Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adaptacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adaptacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 czerwca 2013

Who watches the Watchmen?

    Człowiek, który nie zna komiksu-będącego podstawą adaptacji, ma dwa wyjścia. Albo zacznie przeszukiwać Internet i nadrobi rysunkowy pierwowzór, albo zda się na intuicję i podejdzie do filmu w całkowitej niewiedzy. Tę ostatnią grupę reprezentuje oczywiście moja skromna osoba i jej chroniczny znak rozpoznawczy-czyli ogromne lenistwo.  Mimo, że o „Watchmen. Strażnicy”  słyszałam już kilka pozytywów, dopiero niedawno postanowiłam nadrobić ten dość popularny tytuł. I choć z początku mój stosunek do  produkcji był dość obojętny, z biegiem minut coraz mocniej angażowałam się w problemy wykreowanego tam uniwersum.
     Zack Snyder znany z takich produkcji jak „300”, czy „Sucker Punch”, wziął się za kolejną pop kulturalną ramkę, czyli zdezelowanych super bohaterów. Bowiem rzadko kiedy spotyka się gońców sprawiedliwości, którzy albo są przesiąknięci wewnętrznymi ranami, albo mają gdzieś, czy staną po stronie zła, czy dobra. Jest to niezwykle oryginalna sprawa, bo praktycznie w każdym ‘kryształowym’ osobniku znaleźć można poważną skazę- która spowoduje, że Watchmeni będą bardziej rzeczywiści, niż byśmy tego oczekiwali. 

    Zanim przejdę do omówienia tak zwanej fabuły, przyłączę się do głosów oczarowanych openingiem. Piąta minuta filmu, to rewelacyjny kalejdoskop z życia pierwszych ‘herosów’, opiewający na lata ich działalności. W rytm „The Times they are a-changin” Boba Dylana, pulsują kolejne daty, na przemian spajające i niszczące ideę „Strażników” od środka. Są więc tematem nagłówków z pierwszych stron gazet, jest i wspólne zdjęcie w 1940 roku (Silk Spectre to kwintesencja inspiracji stylem pin-up girl), a nawet nawiązanie do kultowego zdjęcia żołnierza i pielęgniarki po powrocie z II wojny. Później mamy totalne odwrócenie sytuacji i powolną rozsypkę drużyny- np. samobójstwo i zabójstwo z powodu ujawnienia homoseksualizmu. Na koniec poznajemy tytułowych Watchmenów i ich ewolucję do dnia obecnego [w produkcji]*. W tle przeplatają się również autentyczne wydarzenia, w których ważną rolę odgrywają ludzie związani ze Strażnikami. 
   Nasza historia rozpoczyna się w roku 1985. W alternatywnej wizji przeszłości, prezydent Nixon rządzi w Stanach Zjednoczonych kolejną kadencję, a nikt nie ma pojęcia o (słynnej) aferze Watergate. W tym świecie bowiem zamaskowani mściciele nie tylko czynią to, co  powinni, ale też to, co im się bardziej opłaca-dlatego więc podejrzenia względem ‘męża stanu’ nigdy nie wyszły na światło dzienne. Ale jest jedna rzecz, która spędza sen z powiek amerykańskim obywatelom: chodzi o zagrożenie nuklearnej wojny ze strony Związku Radzieckiego. I właśnie w tym momencie, podczas telewizyjnej debaty, w jednym z mieszkań były członek drużyny „Watchmen”- Komediant, zostaje zabity wypchnięciem przez okno. 
    Ta niespodziewana informacja jest początkiem ważnej sytuacji. Bo kolejny eks- druh „Watchmenów”, czyli Rorschach (którego maska przypomina owe słynne malowidła), na własną rękę postanowi dowiedzieć się kto doprowadził do ‘sprzątnięcia’ Komedianta. Zatem niczym ten tułacz, odwiedzi starych towarzyszy, informując ich o tragicznym wydarzeniu- starając się przy tym ponownie ich zjednoczyć. Jednak Strażnicy już dawno wrzucili kostiumy na dno szafy i niekoniecznie pragną znów bawić się w bohaterów. Pierwszym, który „łamie się” w tej narastającej rutynie jest Daniel, znany też jako Nocny Puchacz (Nite Owl brzmi lepiej, czy mi się tylko wydaje?). Sam więc odwiedzi kolejnego członka ekipy, czyli Adriana Veidta aka Ozymandiasza [zwanego najmądrzejszym człowiekiem świata], który jako jedyny ujawnił prasie swą prawdziwą tożsamość. Rorschach zaś zmierzać będzie do ostatnich Watchmenów, czyli Jedwabnej Zjawy/ Laurie, mieszkającej razem z doktorem Manhattanem. Tak jak i Adrian, ci dwoje również niezbyt przejmą się zaistniałym faktem, bardziej skupiając się na globalnym niebezpieczeństwie (konflikt z Rosją). Oczywiście do pewnego czasu. 

