środku miejsca zbrodni. Jest potrzebny przy konsultacjach za żółtymi taśmami, bo nikt inny nie potrafi stworzyć odpowiedniego profilu mordercy. Kontrowersji owej kwestii dodaje fakt, że Will niekoniecznie winien pracować w podobnych warunkach. Dlaczego? Bo, gdy omawia swe krwawe refleksje, z dowodzącym sekcją Jackiem Crawfordem, od razu widać, że coś męczy go niemiłosiernie. Co uważniejsi wychwycą, że być może miał już do czynienia z tak poważnym scaleniem z mordercą, iż nie mógł przez dłuższy czas funkcjonować (i, że prawdopodobnie coś mocno wryło mu się w psychikę). I choć w pierwszych minutach, umiejętności Willa wydawać się mogą nadmiernie przesadzone*, jest to niezbędne by się zorientować, że przysporzą mu więcej kłopotów, niż radości. A czym tak właściwie dysponuje W. Graham? Dosłownie (i w przenośni) empatycznym podejściem do ściganego mordercy, którego jest w stanie zrekonstruować nie tylko pod względem  psychologicznym , ale i tym detalicznym: jak to zadawał on ciosy ofierze, czy miał konkretny motyw i tym podobne. Pełna hiperanaliza, wymagająca twardych nerwów i czaszki ze stali. 

Zatem, co robi Jack Crawford, by móc spać po nocach wiedząc, że sprowadził Willa na złą drogę? Prosi o pomoc renomowanego- i chyba własnego psychiatrę, doktora Lectera (mroczne bah-dum-tss w tle), by miał oko na chwiejnego Willa i zdawał mu raport z jego postępów. Ten dość ryzykowny i kontrowersyjny pomysł, z dnia na dzień robi się coraz bardziej niewygodny. Bo po pierwsze: doktor Alana Bloom- inna psychoterapeutka, nie tylko uważa powrót Willa za zły z powodów naukowych, ale i stricte osobistych. Po drugie: na karku depczą śledczym głodni dziennikarze, z bezkompromisową Freddie Lounds na czele- a ona już wie, jak wykorzystać nietypowość Grahama. No i po trzecie: wiemy doskonale, że angażowanie Lectera w roli mentora jest jednym z najbardziej samobójczych gestów w dziejach popkultury-> to znaczy, oni tego nie wiedzą, ale po co od razu psuć zabawę. 
   W trakcie serialu przewija się kilka mniej, lub bardziej istotnych zabójstw, prowadzących do satysfakcjonującego finału. I, chociaż mi też zdarzyło się psioczyć w stronę pierwszych epizodów, mam wrażenie, że celowo rozłożono akcję w ten, nieco leniwy sposób. Bowiem wszystko, co wydarzy się w początkowych minutach serii, wraca ze zdwojoną szybkością w chwili, gdy Will coraz mocniej wątpi w samego siebie- a Lecter milimetr po milimetrze, wgryza się w jego zaburzoną osobowość. Po zabójstwie Garretta Jacoba Hobbs’a, Will nie potrafi już zrozumieć, czy staje się tym samym potworem co Hobbs, czy tylko jego podświadomość-którą ktoś majstrował, robi sobie z niego, że się tak wyrażę żarty. 

     Podczas projekcji poznamy feerię irytujących, bądź  intrygujących bohaterów, którzy dostali nieco krótszy czas antenowy. Jeśli o mnie chodzi, to zwróciłam uwagę na Abigail Hobbs: córkę seryjnego przestępcy, która nie tylko była świadkiem kryminalnej interwencji, ale przede wszystkim wiedziała, co robił jej ociec. Te frapujące elementy układanki odkrywamy z odcinka na odcinek, zastanawiając się przy tym, jak bardzo zmienił się charakter, muszącej radzić sobie z byciem ‘pomocnicą’ dziewczyny. Abigail- prócz dalszej konieczności kiszenia się w ośrodku dla mentalnie chorych,  bardzo szybko zostaje zmanipulowana przez naczelnego trolla serialu**, który celowo wymusza utrzymanie ich wspólnej tajemnicy.
   Inną postacią, przykuwająca od razu oko jest terapeutka, tudzież stara znajoma Hannibala, czyli doktor Bedelia du Maurier, świetnie sportretowana przez Gillian Anderson. Co prawda pojawia się na jakieś pięć minut na (dajmy na to) 40, ale i tak pozostawia za sobą więcej pytań, niż odpowiedzi. Jej relacja z Hannibalem z pewnością przekracza dozwolony formalizm i widać wyraźne, że wie więcej, niż ci-wzięci w cudzysłów przyjaciele Lectera. Jest to pewien maleńki prztyczek w nos widza, mówiący z lubością : „Hej, ona też wie kim jest ten Hannibal, co ty na to?” A ja na to tyle, że chciałabym wiedzieć więcej. Na przykład jak to było z tym szemranym pacjentem Bedelii. 
      Dalej: Hannibal. No i tu nie będę pisać za wiele. Rewelacyjnie oddana postać. Taki cicho-ciemny drapieżnik, zimny perfekcjonista, za nic mający sobie emocje, albo raczej emocjonalność. Mieszka w eleganckim apartamencie, lubuje się w sztuce wszelakiej maści (malarstwo, muzyka itp.), ubiera bardziej niż oryginalnie i w dodatku umie gotować. Ale tu przychodzi pewien zgrzyt. Bo my widzimy, co tak naprawdę przyrządza swym gościom i choć nie wiem jak apetyczne byłyby to frykasy, ciężko tolerować ten fakt po drugiej stronie ekranu. Oczywiście do czasu. Bo kto raz zje taką potrawę, nigdy już nie wróci do wieprzowiny. Jednak przejdźmy ponownie do mego peanu. Wielkie brawa dla Madsa  Mikkelsena za odświeżenie postaci mięsożernego konesera. Warto było poczekać do końca, bo ukazał on jedynie przedsmak geniuszu i niebezpieczeństwa . Zresztą- porównajcie sobie tę kreację z, wałkowanym niedawno „Casino Royale”: mimika Madsa w „Hannibalu” jest w pewnym stopniu martwa. Jakby to nie był człowiek, tylko… no właśnie. Te wystudiowane, dopracowane gesty przywodzą na myśl projekcję osobowości, którą wychwycą nieliczni. 

   Jeśli chodzi o relację z Willem (celowo kreowanym na przeciwieństwo Lectera), początkowo ni mnie ziębiła, ni grzała. Ot, wymuszona konieczność, podparta ciekawością ze strony znudzonego Lectera. Jednak z biegiem czasu, nasz doktorek coraz mocniej przywiązuje się do tych rozmów wieczorem- przypomnijmy sobie scenę, w której Graham nie zjawia się na wizytę, a  w tle rozbrzmiewa nostalgiczny utwór. Przez ułamek sekundy wygląda tak, jakby Lecter coś przeżywał. Czy aby na pewno? Cóż, nie będę zdradzać, jak wszystko dalej się potoczy, choć przyznaję, że nie byłabym fanką serialu, gdyby nie Internet. Ogromną zasługę w tym rozbudowaniu linii Graham-Lecter ma bowiem fandom, który wielokrotnie zaskakiwał mnie, podczas przeglądania tumblr.com (i youtube’a). I, choć zdaję sobie sprawę, że taki argument niekoniecznie kogoś przekonuje, to mówię szczerze: zaciśnijcie zęby i zabierzcie się za te 13 odcinków. Mimo wszystko warto. 
      To, co mi się w tej serii dodatkowo podoba, to fakt, że „Hannibal” wizualnie nie daje o sobie zapomnieć. Kolorystyka zdarzeń zmienia się w zależności od napięcia: raz jest przeraźliwie nasycona, a kiedy indziej mocno przygaszona i tak jakby mglista. Duża w tym zasługa klimatycznego świata przedstawionego, pełnego niebieskiego, smutnego krajobrazu. Muzyka również bywa raczej wrogiem, niż sprzymierzeńcem bohaterów i powoduje, że ma się wrażenie oglądania thrillera bez happy endu. Co do czołówki, to owszem: jest króciutka i być może niezauważalna, ale przez dłuższy czas taki wydaje się sam cannibal Lecter.
      No dobrze, ale gdzie w tym wszystkim jest „Milczenie Owiec”? Po raz kolejny powtórzyłam sobie to wiekopomne dzieło i muszę stwierdzić, że wciąż robi na mnie wrażenie. Mimo tego, że historię znałam nie od dziś, z chęcią zajrzałam do tej (niestarzejącej się) wersji, z fantastycznym Hopkinsem i urokliwą Jodie Foster w roli głównej. Biorąc pod uwagę serię TV, z dziecinną ciekawością rozpoznawałam detale, które wcześniej mi umknęły. Dało się zauważyć pazernego i żądnego sławy Chiltona, ten sam budynek, przetrzymujący psychopatów i sposób morderstwa, który pojawił się w jednym z odcinków: tak zwany krwawy orzeł, tudzież zawieszone ciała z wyjętymi żebrami, przypominający skrzydła aniołów. 