    Dzieło Snydera to efektowna mieszanka kilku gatunków filmowych. Mamy więc deszcz i samotnego bohatera- Rorschacha, który nie tylko posługuje się pierwszoosobową narracją, ale również pisze dziennik. Pachnie wam to stylistyką noir? I prawidłowo, bo tak właśnie skonstruowana jest postać /osobowość Rorschacha: ma swój system wartości, jest cyniczny i wyznaje zasadę „No compromise”. Ale jest też domieszka psychologii i dramatu, zwłaszcza we wspomnieniach Silk Spectre (Jedwabne Widmo)-matki Laurie. W „Watchmen” nie zabraknie również akcji w Wietnamie, nawiązującej do „Czasu Apokalipsy” Coppoli. Sam epizod badania śmierci Komedianta, w pewnej chwili ociera się o kino akcji, czy czysty thriller. „Strażnicy” to też przede wszystkim kino science- fiction-> jeśli weźmiemy pod uwagę zdolności doktora Manhattana i to, że może przemieszczać się w kosmosie, czy teleportować jak Nightcrawler. Można też odnieść wrażenie, że „Watchmeni” wielokrotnie stawiają na autoparodię. Nixon nie bez kozery posiada nos przypominający pewien męski narząd, a najbardziej komediowe elementy leżą w dobranej ścieżce dźwiękowej: w dramatycznej scenie walki przewija się wesoła nutka, scenę seksu okraszono utworem Leonarda Cohena „Hallelujah”, a pogrzeb Komedianta rozpoczyna „The Sound of Silence” Simona & Garfunkela. 

       Oczywiście nie zabraknie tu technicznych elementów, idealnie balansujących na krawędzi komiksu i ciętego realizmu. Jest i slow-motion w scenach walki, unikanie pocisków, pięści przebijające ściany (te amerykańskie chyba nigdy nie były dość mocne), czy paradowanie w odpowiednio obcisłych strojach. Jeszcze wracając do elementów stricte komicznych, można zauważyć, że strój Ozymandiasza (z wyjątkiem kolorystyki) wyraźnie bazuje na kostiumie Batmana, prezentowanym w produkcji Schumachera „Batman i Robin”. Tam również obrońca sprawiedliwości posiadał taki element jak opływowa maska i… metalowe sutki. Jest to z pewnością mrugnięcie okiem w stronę widza, a i sama orientacja seksualna Veidta jest zasugerowana w dość aluzyjny sposób. 
    „Watchmeni” w dużej mierze rozliczają się z wizerunkiem perfekcyjnych i moralnie doskonałych superherosów. Tu każdy zmaga się ze swoimi problemami, nie może do reszty odnaleźć się w życiu, albo odcina się od szarej egzystencji ze względu na posiadanie umiejętności, wykraczających poza zwykłe człowieczeństwo (doktor Manhattan). Jeśli pamiętacie „Iniemamocnych” Pixara, wiedzcie, że „Strażnicy” stanowili inspirację dla pewnych elementów fabularnych- zwłaszcza jeśli chodzi o podejście Boba i kłopoty jego dzieci. Niezwykłe jest również to, że praktycznie każdy z bohaterów mógłby mieć swój scenariusz na oddzielny film. To, że w ciągu 160 minut jesteśmy w stanie wejść tylko w najważniejszy wycinek ich wspomnień, jedynie zaostrza apetyt na więcej. Osobiście, najchętniej dowiedziałabym się czegoś więcej o Rorschachu i Ozymandiaszu- bo ci dwaj panowie nie tylko wydali się najbardziej interesującymi postaciami, ale wybijali się również aktorsko**.  

    Zakończenie filmu jest dość zaskakujące i daje mentalnego kopniaka w kwestii wyborów. Czy możliwe jest więc osiągnięcie pokoju bez żadnych ofiar? A co z tymi, których poświęcono dla idei: czy może być słuszna, skoro i tak ucierpią na niej postronne osoby? Te i mnóstwo innych pytań przewija się w punkcie kulminacyjnym, dając do zrozumienia, że nigdy nie wiadomo co kreuje publiczną świadomość (pełną iluzji). Mechanizm rządzący światem idealnie zaprezentował sam Komediant: przerażająco okrutny wobec ludzi, ale i w pełni świadom jak brudne są jego czyny i wszyscy, którzy posiadają władzę. 

   Podsumowując: naprawdę warto obejrzeć ten film. Bo „Watchmen. Strażnicy” to nie tylko gratka dla fanów, ale przede wszystkim interesująca wizja, która jest aktualna i dziś. 

*Nite Owl w roli muzy Warhola był całkiem udanym pomysłem. 
**Plus jeszcze Carla Gugino, która mogła być dużo częściej.


poniedziałek, 27 maja 2013

Kolejny nudny post o jakimś tam filmie/Will you still love me when I'm no longer young and beautiful?

   Miałam w ogóle nic tu nie pisać- bo w końcu ile można wałkować jeden i ten sam temat, ale stwierdziłam, że muszę się z nim uporać, aby oczyścić swój umysł. Tak jakoś ostatnio mam, że cierpię na brak motywacji w poszerzaniu horyzontów- a myślenie o otwarciu (jakiegokolwiek) zagadnienia, powoduje we mnie zgrzyt, przypominający grymas Stannisa Baratheona. Tak więc chciałam (bardzo!) zabrać się za jakąś starszą przygotówkę [właściwie w tej chwili trudno na jakąś trafić, więc ten przydomek jest chyba bez sensu], ale się nie udało. Tak więc, opadłszy lekko z sił, postanowiłam skleić jakąś notkę, by nie popaść w  całkowity, intelektualny marazm. Ale obiecuję, że się to zmieni, dajcie mi trochę czasu. 

Życie z perspektywy obserwatora ma swoje plusy i minusy. Będąc osobą mniej zauważalną dla postronnych- a, co za tym idzie stojącą gdzieś z boku, otrzymujemy wgląd w czyjeś najdziksze, najgłębiej zakorzenione pragnienia. Z drugiej strony nie da się ukryć, że takie lawirowanie w wielkim świecie może też sprawiać nie lada kłopoty. A to ktoś w zaufaniu wyjawi  ci sekret, w który nikt nie będzie chciał potem uwierzyć, a to zdani będziemy tylko na siebie w momencie mocno podbramkowym. Bo podwójne przeżywanie trosk i niepokojów, jest jak bycie suflerem, którego nikt nigdy nie nagrodzi za to, że opanował tekst na pamięć.
Zacznę od tego, że „Wielki Gatsby” początkowo ni mnie grzał, ni ziębił. Ani nie oczekiwałam na premierę, obgryzając przy tym ostatniego paznokcia, ani nie było tak, że kompletnie się tym nie interesowałam. I tu właśnie narodził się dystans, który pozwolił odrzucić element, ostatnio dość popularny w naszej [pop]kulturze: mianowicie mieszanie czegoś z błotem tak na zaś. Bo po pierwszych opiniach (popartych zagranicznymi ‘ą ę’ krytykami)dowiedziałam się, że film jest totalnie beznadziejny i w ogóle, że co za szmira, a DiCaprio się nie popisał. Nie muszę dodawać, że w tym momencie zapaliła się u mnie ostrzegawcza migawka, mówiąca coś w stylu ‘nie bierz tego wszystkiego na poważnie’. Oczywiście zgadzam się, że nie jest to dzieło w pełni porywające, czy też takie, które zapisze się na kartach kinematografii, ale śmiem wątpić, że aż tak z nim nie po drodze, jak mogłoby się wydawać. 