Podsumowując: jeśli marzy Wam się barokowy naturalizm i przygnębiająca atmosfera, wybierzcie „Hannibala”. Nic bowiem tak nie fascynuje, jak przekonanie się, czy współczesności wychodzi rozgrzebywanie klasyki. 

*lasery, rzecz jasna lasery

**Mysza, w podobny sposób wyraziła się w którejś ze swoich notek. Tak więc, jeśli nie zadowolą Was te wypociny idźcie czytać jej refleksje (choć założę się, że część już to zrobiła).


środa, 10 lipca 2013

Favorite evil girls since moje widzimisię.

   Skoro byli panowie, dobrze byłoby napisać też coś o kobietach. Jednak taka lista mogła okazać się tylko i wyłącznie trudniejsza. Dlaczego? Otóż w moim mniemaniu 'złe postacie kobiece' są o tyle kłopotliwe, że po pierwsze bardzo różnie się je interpretuje, a po drugie ciężko wybrać zestaw, który w pełni zadowoliłby każdego. Ale co tam, jedziemy z rankingiem-w końcu nikt nie mówił, że będzie łatwo.

1. Alice Morgan-nie dlatego, że uważam ją za najbardziej barwną postać ever, tylko z tego względu, że jako pierwsza przyszła mi do głowy. Morgan, poza wyraźnym skojarzeniem z niejakim amerykańskim Dexterem (nazwisko), w 85% zawdzięcza swą popularność grze aktorskiej Ruth Wilson. To, że Wilson cenię od jakiegoś czasu nie jest żadną tajemnicą- choć me ściany usłyszały, iż widzowie sięgają po tytuł głównie z innego powodu (Idris Elba). Alice Morgan poznajemy już na samym początku serii, gdy okazuje się być świadkiem morderstwa swoich rodziców. Jednak z biegiem akcji szybko okazuje się, że Alice-poza ogromną wiedzą w zakresie astrofizyki, jest również bardzo, ale to bardzo inteligentną morderczynią. Wodząc za nos około 3/4 komisariatu udaje jej się nie tylko uniknąć kary [nie zamierzam spoilerować], ale też na zawsze pozostać w życiu Johna Luthera. Oprócz tego, że cenię Alice za wyżej wymienione kwestie, podoba mi się, że można w jakimś pokręconym stopniu jej kibicować.

2. Biała Czarownica- nie jestem fanką filmowych "Opowieści z Narnii", lecz co by nie mówić, posiadają mocny plus w postaci Tildy Swinton. Był to [chyba] pierwszy tytuł, w którym miałam okazję zobaczyć tą brytyjską aktorkę, więc nikogo już nie zdziwię, twierdząc, że była najbardziej przyciągającym ogniwem. Androgeniczna osoba zimnej i zarazem fascynująco-samozwańczej władczyni, powoduje, że produkcję ogląda się bardziej niż znośnie. Do tego ma fantastycznie posągową fizjonomię, pochodzącą jakby 'nie z tego świata'. Nie wyobrażam sobie innej kobiety w tej roli. Tilda Swinton [mówiąc krótko] rządzi.

3. Cersei Lannister- uwielbiam ten skwaszony, wymuszony uśmieszek w wykonaniu Leny Headey. To, że Cersei znajduje się w tym zestawieniu, jest wynikiem moich (dość częstych) zmian nastroju. Bowiem w chwili, gdy skończyłam czytać "Ucztę dla Wron", zżyłam się z tą- raczej nie lubianą bohaterką GoT. Cersei od początku chciała mieć to co powinno jej się prawnie należeć, nigdy też nie akceptowała stanu rzeczy wyjętego rodem z średniowiecza. Zresztą-relacja córki Tywina z Robertem Baratheonem, po raz kolejny uświadamia, jak samotne musiało być jej życie. Trzeci sezon uraczył nas również sprzeciwem Lannisterki wobec zaaranżowanego mariażu z ser Lorasem [a to, że się nie udał było dość oczywiste], w którym Cersei mówi, że "Nie będzie więcej klaczą rozpłodową". I ja wiem, że nie każdego przekonują takie argumenty, ale w jakimś stopniu jej współczuję.

4. Cruella de Mon- długo myślałam nad tym, które wcielenie Glenn Close byłoby warte przypomnienia. I choć część sumienia optowała za złączeniem "Niebezpiecznych związków" wraz z "Fatalnym zauroczeniem", sentymenty wzięły jednak górę. Jak wiadomo "101 Dalmatyńczyków" było filmem, który- przynajmniej w moich kręgach każde dziecko chciało zobaczyć w kinie. W wykonaniu tej niezwykle dobrej (i jak dla mnie niedocenianej) aktorki, rysunkowy pierwowzór został ożywiony tak, że dostaliśmy wersję z krwi i kości, której nie powstydziliby się twórcy oryginalnej animacji. Jeśli kiedyś pozwolę sobie na ponowny seans, z pewnością minie sporo czasu- chociaż nie przeczę, że brakuje mi dawnego, naiwnego podejścia do familijnych produkcji.

5. Lisa Rowe- uosobienie czystego nieokiełznania, wzbijające "Girl, Interrupted" na wyżyny filmowego kunsztu. Socjopatyczna bohaterka, rozdaje karty już w sekundzie gdy się pojawia, zjadając przy tym postać Winony Ryder na śniadanie*. Rowe wie doskonale, jak sterować zachowaniem innych, by manipulować, tudzież igrać uczuciami ludzi (powodując konkretne reakcje). Konfrontacja Lisy z cierpiąca na borderline Susanną jest istna wisienką na torcie tytułu, który mówiąc szczerze nie zrobił na mnie kolosalnego wrażenia- choć poruszał interesujący temat.

6. Siostra Ratched- [kolejny raz spotykamy się w szpitalu psychiatrycznym] tak wyrachowanego i okrutnego zarazem zachowania dawno nie widział świat popkultury. Oczywiście bez aktorstwa wyszłoby to- mówiąc najprościej marnie, ale co ja się naprzeżywałam przez jej ukryte intencje to wie tylko mój ciasny umysł. Niesamowite, jak (teoretycznie) chłodnym i rzeczowym podejściem, można wywołać równie wzburzone emocje, co przy tak zwanym darciu skrzeli. I chyba się ze mną zgodzicie, że to jedna z najstraszniejszych bohaterek filmowych, mimo, iż nie posiada nadnaturalnych zdolności rodem z fantastyki. 

7. Mistique- tu akurat rozgrywa się jedna wielka przepychanka między tym, czy bardziej lubię niejednoznaczność bohaterki, czy jej świetnie zaprezentowany kamuflaż. Wiele można by tu powiedzieć o Mistique, ale w [jakiś] trudny do objaśnienia sposób wzbudza we mnie pozytywne odczucia. A może bardziej chodzi o to, jak zaprezentowano ją w "X men: pierwsza klasa", czy też odcinkowej- nie tak znowu już świeżej "Ewolucji" (design postaci, jej stosunek do Kurta i Rogue).