      Nie czytałam książki, nie widziałam poprzedniej wersji, nie wiem zatem w jaki sposób produkcja Luhrmanna odbiega, bądź dodaje swoje trzy grosze do reszty. Faktem jest, że Baz z pewnością umie kręcić jak to mawiają na bogato. Jest więc kolorowo i wystawnie, czasem nazbyt efektownie, ale da się to przełknąć, gdy do akcji wkracza postać Gatsby’ego. On więc wprowadza ten uroczy balans, który powoduje, że historia nabiera tępa i nie zjada własnego złotego ogona. Tyle, że jakiś chłód nieodgadniony bije z tego wszystkiego-tak jakby pośród strumieni szampana i przytupów do Charlstone’a brakowało humanizmu, ciepła i empatii. No i większego rozbudowania [charakterologicznego] świetnych postaci drugoplanowych (Myrtle, Tom). Wraz z wyraźnym spłyceniem przesłania produkcji, podpartą ją  niepotrzebnymi wstawkami narratora-przez co film zdaje się momentami wręcz ‘łopatologiczny’, a tej rzeczy moje słabe ego nie trawi. Ja-widz chcę mieć pole do popisu/interpretacji, a nie czuć się prowadzonym na sznurku przez pana, mówiącego w tonie nakręconego wykładowcy-którego uosabia tu niewinny (?) Nick.
           Bergman w niejakich „Szeptach i krzykach” rozbijał na atomy różnorakie konwenanse, czyli tak zwane nabyte grzeczności, które są tylko fasadą skrywającą nasze prawdziwe ‘ja’ [aka egocentryzm]. Mówię to nie bez kozery, bo GG na tym również się skupia, kumulując odpowiednie wartości w różnych ciałach (czytaj: postaciach). Jay Gatsby to prawdziwy romantyk na tle pozytywistów, ewentualnie ostatni sprawiedliwy krzewiący w sobie dziecięce wartości, w odróżnieniu do jego pseudo znajomych. Już na samym początku filmu Nick Carraway maślanymi oczami Tobey’a Maguire’a mówi, że wierzył w ludzi dzięki jednej osobie, czyli właśnie Jay’owi. Tylko czas się tu zastanowić, czy gdziekolwiek pozwolono na dogłębne rozwinięcie tytułowego bohatera i jego motywacji-czy też jego relacji z Daisy. No niestety-dla mnie tego było po prostu za mało. Konfetti z widokiem na przecudowne niebo przesłoniło interesujący wydźwięk lektury, a zabawy reżysera przez pierwsze dwadzieścia minut spowodowały we mnie syndrom spoconego kołnierzyka [siedzisz napięty niczym ta struna, mając nadzieję na dobre show, po czym zdajesz sobie sprawę, że nie jest dobrze;  twój kołnierzyk robi się coraz bardziej wilgotny, a ty go poprawiasz i nie możesz oprzeć się wrażeniu, że fotel na którym spoczywasz, jest coraz bardziej upierdliwy i  niewygodny]. 