*Zagadka dnia: czy Lisa Rowe dogadałaby się z Hannibalem?

Ok, no więc mamy tylko tyle, bądź aż tyle bohaterek-aby była równowaga z wcześniejszym postem. Inne propozycje są- jak zwykle mile widziane.


poniedziałek, 1 lipca 2013

Favorite evil guys since moje widzimisię.

Sponsorem wpisu jest niejaki Brick Top, któremu lepiej nie podpadać.
 Każdy z nas ma zestaw ulubionych postaci (pop)kultury, które nie są w pełni dobre. Nie wiem jaki procent z tego hobby wpływa na tzw. życie osobiste, ale jednego jestem pewna: poznasz kumpla swego po wyborze złego. Jednak zdając sobie sprawę, że nie każdy ma ochotę na powtórkę z rozrywki, autorka dobrowolnie zrezygnowała z peanów na cześć bohaterów wampirycznych (o nich już był wpis), jak również wszelkich  Lokich, a  już w szczególności Littlefingerów- bo Lord Baelish jest najczęściej pojawiającą się frazą źródeł ruchu sieciowego i wypadałoby popisać się większą erudycją. Cykl jest rzecz jasna subiektywny i poniekąd dyletancki, a dotyczy jedynie panów. 

1. Le Chiffre Madsa Mikkelsena- oczywiście, duński aktor ma za sobą również bardziej pozytywne wcielenia- jak na przykład to w "Jabłkach Adama", ale nie ukrywam, że najbardziej lubię, gdy jest wredny. Nie chodzi tu jednak o ten typ cholerycznego zatracenia a la Hades z "Herkulesa" [no i znów to nawiązanie, żenada], ale inteligentne i mocne riposty rodem z "Casino Royale". Bo Le Chiffre to nie tylko jeden z najfajniejszych przeciwników Bonda, ale przede wszystkim świetnie wykreowana postać. Cenię go zarówno za to, jak blefuje przy kolejnej partii kart, jak i wtedy, gdy znęcając się nad Bondem będzie wcześniej krwawić z oka. A ponieważ Suzarro ma ostatnio bardzo nieprzyjemne doświadczenia związane z zabiegiem usunięcia gradówki, solidaryzuje się z wszelkimi nemezisami o podobnej przypadłości*.

2. Hannibal- taki typ, który mimo, iż nie zieje ogniem, nie jest wcale mniej przerażający. Lecter reprezentuje zimną, barokową elokwencję, połączoną z dozą tajemnicy i zamiłowaniem do sztuki kulinarnej. W jego domu nie uświadczysz śladów kurzu na przedmiotach, lecz kieliszek wina i klasykę płynącą z głośników. Jestem fanką Lectera z najnowszego serialu stacji NBC, bo tak bardzo różni się od lansowanego współczesnego wzorca [sławy], że aż miło. Ta wyraźna bromance'yzacja Lectera względem Willa- i jego niekonwencjonalne zamiary, są tylko przygrywką do smakowitej końcówki, pełnej mnóstwa pytań bez odpowiedzi. Nie ukrywam też, że jestem zadowolona z wizualnych walorów Dancy'ego i Madsa [a to, co fandom wyczynia odnośnie kwestii Graham-Lecter jest istną wisienką na torcie].
3. Agent Smith- nie ma "Matrixa" bez Hugo Weavinga. Z pewnością są i tacy, którym mocniej kojarzy się on z "Władcą Pierścieni", lecz ja jestem fanką bardziej współczesnego wcielenia. Smith ma w sobie ten ciekawy rys krnąbrnego-aż-po-kości [tudzież program] przywódcy, który pozostaje na długo w pamięci. Już dziecięciem będąc, zdałam sobie sprawę, że to jak Weaving akcentuje 'Mr Anderson' jest nie lada sztuką. Bo można być agentem, lubiącym ścigać rebelianckich reprezentantów Syjonu, ale trzeba jeszcze zrobić to w ten sposób, by nie wyjść karykaturalnie i pozostać lekkim.

4. Ramsay Snow- długo zastanawiałam się nad tym, czy Barry z "Misfitsów" podoła dość wymagającemu zadaniu (fani serialu i książki kontra entuzjaści samych odcinków), ale szybko wyszło na to, że wpasował się w akcję jak ulał. Choć nie nadrobiłam ostatnich odcinków GoT**, oczom moim nie umknęły makabryczne sceny zabaw, które tak bardzo męczyły Theona, że w pewnym momencie zaczęłam mu współczuć. Choć nie jest to totalne odwzorowanie wizji George'a cliffhanger'a Martina, nie mogę powiedzieć, bym czuła rozczarowanie odnośnie obsady [co innego Gendry]. By okazać jeszcze większą zawadiackość bękarta Boltona, Iwan Rheon postanowił dać mu większy wytrzeszcz i  to maniakalnego spojrzenie, które jest bardzo konieczne. Chyba nie muszę dodawać, że jestem na tak.

5. Magneto- niejednoznaczne postaci lubią angażować serce widza, zwłaszcza posiadając traumatyczne wspomnienia aka ciężką przeszłość. W tym wypadku, ewolucję Magneto uzasadnia trudne doświadczenie życiowe (II wojna plus inne rzeczy, których nie będę zdradzać)- jak i również otoczenie, które widział w najciemniejszych barwach. Erik, w wykonaniu elastycznego jak zawsze Fassbendera, to nie tylko ktoś pragnący zemsty, ale przede wszystkim Mutant, szukający ludzi podobnych do siebie. Nawet, gdy na drodze stanie jego najlepszy przyjaciel, postanowi wybrać drastyczniejsze metody, by osiągnąć swój cel. Bo charakter to nie tylko geny, ale przede wszystkim umiejętność sterowania swymi demonami.

6. Charlie Stoker- to akurat będzie całkowita kalka z ostatniego posta, bo nie mam zamiaru nakręcać się jak pozytywka. Jeśli nigdy nie widziałaś/eś jak oczami można spowodować nieprzyjemne odczucie w żołądku, przyjrzyj się kreacji Matthew Goode'a.

7. John Doe bądź Frank Underwood- Kevin Spacey nawet kiedy zjawia się na 5 minut, to wyraża więcej, niż rozbudowane monologi [wybacz, Hamlecie]. Mimo, iż amerykański kongresem bardziej nadaje się na bycie wrogiem numer jeden kraju, jakimś cudem zawsze wybrnie z tzw. bagna, nie tracąc przy tym odpowiedniego humoru. Tak bezwzględnie pewnej siebie  i zarazem rzeczywistej postaci świat seriali dawno nie widział (Dexter wymierzający sprawiedliwość 'bardzo złym ludziom' jest zupełnie inaczej odbierany)- więc tym bardziej postać Underwooda plasuje się w cyklu tych nietuzinkowych. A odnośnie Johna Doe- wystarczy spojrzeć na  "Siedem" Finchera. Czasem jakość naprawdę przerasta ilość.

Ps. Wpis z paniami wciąż brany jest pod uwagę.

*Pisanie w trzeciej osobie tylko podkreśla mój ogromny weltschmerz doczesny.

** Irytujące podniecanie się deszczami Castamere i Krwawymi Godami tylko mocniej przyszpiliło mnie, by nie napisać nic o serialu. Okropne uczucie. 

A Wy, macie swoich ulubieńców?

wtorek, 30 kwietnia 2013

Hide and seek.

Rzadko kiedy spotykam serial, który jest pojedynkiem dwóch równorzędnych postaci. Często trafiam na coś, co można nazwać koncertem jednego aktora („House M.D. ”, „House of Cards”), albo bijącą z oddali orkiestrę, znikająca w tle („Gra o Tron”, „Twin Peaks”). Tym razem- sceptyczniej niż zwykle, wzięłam się za pozycję, odzwierciedlającą mą niechęć do znanych i nagradzanych produkcji. No bo zaraz, 2 Złote Globy z rzędu? I to w dodatku z fabułą, stanowiącą mnóstwo ‘za’ i ‘przeciw’- którą ktoś w jednym zdaniu zjechałby poniżej poziomu morza? Ale jednak coś mnie korciło, żeby dać „Homeland” szansę. I oto, w zatrważająco szybkim tempie, przepadłam czeluściach ekranu, by wchłonąć dynamiczną opowieść, która- pewnie nie doczekałaby się mojego zainteresowania nawet w ułamku sekundy, gdyby nie główni bohaterowie. 

Na wstępnie dodam, że dawno nie widziałam tak chaotycznie zmontowanego openingu. Ten celowy zabieg, od razu dał sygnał z czym będę mieć do czynienia. Słychać tu głos z wiadomości informujący o terrorystycznych nalotach, razem z widniejącymi zdjęciami dzieci w tle. Przemyka się również fragment muzyki jazzowej, której entuzjastką jest postać Carrie. Ta trąbka to kolejny zwiastun nadchodzącej niewiadomej- podobnie jak w serii z Kevinem Spacey. I wycinki z pilota, spinające klamrą wszystko, czego będziemy świadkami.
W pierwszych minutach pierwszego sezonu miałam wrażenie, że znów oglądam „Wroga numer jeden”. Zbliżenie na arabskie miasto (wraz z niebezpieczną akcją Carrie) wydało mi się podobne do zachowania postaci Chastain i nakierowane na jedną słuszną politykę. Jeszcze wracając do filmu Bigelow muszę dodać, że choć jest to tytuł godny uwagi, brak mi specjalnych pochwał, czy tak zwanego wiadra pomyj. Same nagrody również szału nie robią, bo ja się zachwycić nie umiałam, a już zwłaszcza grą odznaczoną statuetką. Już odnośnie serialu nie będę was oszukiwać: trudno doszukać się stu procentowej autentyczności, no bo żadna ze mnie agentka, czy też oswojona z wewnętrznymi działaniami rządu. Ale to, co komuś może chronicznie przeszkadzać w odbiorze każdego odcinka*, nie stanowi problemu, gdy skupi się na kiełkującej relacji-która nawiasem mówiąc, jest dla mnie najmocniejszym punktem produkcji. Chyba mam słabość do dramatycznych stosunków z nutką thrillera w tle, bo najwyraźniej są to główne składowe tej serii. 

Po dwóch stronach barykady stoją oni- Carrie Mathison i sierżant Nicolas Brody (btw czemu wszyscy, łącznie z żoną mówią mu po nazwisku?). Carrie poznajemy już w pierwszych minutach dzieła- i nie da się ukryć, że jest mocno zdeterminowana w tym co robi. Blond włosa Mathison pracuje bowiem w specjalnej amerykańskiej jednostce zwanej CIA. Jest pełna werwy, działa instynktownie, a przede wszystkim nie boi się działać wedle swych racji. Ten fakt jest niezwykle istotny, gdy rozpocznie się całe clue „Homeland”- bo do kraju wróci żołnierz uznany wcześniej za zmarłego. Rzecz jasna obwołają go narodowym bohaterem, co nie załamał się w czasie ośmiu lat niewoli-tak jak i tortur, czy innych traumatycznych wydarzeń. To słowo powtórzy się u mnie pewnie jeszcze nie raz, bo  jest kwintesencją osoby Brody’ego. Gdzieś tam kluczy we wspomnieniach i od razu ciężko mu przejść do normalnej egzystencji. Ale tu problem leży po innej stronie. Bo tylko Carrie zda się ‘nie lubić’ Brody’ego i podejrzy go o współpracę z Al-Kaidą- a konkretnie z przewodzącym jej Abu Nazirem. Część osób od razu weźmie Carrie za paranoiczkę, w czym nie pomoże jej przypadłość na którą choruje-i którą najwyraźniej ukrywa. Jednak inaczej jest obserwować kogoś zza monitora, a wejść w szczerą rozmowę i obcować jak z normalnym człowiekiem. Tylko czy ten człowiek jest tym kim się wydaje, czy może jeszcze coś ukrywa?
Elementy tak zwanej partyzantki są tu widoczne. Służby specjalne zawodzą, poruszają się po omacku, a wszędzie czają się wtyki i skrzętnie planowane ataki. Carrie to sztandarowy przykład człowieka żyjącego swoim fachem. Praktycznie nie ma życia towarzyskiego, widzi siebie w przyszłości jak starszego kolegę Saula (jego żona wolała pracować Delhi), a to na czym jej zależy wiąże się głównie z dorwaniem Abu Nazira. Czuje się opuszczona w chwili, gdy podejrzewa Brody’ego , bo czy można tak bez kozery filtrować ważną figurę? Co jednak z jej antagonistą? Faktycznie coś knuje, czy jest po prostu skołowany? A może żadna z odpowiedzi nie jest poprawna, bo zna ją tylko ten, kto przeżył podobne katusze. „Homeland” tak po krotce opisuje ludzką nieudolność zarówno wobec służb bezpieczeństwa, jak i podejmowanych działań. Bombardowanie szkół i zasłanianie się terrorystami-muzułmanami to nie jest coś, co stawia kraj na piedestał broniących największych wartości. Ta hipokryzja rozgrywa się praktycznie w każdym momencie: raz widzimy komitywę, w której przeważy dbanie o interes, czy poświęcanie innych, by sprowokować odwet. Jest więc przykro, dołująco i mało kolorowo. 

Jednak, występujące nagromadzenie sytuacji w serialu, nie pozwala się nudzić ani minuty-trudno jest więc zarzucić twórcom brak spójności, czy zmarnowanie potencjału/zero napięcia. Co by nie mówić, reżyseria i scenariusz stoi na przemyślanym poziomie, bo po skończeniu kolejnego odcinka pragnie się szybko włączyć następny. Śledzimy więc działania CIA, zastanawiając się, czy tym razem im się powiedzie. Jeden twist pogania drugim, a plus wielki, to niepewność w tym, co podadzą nam jako rozwiązanie. W jednej chwili ktoś czuje się pewny siebie, po czym na jaw wyjdą świeże, bądź zatuszowane dane, zmieniająca postać rzeczy. Kto jest kretem? Czy on mówi prawdę? A przede wszystkim, czy to co robię jest słuszne, czy tylko wpędza mnie w jeszcze gorsze bagno?
Sezon drugi tylko podkręca wcześniej zaczerpnięte wątki, wprowadzając podwójną grę i jeszcze większy stan zagrożenia. Skomplikowane love-hate relationship daje pole do popisu zarówno postronnym, jak i (przede wszystkim) wiodącym aktorom, wystawiając ich układ na mocną próbę. Znów wszystko jest ‘pod ciśnieniem’, znów trzeba zaryzykować, tylko czy zaufanie tej stronie było właściwe, a może tylko się na tym przejedziemy. Carrie po notabene ogromnym wstrząsie psychiczno- mentalno-uczuciowym nie będzie łatwo zaskarbić sobie gigantyczny fandom, a Saul znów będzie w mniejszości jej entuzjastów. A właśnie-szczerze, niezbyt rozumiem negatywnych opinii odnośnie samej Carrie, ale to może będzie za chwilę. W każdym razie-coraz więcej stawiają jej kłód pod nogami (i vice versa Brody’emu). Chyba nie muszę mówić, że czekam na trzecią serię.