O czym zatem opowiada produkcja? Daruję sobie wstęp do fabuły, bo każdy, kto czytał [jakąkolwiek] recenzję wie o co się, że tak powiem rozchodzi. Nick Carraway to uroczy, zagubiony miłośnik pisania, jedyny chyba marzycielski osobnik razem z Jay’em G. Ja tam na Tobey’u nie zamierzam się w sumie znęcać, bo swą  filmowa misję wypełnił- choć panem domu to bym go nigdy nie nazwała. No właśnie-pewnie nie tylko ja zauważyłam, że WG wielokrotnie stawia na autoparodię: a to w scenie z ‘przypadkowym’ spotkaniem Gatsby’ego i Daisy, a to właśnie już w samych do tej sytuacji przygotowaniach [czy słowna zabawa typu ‘Jay-G, a Jay-Z ‘ też tam ma znaczenie, czy to tylko moja nadinterpretacja?]. Więcej kwiatów, mokrych  garniturów o kocim błagalnym spojrzeniu Leonarda i człowiek się zastanawia czy nadal ogląda ten sam film, co przy napisach początkowych. Twardy orzech do zgryzienia.
Jeszcze z innej beczki: po jakiego grzyba władowano tyle utworów w którymś [chyba trzecim z kolei] trailerze, skoro w samym dziele było ich tyle, co kot napłakał? Jay-Z, Jay-Z, mija kolejna piosenka, a potem znowu Jay-Z. Albo cover Beyonce [podkreślam cover, tak jakby oryginalny głos wokalistki był nietrafionym rozwiązaniem]. To mi się nie podobało, bo nie po to nastawiam się na-dajmy na to, kawałek Florence Welch, by go potem nie usłyszeć. Lana del Ley -co do której mam mieszane odczucia, na szczęście dodała nastrojowego balansu swą rzewną balladą z lewitującymi koszulami w tle. Po prostu jestem za większą różnorodnością, bo co za dużo to niezdrowo. Zwłaszcza jeśli chodzi o hip-hop. 

Luhrmann wychodzi chyba z założenia, że moralny upadek sfer wszelkich nadal trwa. To, że kilkadziesiąt lat temu ludzie woleli popić i świecić, wcale nie oznacza, że coś się zmieniło. Owszem-status materialny nie jest już tak kolosalną przepaścią, co kiedyś-> oczywiście z wyjątkiem wszelkich tych celebrytów i gwiazdeczek, ale świat to nadal pogoń za egoizmem, wygodnictwem i stawianiem wyborów między tym co dobre, a tym co łatwe (znowu parafrazuję Dumbledore’a- ech, sentyment). Ja prócz tego nie do końca mogłam ‘znielubić ‘ postać Daisy, bo po prostu wydawała mi się zagubioną dziewczyną, której wpojono taki , a nie inny styl życia- plus widać było wyraźnie, że najczęściej nie wiedziała czego chce. Być może jest to w jakimś tam stopniu złagodzenie bohaterki, ale wierzcie mi: świat nie składa się tylko i wyłącznie z samych ‘Daisy'ch’, ‘Gatsby’ch’, czy ‘Tom’ów’.
Kolejne złe słowo pójdzie w stronę montażu. Jak już mówiłam, pewna część filmu to istna zupa w proszku. Kręci się ten wstęp jak karuzela dla lokomocyjnych masochistów, a szybkie przyciąganie obrazu -kojarzące się z rybakiem wciągającym zdobycz,  powoduje nie tylko mdłości, ale i wzrokowy oczopląs (a może tylko ja mam takie problemy). Jest to bardzo dziwna kwestia z tego powodu, że później dzieło utrzymuje swój przyzwoity poziom i trochę zapomina się o niefortunnym pomyśle Luhrmanna [albo raczej chce się zapomnieć]. Ten stan przyrównałabym do seansu „Drzewa Życia” które również z marszu postanowiło wystawić mą chwiejną stabilność na próbę. 
 Leonardo DiCaprio jest prawdziwym perfekcjonistą. Po nadrobieniu „Aviatora” nie mam wątpliwości, że to jeden z najbardziej obiecujących aktorów przemysłu Hollywood. Dlatego boję się, że po raczej nieprzechylnych słowach jury, Leo całkowicie się w sobie zamknie, albo znów będzie dobierał role samych twardzieli-nie będących w ogóle cieniem jego Gatsby’ego. Bo wierzcie lub nie-polubiłam to wcielenie, uwierzyłam w fakt, że Jay jest samotnym człowiekiem, który myślał, że jak uda mu się zdobyć bogactwo, odzyska miłość swojego życia. Smutne to i przejmujące, choć nie da się ukryć, że bez kompletnego scenariusza nie da się przekazać wszystkiego. Joel Edgerton stworzył Toma z krwi kości: nie przeszarżowanego frustrata-mięśniaka, lubiącego tylko burdy, ale kogoś, kto ma swoją opinię, no i jest kwintesencja męskiego testosteronu z małą ilością zahamowań. Dla mnie-jak i większości widzów jest to pewnie najbardziej przekonująca postać razem z ‘karczmowatą’  Myrtle w interpretacji Isli Fischer (prawie jej nie poznałam). Carey Mulligan swoją subtelną urodą kontrastowała z choleryczną postawą Toma-a może właśnie o to chodziło, by móc powiedzieć, że pozory mylą. 