To, czy ktoś stanie się fanem „Homeland” mocno zależy od kilku czynników. Według mojej znajomej tytuł jest tak depresyjny, że gdy go ogląda udziela jej się zły nastrój. Ja nie mogłam przeboleć niektórych scen, zwłaszcza tej w ostatnim odcinku sezonu numer 1. Widok [spoiler!] Carrie z podłączanymi elektrodami [koniec spoilera] dał mi się we znaki, zwłaszcza, że będąc naiwna liczyłam, ze inaczej potoczy się to zdarzenie. Ale ‘dwójka’ rozwiała moje wątpliwości-więc fabuła to taka świadoma żonglerka z bardziej wrażliwymi odbiorcami. Inną kwestią jest przyjęcie poszczególnych charakterów. Ze swego doświadczenia wiem, że brak bohatera, z którym możemy się utożsamiać stanowi kłopot w mocniejszym zaangażowaniu. U mnie nie było z tym problemu, bo szacowna dwójka-wokół której wszystko się kręci, jest nie tylko dobrze działającym przeciwieństwem, ale przede wszystkim popisem aktorskich umiejętności Claire Danes i Damiana Lewisa. Tego nie da się włożyć w jakieś oklepane słowa, to się po prostu widzi. Obserwując rozwój Carrie można odczuć jej pełne poświęcenie, neurotyczne podejście, choleryczność w wyborze decyzji, a przede wszystkim bipolarność (fragment z zielonym długopisem to rzecz niełatwa do zaprezentowania). To, co podrażni kogoś w jej postaci, mi aktualnie pasuje, bo nie pamiętam, bym ostatnio spotkała podobną bohaterkę. Bez tych cech nie dałaby sobie pewnie rady, czując się często jak ‘jedna wobec reszty świata’. Brody zaś to zupełnie inna para kaloszy. Jest przepełniony wewnętrznymi (i zewnętrznymi) ranami, traumami i złymi wspomnieniami. To człowiek psychicznie przemielony i wypluty przez wcześniejsze środowisko. Jego wybory-bardziej lub mniej świadome, są nie wiedzieć czemu [albo wiedzieć po obejrzeniu serii] mechaniczne, choć z drugiej strony widać tu jednostronność przesłania (źli-oni, lepsi-my). Lewis rewelacyjnie ukazał wieczną szarpaninę Brody’ego, który wciąż nie wie, po której opowiedzieć się stronie. Raz jest opanowany, w innej chwili drga mu wzrok i przeraża sam siebie [spoiler!] (weźmy na przykład scenę z duszeniem wiceprezydenta, a moment w leśnym domku z Carrie)[/koniec]. Taki stres udziela się również po stronie widza. Nicolas nie potrafi wejść w normalne relacje z żoną i dziećmi, to już nie jest- jak mówi Mike, ten sam Brody. Zatem kim stał się teraz? Musicie przekonać się sami. 

Dwa sezony „Homeland” to prezencja mocnej porcji akcji i intrygi, z konieczną domieszką dystansu wobec pewnych rozstrzygnięć. Ja jednak mocniej bronię go z powodu fantastycznie wykreowanych antagonistów [możliwy spoiler]i ich chemii [/koniec], świetnego kastingu i ciągu zdarzeń, który choć czasem denerwuje, nie pozwala przejść obojętnie. 

*Najbardziej przeszkadzał mi moment gdzieś w drugim sezonie, gdy Carrie śledziła Brody’ego i Royę Hammad-> praktycznie opuszczone miejsce i nikt jej nie widzi? No c’mon.



wtorek, 23 kwietnia 2013

Tywin Lannister albo i Filip Piękny.

Wielka faza na nowy sezon "Gry o Tron" trwa. Ja jednak postanowiłam odnieść się do zupełnie innej sprawy, a mianowicie przypadku luźnych skojarzeń. Otóż, pomijając moje zbyt częste nawiązania do pewnej gry przygodowej, zauważyłam, że dzięki niej udało mi się zainteresować cyklem "Królowie Przeklęci" Maurice'a Druona. W trakcie czytania sagi Martina (tudzież oglądania telewizyjnego programu) nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Tywin Lannister kogoś mi przypomina. No i już wiem kogo. Jak wskazuje tytuł posta, chodziło o Filipa IV Pięknego. 

 A teraz [lekki] disclaimer: nie posiadam obszernej wiedzy historycznej, która uprawniałaby mnie do wyrokowania na temat niektórych kwestii, ale chcę podkreślić, że odniosę się tylko i wyłącznie do tego, co zapamiętałam z "Króla z Żelaza" (pierwszy tom KP). Czyli mówiąc ściślej: jeśli waszym zdaniem informacje mogą wydać się niepełne/przekoloryzowane, weźcie pod uwagę, że jestem tylko laikiem. Punkt piąty zawiera spoiler odnośnie PLiO.

Zatem, oto i  kilka zbieżności.

1. Potęga- gdy rządził król Francji, jego kraj znacznie wyewoluował: zarówno w kwestiach szkolno-administracyjnych, jak i tych bardziej prestiżowych. Paryż stał się potężnym, szanowanym miastem i przechodził wtedy swój złoty wiek. Również za czasów Tywina ród Lannisterów obrósł nie tylko w sowite bogactwo, ale przede wszystkim liczono się z ich zdaniem w sprawach zbrojnych konfliktów. To oni po śmierci Roberta Baratheona trzymali królestwo w ryzach i byli kwintesencją grupy-sprawującej-władzę. Ale do pewnego momentu.

2. Inteligencja-zarówno Tywin, jak i Filip mieli niesamowity zmysł przewidywania, żonglowali prawem i nie dali się zmanipulować przez krewniaków. Jak to jednak z twardymi osobnikami bywa, niekoniecznie postrzegano ich w pozytywnym świetle-> sami zresztą są panami ostrymi i pełnymi dystansu. Tu jednak bardziej imponowała mi strategia Tywina, bo dopiero w czwartym tomie ("Uczta dla Wron") wyszły na jaw jego skrzętne sojusze, zawierane w tajemnicy przed resztą.

3. Charakter-nie trudno oprzeć się wrażeniu, że relacja z dziećmi w obu przypadkach przypominała [delikatnie mówiąc] chłodny formalizm. Oczywiście toksyczne podejście Tywina do Tyriona, to sprawa godna najprzedniejszej rozprawki, więc w tym wypadku dużo lepiej wypadł rys ojcowski Filipa Pięknego. Co prawda synowie (Ludwik, Filip, Karol) zdawali sobie sprawę, że nigdy nie dorosną mu do pięt (i on to też wiedział), ale nadal nie jest to aż tak [tragicznie] przykre podejście, co u lorda Casterly Rock. 

4. Isabella/Cersei- Isabella [Francuska] jest jedną z tych postaci, które nie mogły liczyć na tron, bo były kobietą. Nie inaczej dzieje się u Cersei- matki króla Joffrey'a, związanej mariażem z obowiązku. Ona wyszła za Roberta, bo pokonał Rhaegara, a Wilczycę wydano za następcę angielskiego monarchy.  Jak toczyły się ich losy zdradzać nie będę, ale z pewnością łączy je determinacja w zmianie położenia/osiągnięciu celu. Wszak średniowiecze nie jest epoką, która kojarzy się z równouprawnieniem-a dziedziczenie korony [tylko] w męskiej linii było tego najboleśniejszym wyrazem. Cersei zaś dość miała opieszałości swoich popleczników, a będąc [do pewnego momentu] bardzo sprytnym graczem, postanowiła, że zagarnie wszystko. Ot, ambitnie, jak i ojciec. 

[spoiler!] 5. Następstwo śmierci- wszyscy wiedzieli, że gdy umrze Filip IV kraj nie będzie działał tak samo. Wszyscy wiedzieli, że odejście Tywina to początek nowej ery. Oczywiście fakt, że obaj zaskarbili sobie odpowiednią ilość wrogów jest tu dość wiadomy- więc ich brak na arenie tylko podsycił z dawna planowane układy (Francja: Walezjusze, Królewska Przystań: Tyrellowie). W przypadku Filipa, jego pierworodny okazał się słabym na zdrowiu Kłótnikiem, a Tywin gardząc Tyrionem doczekał się adekwatnej dlań zemsty. Piękny nie zszedł z tego świata aż tak groteskowo*, ale również niespodziewanie.

6. Niedocenienie przeciwnika- Filip Piękny postanowił w okrutny sposób rozprawić się z templariuszami, a Tywin L. myślał, ze Robb Stark nie nadepnie mu na odcisk. Nie trzeba filozofa, by się domyślić, że coś nie potoczy się po ich myśli- i tym razem zaufanie w nieomylność [i chciwość] odbije się na nich z donośnym hukiem (klątwa/ moment w wychodku).

7. Nazwa-jasna sprawa, że żelazo to nie złoto, ale kruszec twardszy, niż ludzkie kości jest podkreśleniem pewnego odrealnienia. W wypadku Tywina niektórzy twierdzili, że wręcz 'wydala' błyszczące sztabki (mówiąc oględnie). 

Pierwsza grafika to oczywiście Tywin, a tutaj mamy Króla z Żelaza.

 *Ciekawe jak to pokażą w serialu

Źródło:[A] [B]


sobota, 13 kwietnia 2013

Krwawe zwycięstwo?

   Nie byłam przekonana, czy „House of cards” to moja bajka. Bo mimo tych pozytywnych opinii, czy słynnych nazwisk, poruszana w nim tematyka wciąż kazała mi dać sobie spokój. Ekspertką w sprawach establishmentu również nie jestem, a mój mechanizm obronny w obliczu frazy ‘rząd’ wciąż przywoływał negatywne skojarzenia. Również słownictwo specjalistyczne, (skądkolwiek by nie pochodziło) stanowiło wyraźny opornik w wykorzystaniu mej angielszczyzny. Stąd właśnie postanowiłam trochę przeczekać i zdać się na tłumaczenie. No trudno, nigdy nie byłam na tyle wybitna, by brać się za serial bez lekkiego wsparcia. Ale przynajmniej poczułam się zorientowana. 
    Każdy wie, że brnięcie w bagno zwane polityką, kończy się pochłonięciem w jej cuchnących odmętach. Jak jednak oprzeć się pokusie władzy, gdy można poczuć ją w swoich rękach? Fincher i spółka zaprasza nas  do śledzenia tej niepowstrzymanej machiny od jej zalążka. Z pomocą głównego bohatera odwiedzimy zakamarki najwyższych federalnych stanowisk, z kongresmenami i sekretarzami staniu na czele. W tych chwilach człowiek dopiero zda sobie sprawę, że działania państwowych organów o których wiemy-i którymi karmią nas media(równie nieobiektywne nawiasem mówiąc), są li i jedynie wierzchołkiem góry lodowej, tworzącej się za zamkniętymi drzwiami. 

      Poznajcie Francisa Underwooda- mężczyznę z ambicjami, któremu obiecano intratną posadę. Jednak słowo przyrzeczone nie zawsze oznacza spełnione, więc Francis będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę rozczarowania. Wybrano nowego prezydenta, stanowisko sekretarza stanu nie dla niego, więc dalej utknie w Kongresie, by odwalać kawał roboty. Bowiem Francis wraz z swoim zapleczem ma niespełna 100 dni na stworzenie i przeforsowanie ustawy o edukacji. Dlaczego akurat takiej? Bo, jak słusznie zauważyła jedna z bohaterek: imigracja jest zbyt kontrowersyjna, a reformy podatkowe za mało sexy. Czy jednak Francis tak łatwo się podda i pozwoli zepchnąć na polityczny margines? W żadnym wypadku. Zatem gra rozpoczęta. A do niej będą potrzebne pionki.
         Zwolnienia, dotacje, awans. Słowa które nie są nam obce, są tutaj pełne ułudy i mocnych zdarzeń. „House of Cards” zatem balansuje między korupcją/pieniędzmi, seksem i ułomnością. Underwood to człowiek zdolny wykorzystać każdą, najmniejszą nawet słabość by dostać to, na czym mu zależy. Nie cofnie się przed niczym, bo poznał uroki porażki. Jest zatem drzewem pewnie osadzonym w środowisku, co pociąga za sznurki ‘mocarnych przedstawicieli’. Jego moralna zgnilizna zarówno odpycha, jak i przyciąga, bo nie da się ukryć, że bez Francisa serial straciłby na wartości. Wystarczy wspomnieć choćby jego zamiary wobec Petera Russo, stosunek do żony, czy poniekąd toksyczna relacja z młodą dziennikarką Zoe Barnes. Mam też wrażenie, że scenarzystom dużo łatwiej skonstruować ambitnego mężczyznę, niż nie w ciemię bitą kobietę. Widać to przede wszystkim w konstrukcji samej Zoe, która albo strasznie irytuje, albo wzbudza chwilowe politowanie. Jej życiowa motywacja wcale nie odbiega od zamiarów miliona innych dziewcząt, a jednak nie ma w sobie kośćca stuprocentowo przekonującego. Szkoda. Tak samo dzieje się w przypadku Claire Underwood, której również nie jestem do końca wstanie rozgryźć. 

   Kevin Spacey rewelacyjnie wykreował bezwzględność Underwooda, ukrywającą się za pozorną maską stoicyzmu. Zresztą ktoś, kto był tyle lat na arenie wilków, wie doskonale jak rozdawać karty. Frank opanował te triki do perfekcji, co widać już w pierwszych minutach serialu. Jego wewnętrzne przemyślenia (i to jak ‘zajął’ się psem), stanowią kwintesencję charakteru (i strategii) naszego demokraty. Bo przesiąknięty brudami Underwood nie różni się wcale od reszty swych współpracowników. Kto raz się wciągnie, ten albo zostanie na szczycie, albo zamieni się w czyjś podnóżek. My widzimy jego wszystkie twarze: te wyćwiczone i bardziej osobiste. Intrygującym zabiegiem jest również zastosowanie tak zwanego monologu-Francis w chwili, gdy uprawia jedną z politycznych (a raczej psychologicznych) manipulacji, zwraca się bezpośrednio do widza i mówi to, co mu leży na wątrobie („Nie znoszę dzieci. Widzicie, powiedziałem to.”). Dzięki temu widz czuje się w pełni zaangażowany i –czy tego chce czy nie, w jakiś sposób z nim połączony.
   Jeśli mężczyzna jest przysłowiową głową rodziny, to w przypadku Francisa jego szyją jest Claire Underwood- piękna i dystyngowana małżonka, która nie tylko stanowi dlań odpowiednie oparcie, ale gdy trzeba umie wziąć sprawy w swoje ręce.  Nie chce być podziwiana, tylko móc realizować swoje zamiary-a to Francis jest wstanie jej zagwarantować. Podejście Claire do długoletniego związku jest, co by nie mówić niesztampowe (przykład: rozmowa po tym jak Francis nie wraca na noc) . Wie doskonale co Underwood robi(ł), a mimo to trzyma się za nim jak ta statua. Można też odnieść wrażenie, że zaczęła przejawiać jego niektóre cechy. Zresztą wizualnie Claire również jest bardzo szacownym dodatkiem: jej skrojone fasony sukni i tak zwana prosta elegancja są totalnie w moim guście.