Wbrew tym wszystkim nieprzychylnym refleksjom film mi się mówiąc krótko podobał. Tak-jest cienki na początku, ale potem odbija się od dna i wciąga nas w tajemnicę Gatsby’ego i jego uczuciowe zawirowania. Choć nie zamierzam słodzić całej produkcji, mogę ją polecić miłośnikom tego, co ładne (kostiumy, klimat, blichtr) i aktorskiej obsady, która całe szczęście nie zawodzi.

Ps. Te ‘patrzące oczy doktora’ to taki Wielki Brat, czy mi się tylko wydaje?

piątek, 5 października 2012

Jedzenie dobre na wszystko.

Posiłek, przekąska, czy też inaczej żarcie jest nieodłącznym elementem naszej codziennej egzystencji. I tak jak w przypadku przeciętnego Mostowiaka (zbieżność nazwiska z pewnym serialem jest zupełnie przypadkowa), tak również i na ekranie te cudowne wspomagacze energii pełnią ważną funkcję dla niektórych produkcji.

1. "Miss Agent"- Gracie Hart to nie tylko bezkompromisowa tajniaczka, ale również fanka mrożonych słodyczy. W scenie gdy lekko zdołowana Sandra Bullock idzie do baru, prosząc o dawkę pewnego specyfiku, jesteśmy przekonani, że zamierza sobie wylać za kołnierz. Tymczasem obsługujący ją pan wyjmuje nic innego, jak obszerny pojemnik na lody. Prócz tego Hart jest zdecydowaną entuzjastką pizzy, co dość humorystycznie przedstawia scena z łakomymi koleżankami z branży. I tak, mimo, że cała postać teoretycznie nieatrakcyjnej (mówię teoretycznie, bo Sandra Bullock nawet w charakteryzacji brzydka nie jest) Gracie być może nie należy do najlepszych kreacji kinowych, to "Miss Agent" świetnie mi się ogląda dla zwyczajnego relaksu.

2. "Dziennik Bridget Jones"- zakręcona angielka lubi zarówno dobre papierosy, jak i wieczorne spotkania ze szklanką wódki. Do tego potrzebuje również nastrojowej muzyki, no i oczywiście trochę jedzenia. Choć w filmie specjalnie nie podkreślono zamiłowania Bridget do posiłków, to jednak na takie zapędy wskazuje chociażby scena z zeskrobywaniem pleśni z sera (będącego bodajże jedyną dostępna przekąską w lodówce). Oczywiście  kompleksy bohaterki zostały zinterpretowane troszeczkę zbyt dosłownie, ale nie zmienia to faktu, że nadal sympatyzuję z tym tytułem.

3. "Legalna Blondynka"- kiedy różowa Elle Woods zostaje rzucona przez snobistycznego Alarica, ee to znaczy Warnera, postanawia urządzić sobie z lekka dobijający maraton filmowy i zajada przy tym czekoladki (w dodatku są one w kształcie serduszka). Czekolada to moim zdaniem jedna z najlepszych recept na zły humor, bo po pierwsze zawiera hormony szczęścia, a po drugie jest świetnym dodatkiem do bez cukrowej kawy.