     A teraz najtrudniejsze. Wydawało mi się, że HoC wreszcie dołączy do grona zaszczytnych arcydzieł w mym skromnym zestawieniu [seriali], ale niestety-choć pierwsze 4 odcinki wyglądały niczym ciepłe słońce w szare dni, okazały się tylko utuczoną zachętą. Dlaczego? Bo środkowe epizody zaliczają wyraźny spadek formy. Nie twierdzę, że mam do czynienia z równia pochyłą, ale jednak-powyższy tytuł to dzieło tylko bardzo dobre, bądź rewelacyjnie. Czuć częstą zmianę reżyserki i to wydaje się być najsłabszym elementem serii. Gdyby Fincher brał się za to od początku do końca, mielibyśmy do czynienia z formą spójną, a nie przeciągniętą w nieodpowiednich/nieistotnych momentach. Tak się wyżalam dlatego, że z początku miałam nadzieję, że w reszcie coś powaliło mnie na kolana. A tu miałam styczność z lekko zachwianym preludium. Preludium do nowego sezonu, ma się rozumieć.
      Technicznie serial prezentuje poziom czysty jak łza. Mamy więc perfekcyjne kadrowanie, dobre zdjęcia, a nawet znośną czołówkę: trochę trąbki, trochę werbli i bijący z nich niepokój, który wiąże się z zamysłem dzieła. Nic bowiem nie jest tu stałe-stanowiska państwowe zmieniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a siła to nie stan reprezentatywny-bo zwykle są nimi figuranci. Obsada to kolosalny (by nie powiedzieć mega wielki plus), który rzutuje na odbiór całości. Kevin Spacey po raz 99 udowodnił swoją wysoką klasę, a co za tym idzie elastyczność. Zresztą-nie zapomnę tego fragmentu z Inside the Actor’s Studio, w którym udawał Ala Pacino. Coś świetnego. Miło jest też ponownie powitać Robin Wright oraz nazwisko Mara [widziałam z nią wcześniej tylko „American Horror Story”], na myśl przywodzące wcześniejszą produkcję Finchera („Girl with the Dragon Tattoo”). 
„House of Cards” to pozycja obowiązkowa dla fanów Kevina (nie tego samego w domu), wielbicieli dramatów nie tylko politycznych, a przede wszystkim tych, którzy lubią być zaskakiwani tak zwanymi twistami [zdarzeń]. Wszystko to bowiem marność, pogoń za kasą i los, który może się odwrócić-sam, albo z czyjąś konkretną pomocą. 13 odcinków, po 40-50 parę minut jak najbardziej nie będzie stratą czasu. Netflix ma się czym pochwalić. 

“A great man once said, everything is about sex. Except sex. Sex is about power.”-Francis Underwood

Ps. Jest jeszcze jedna rzecz, która dość mierzi mnie w produkcji, ale Wam jej nie zdradzę, bo to byłby ogromny spoiler. 

Ps.1. Jeśli macie konkretny tytuł, o którym chcielibyście poczytać (film/serial/inna rzecz, która się tu znalazła) piszcie. W końcu po to też prowadzi się blogi.

niedziela, 3 marca 2013

Bliźniacze szczyty. Bliźniacze światy.


     Jeden z tych seriali, który spowodował we mnie szybsze bicie serca, stany maniakalno-depresyjne, paranoiczne obawy i nerwowe tupanie nóżką. Nie, nogą-toć czterdziestka nie należy chyba do filigranowych rozmiarów buta. Ale naprawdę. Miałam przyspieszone tętno i straciłam chyba połowę mojego życia. No może bez przesady, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że "Twin Peaks" to jedna z najciekawszych, najlepszych, najbardziej niekonwencjonalnych perełek jaka wyszła spod szyldu produkcji telewizyjnych. Wcale nie zamierzałam tego oglądać, nie chciałam ale na to trafiłam-i niech mi ktoś teraz powie, że przeznaczenie, czy zjawiska nadprzyrodzone nie istnieją. Oj, Davidzie Lynchu/Marcu Froście/ Angelo Badalamenti coś Ty najlepszego uczynił.
       Miłość to takie bezwarunkowe uczucie, przy którym nie zwraca się uwagi na pewne przyziemne kwestie. Prawda? No i ten właśnie stan towarzyszył mi po seansie dwóch arcy genialnych sezonów. Ktoś pewnie teraz czyta te wynurzenia i kiwa ironicznie głową, ale trudno. Je ze swoich (przesadnych) refleksji tłumaczyć się nie będę. Tak było-ma się rozumieć do 9 odcinka drugiej serii. Potem coś się zepsuło, nie wiem dlaczego, ale osłabł mój całkowity entuzjazm. Trudno powiedzieć, czy drobne problemy technicznie miały z tym jakiś związek, ale przez jakiś czas nie mogłam wrócić do reszty epizodów. Ale się udało. I pod koniec było [na szczęście] epicko.
        Znacie takie stwierdzenie nie znać, ale kojarzyć? Ta sytuacja zdarzyła się u mnie podczas pierwszego starcia z pilotem serii ("Na północnym-zachodzie"). Oto bowiem oczom mym ukazała się charakterystyczna nuta, którą jakbym pamiętała z dzieciństwa. Takie kinowe deja vu. Coś niesamowitego. Ktoś mądry powiedział, że trzy minutowe, klimatyczne intro TP, w dzisiejszych czasach byłoby bardzo ryzykownym zabiegiem. No bo mamy takie "Pamiętniki wampirów" gdzie jest cisza i bum! pojawiają się napisy, albo "Chirurgów", gdzie wstępny utwór trwa kilka sekund. Fakt, jest jeszcze "True Blood", ale to raczej rodzynek w cieście. A ja nie lubię rodzynków, bo psują mi odbiór smakowania potraw.

       Wodospad i tartak-dwa symbole, które widzimy na rozpoczęcie tej niesztampowej opowieści są otwarciem i zamknięciem wspomnień co do dzieła, będącego [prawie] mym równolatkiem. No i znowuż ten ptak-najpierw było „Blue Velvet”, a teraz to. Mam wrażenie, ze Lynch w jakiś niezrozumiały sposób przekabaca te same motywy, używając do tego zjawisk natury. Bo mamy na przykład liczne zwierzęce głowy na posterunku policji, mnóstwo nawiązań do mistycyzmu [las jako drzemiąca siła zła], a nawet zastępcę szeryfa Hawka, który nie bez kozery posiada indiańskie korzenie. „Twin Peaks” jest zatem nie tylko swoistą epopeją na temat życia w małym mieście, ale również zalążkiem egzystencjalno-filozoficznych przemyśleń.  Medytuje Dale Cooper, wielokrotnie odnosząc się  w swych działaniach do buddyzmu, ex-zakonnica Annie opowiada o duszy kryjącej się w drzewach, a major Briggs wypowiada słowa godne akademickiego wykładowcy. No i jeszcze mamy odbiegającego od normy bad assa, który nie przybiera typowo ludzkiej formy. Czarna Chata, Biała Chata, Pieńkowa dama, dziwne symbole na szyi, a do tego wizje Coopera, których nikt inny nie widzi (chyba moje ulubione; żałuję, że ja tak nie mam).  Smaczki, smaczki i jeszcze raz smaczki. Oczywiście nie dla wszystkich. 
       Do historii przeszły określenia takie jak „Who killed Laura Palmer? ”, „Sowy nie są tym, czym się wydają”, albo „Fire walk with me”.  Zresztą nie mogłabym pominąć sekwencji muzycznej takiej jak „Audrey’s Dance”, która stanowi kwintesencję charakteru bohaterki i nastroju towarzyszącemu nam przez cały seans.  Jest zatem słodko-gorzko, groteskowo-zabawnie, ale też przerażająco. Nie nudzimy się ani minuty, bo chwili, gdy reżyser raczy nas momentami wyjętymi z filmu grozy, nagle przechodzimy w komiczną scenkę, podkreśloną rytmicznym pstrykaniem placami. To świadczy o ogromnym kunszcie, kiedy skrajne elementy, nie sprawiają wrażenia upchniętych na siłę. Tylko stale intrygują widza. No i mamy jeszcze odrobinkę jazzu, wraz z pulsującymi, elektronicznymi dźwiękami, które- choć w innym wypadku mogłyby zdawać się kiczowate, tu sprawdzają się idealnie. Zatem siądźmy sobie wygodnie i wyruszmy w podróż do niewielkiej miejscowości, przy granicy Ameryki z Kanadą. 

    Kratki, paski. Czerwone zasłony, czarne fotele i lampy, a przy nich greckie posągi. Brzmi znajomo? Po napisach końcowych nie myślę o niczym innym. No może z wyjątkiem „How’s Annie”, ale to raczej oczywiste. Mam tu na względzie [rzecz jasna] motywy surrealistyczne, które stały się znakiem rozpoznawczym pana L. (nadludzka siła Nadine, przejścia między światami, człowiek bez ręki, starsza kobieta i chłopiec, Olbrzymy i Karły itepe, itede). Samo nasycenie, a raczej gra kolorów, jest tym, co przyciąga uwagę od razu. Innym przykładem może być duża ilość przybrudzonej żółci, pomarańczy i brązu. Brązowy jest przecież sam hotel Horne’a, a wyżej wspomniane zamglenie obrazu, podkreśla oniryczny wydźwięk serialu. Choć nie lubię posługiwać się tym słowem, tu pasuje jak ulał. Bo między jawą, a snem rozgrywa się przemyślana opowieść o ludziach-ich problemach i motywacjach, a przede wszystkim wyborach. Wyborach między dobrem, a złem (albo tym co dobre, a tym co łatwe, jak to mawiał Dumbledore). 
        Ale zaraz, o co tak właściwie chodzi? W pewnej spokojnej mieścinie, znalezione zostaje ciało licealistki, imieniem Laura Palmer. Nie trzeba dodawać, że ta sytuacja wywoła [istną] burzę w szklance wody. Bo do niewielkiej aglomeracji ściągnięte zostaną najwyższe federalne stanowiska, ze specjalnymi agentami na czele. A to będzie dopiero zalążek tego, co ukrywa się pod tą (teoretycznie ordynarną) ludnością. I tu zaczynają się schody. Zaczynają, bo poznajemy kilka, jak nie kilkanaście przekrojów przez społeczne sytuacje, od szkolnych po te małżeńskie i związkowe. A najciekawszym zabiegiem, jest zaskakiwanie widza. Charakterami postaci ma się rozumieć. Bo ci, którzy zdawać się mogą w porządku, okażą się posiadać ciemne sekrety, choć będą i tacy, co zostaną kanaliami do samego końca. 
      
    Na bohaterów można by pewnie przeznaczyć kilka treściwych wpisów. Jest zatem Dale Cooper-kwintesencja TP i jeden z najlepiej wykreowanych taśmowych protagonistów. Inteligentny, ale nie bezkompromisowy, niesamowicie chaotyczny charakter pozytywny, który od razu wtapia się w tamtejszy styl życia. No bo nie da się w ogóle nie zaśmiać, gdy w poważnym śledztwie ważniejsze dla niego będzie wypicie kawy, albo gdy wkraczając na teren Coop zacznie zachwycać się roślinnością za oknem. Zresztą, jego dysputy [z innymi] dowodzą, że ma niesamowity dar obserwacji i -choć wydawać się może zbyt nieskazitelny na tle reszty, również posiada wewnętrzne rany. Dlatego tak przykre jest [SPOILER]obserwowanie finału [koniec SPOILERA]-bo zżycie się z Cooperem powoduje w nas bardzo intensywną reakcje przy scenie z szybą. A może tylko ja tak miałam.  Na kim jeszcze zawiesiłam oko? Na Audrey Horne. Krucha z wyglądu, inteligentna wewnątrz, choć początkowo wydaje się mentalnie zawieszona gdzieś w swojej wykreowanej sferze. I to właśnie w niej polubiłam. Tą niejednoznaczność- że może być zarówno zmysłowa, jak i zagubiona, pewna siebie, ale też pełna obaw. Zresztą jej relacje z ojcem mogą być tego głównym powodem. 
      Wrócę jeszcze do tego żonglowania fragmentami. Przypomnijcie sobie scenę z postrzałem i zachowanie starszego kelnera*.  Albo akcję z ratowaniem fretek. Czy też rywalizację Andy’ego i Dicka o ojcostwo (ok, sam Andy płaczący jak dziecko i Lucy z tym swoim głosikiem to też temat na odrębną notkę-> ale nie mam do tego talentu więc zostanę przy tym). Bądź próbę znalezienia zabójcy, za pomocą sztuki zen (jeden z moich ulubionych odcinków). Jeśli pamiętacie inne ciekawe rzeczy to o nich napiszcie. Jestem bardzo ciekawa, co zapadło wam w pamięć (ach i jeszcze scena w barze i to „It’s happening again” –niby winna straszyć, a jest taka, nie wiem, hipnotyzująca). Tyle, że mamy jeszcze takiego [SPOILER] Boba [koniec SPOILERA], który mógłby swobodnie konkurować z największymi postrachami z celulozy. Okropny typ. 

      Stylistyka lat 50’ i 60’ jest dość wyraźna. Krzesełka przy barze, szafa grająca, ubiór Audrey Horne (sweterki, spódniczki) i te nakreślone brwi u tak zwanych ‘kobiet Lyncha’ (czyli Shelly, Donny i Audrey). A także motocykle, skórzane kurtki i męski fryzury a la rude boy. Jesteśmy zatem wciągnięci do krainy, która nawiązując do dawnych czasów nie odbiega od czasów obecnych. No może z wyjątkiem podejścia do cielesności-nie ma tu latających biustów, jak w niektórych współczesnych produkcjach. Czy to źle? Wręcz przeciwnie [ale nie oznacza to, że brak tu erotyki, o nie, nie]. Muszę również się przyznać, że „Twin Peaks” otworzyło moją percepcję na niektóre smaki. Na przykład odnośnie delektowania się kawą-zaczęłam masowo ją pochłaniać, kusząc się nawet na niewielkie espresso. Nie powiem, żebym nie odczuwała różnicy. Poczułam się jak prawdziwa uzależniona. 
      Jak na dłoni widać, że zło jest według „Twin Peaks” odmianą szaleństwa. Wszak każda z opętanych postaci zachowywała się wyjątkowo nietypowo. Ale nie chodzi o samo milusińskie chichranie, tylko chichot przechodzący w poziom godny największego pomyleńca.  Ten rodzaj obsesji prezentuje dajmy na to Leland Palmer, który nagle wskakuje sobie na scenę (przy ‘uciesze’ Bena Horne’a) i zaczyna śpiewać, czy siwieje i cały w skowronkach [SPOILER] chowa ciało w bagażniku [koniec SPOILERA].
      Minusy? Zdecydowanie wątek Donny i Jamesa, który był tak przesłodzony do bólu, że poczułam, iż znów wróciłam do używania cukru (a nie używam-i dobrze mi z tym, nawet nie wiecie jak to zaoszczędza czas). Nie ukrywam też, że Lara Flynn Boyle niezbyt porwała mnie swoją kreacją. Piękna z pewnością była, ale jej szepty kompletnie nie kleiły się z fizycznym wyglądem.  Odnosiłam również wrażenie, że nie do końca ktoś miał pomysł na rozwój relacji tej dwójki. Ale jakoś katastrofalnie nie było-po prostu, gdybym musiała się czegoś czepnąć, to czepnęłabym się tego. I związku Coopera z Annie. Zero chemii. Ładnie, ale bez iskierek. 

    Nie wiem, czy mam dodawać coś na zakończenie, bo słów brakuje (i to co niemiara), ale dawno tak nie oczarował mnie żaden tytuł. I teraz mam ogromny dylemat-bo skoro widziałam coś takiego, to czy cokolwiek jest wstanie „Miasteczko Twin Peaks” przebić?

Ad. Kilka dowodów na uniwersalność serialu: Glastonbury- zakątek, nawiązujący do legendy o królu Arturze i zjawisk paranormalnych,  został również wykorzystany w „Broken Swordzie 3” (to chyba moja ulubiona lokacja), zwolnione tempo stroboskopu-który pojawił się w Czarnej Chacie, znalazł się również w najlepszej scenie „Wyśnionych Miłości” Dolana (czyli tańcu Nicolasa z matką). Kampania promocyjna marki odzieżowej z Laną Del Rey (pan karzeł), nazwa miejscowości w "Bękartach Wojny" (Nadine). 

Ad1. [możliwy spoiler] Mówiłam, że nie do końca pasowało mi odseparowanie wątku Dale’a i Audrey i nadal pozostaję przy tym stanowisku. Wiem, głupio. 

Ad2. Po gruntownym namyśle stwierdzam, że żadna z osób nie zrobiła jakiejś spektakularnej kariery. Maclachlana kojarzyłam jedynie z „Seksu w wielkim mieście”, LFB już zawsze będzie kosmitką z „Facetów w czerni 2”, a takiej Sherilyn Fenn to moje oko wcześniej nie widziało. 

*Albo raczej Olbrzyma?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...