4. "Dziewczyny"- tu chodzi oczywiście o Hannę, która nie ukrywa, że lubi sobie zwyczajnie podjadać. Postać grana przez Lenę Dunham jest jedną z tych bardziej realistycznych, bo o wiele częściej widuje się kobiety o jej posturze niż np. takiej Anji Rubik. W serialu wielokrotnie wspominanie jest, że Hanna zmaga się z problemem lekkiej nadwagi (a ja osobiście lubię jej ciekawe przemyślenia).

5. "The Big Bang Theory"- kiedy urocza sąsiadka dwóch naukowców imieniem Penny wkręca się wirtualny świat gier, nie tylko chodzi zaniedbana jak zaspany student, ale również myszkuje we włosach kawałki czipsów. Ogólnie rzec biorąc to przepadam za takim portretem nieco zdezelowanej dziewczyny, bo  miewam czasem nastroje pt. wolę se posiedzieć w dresiku.

6. "Dragon Ball"- już wiem na kim wzorował się Robert Burneika. Otóż jak dobrze wiemy, żeby mieć siłę, potrzebna jest również masa. Tak więc bohaterowie Akiry Toriyamy wchłaniają wszystkie dania na potęgę, a największymi łakomczuchami są oczywiście Sayianie. Żeby nie było, iż funkcja takiego jedzenia nie ma tu wartości wznioślejszych- po posiłku Goku i jego paczka czuje się o wiele szczęśliwszy i masuje swój napełniony brzuch niczym niegroźna panda.



środa, 5 września 2012

Ciężkie życie czytelnika (NM).

Miało nie być żadnych wpisów o książkach. Bo ja recenzować nie umiem, a już zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę. Nie mogłam się jednak powstrzymać z pewnego prostego powodu: znowu się porobiło. Jeśli HBO nadal ma w planach ciągnąc serię, to trzeci sezon albo wyjdzie im rewelacyjnie albo jak ostatnio. Oczywiście zamierzam skupić się na najciekawszych wątkach, a tym, którzy z "Nawałnicą mieczy" do czynienia nie mieli odradzam dalszą lekturę, żeby nie popsuć sobie zabawy.

ŚLUB U FREYÓW.
No coś potwornego. Wiedziałam, że stary dziad jest mściwy, ale nie sądziłam, że aż do tego stopnia. Moja nienawiść do spóźnialskich wzrosła bardziej niż to w ogóle możliwe, a rzeź na Starkach jest jakąś totalną masakrą na czytelniku. Od początku miałam wrażenie, że wilki są głównymi bohaterami serii, więc jakież było moje zaskoczenie, kiedy 1/3 tego wspaniałego klanu zaczęła gryźć ziemię. Wiem, że są naiwni i zbyt honorowi, ale dawno nie spotkałam się z takim potraktowaniem przodujących postaci.

Nigdy nie dajcie się w to wrobić.
MAŁŻEŃSTWA W CASTERLY ROCK
Można by rzec 'No w końcu! Joffrey nie będzie mnie już wkurzał'. Zanim jednak do tego dojdziemy, nie omieszkam wspomnieć o biednej Sansie. Tak, Sansa jest biedna. To tylko młoda dziewczyna zakochana w pieśniach, a ktoś brutalnie zniszczył ten światek najpierw mordując jej ojca, a potem karząc wyjść za Tyriona. Ja się tego kompletnie nie spodziewałam.


Margaery pobiła chyba rekord wdowieństwa.
JAIME
Ależ to była irytująca postać. Nie było żadnego powodu,by z nim sympatyzować (zarówno w pierwszym jak i drugim tomie). Tu nie dość, że zaczęłam mu współczuć, to jeszcze liczyłam na jego rychłą ucieczkę od Komediantów. Dla kogoś, kto widział sens życia jedynie w walce, musiało być istnym koszmarem stracić rękę. Co najciekawsze ten zawadiacki i nieugięty Lannister zaczął nagle się zmieniać (co być może zawdzięcza  rycerskiej Brienne).
To może być interesujący fragment.
TYRION
Człowiek, któremu zabrano wszystko. Najpierw władzę, potem honor, a na końcu płatną miłość. Jego największym przestępstwem było to, że urodził się karłem (przy okazji jest to jedna z najciekawszych wypowiedzi w książce). Można się w sumie zastanawiać skąd u takiego mądrego człowieka zauroczenie sprzedajną Shae. Ale z drugiej strony każdy potrzebuje jakiejś namiastki uczucia. I faktycznie ojciec Tyriona nie 'sra złotem'.


JON
Nazywam się Jon Snow i mam przerąbane. No może nie do końca, ale nie da się ukryć, że jako renegat wypadał średnio. Do klasyki przeszło już powiedzenie: 'Nic nie wiesz, Jonie Snow'. Stannis chyba się wkurzy, że nie mianuje go lordem Winterfell.

Tak dla przypomnienia.

SANDOR
Ciekawa postać. Z jednej strony okrutny eks-rycerz z groteskowym wyglądem, z drugiej wybawca Aryi. Być może chciał odpokutować swoje wcześniejsze czyny. Czy zginął? Tego zbyt szybko się nie dowiem.



SANSA+LITTLEFINGER
Kto nadal uważa, że koroną rządzi Cersei powinien najpierw zerknąć na Orle Gniazdo. Mimo, że Baelish jest podstępnym cwaniakiem w jakiś sposób wzbudza moją sympatię (a może chodzi o aktora, nie jestem pewna). Jego relacja z Sansą zdaje się być nad wyraz osobliwa, a potęguje to nieszczęśliwa miłość do Cat.


KOŃCÓWKA
Czyli noc Żywych Trupów. Bójmy się zemsty Catelyn Stark (i jej wyglądu topielicy).


Podsumowując
Czarna lista: Walder Frey, Tywin Lannister, Cersei, Boltonowie
Lista lajków: Tyrion, Sansa, Littlefinger, Jaime, Arya, Sandor, Jon.


niedziela, 26 sierpnia 2012

Zróbmy to po swojemu, czyli Hollywood udaje, że nie ma brzydkich ludzi.

Powszechnym zjawiskiem dzisiejszej kinematografii jest inwestowanie w ładnych aktorów. W dobie obecnych standardów ciężko jest odnaleźć postać, która odpowiadałby swojemu literackiemu pierwowzorowi (zarówno temu ładnemu jak i brzydkiemu). Zdaję sobie sprawę, że taki szary, przeciętny widz jak ja ma odczuwać życiowe kompleksy wpatrując się w idealnie dopracowaną sylwetkę, jednak śmiem twierdzić, że są jakieś granice-co za dużo to niezdrowo a mojego oka również nie da się oszukać.

 1. Tyrion Lannister- według Martina był wyjątkowo nieatrakcyjnym karłem z wystającym czołem i dwoma, różnymi od siebie oczami (zielonym oraz czarnym). Do tego miał kaczy chód i niezbyt przyjemną fizjonomię. Podczas bitwy z flotą Stannisa Tyrion utracił większą część nosa, co poskutkowało u niego ogromną blizną, przecinającą niemal cały środek twarzy. Oczywiście nie dość, że postać, którą zaprezentowano w serialu jest o wiele ładniejsza niż można by przypuszczać, to jeszcze musiano pozostawić naszego bohatera z nieco mniejszymi obrażeniami. Prócz tego Tyrion sprawia o wiele bardziej pozytywne wrażenie, niż chociażby jego urocza siostra Cersei, czy spięta niczym cięciwa łuku Catelyn Stark*.

Jedna z najlepszych postaci serii. Nie zmienia to jednak faktu, że książkowy wygląd już tak bardzo by nas nie uraczył.

2. Brienne z Tarthu- nie byłoby nic złego w tym, że dobrano o wiele ładniejszą aktorkę, gdyby nie fakt, jak często w książce pojawia się słowo 'brzydka'. Tak bowiem motywacja  Brienne do zostania jedyną kobietą- rycerzem staje się o wiele mniej realistyczna.


3. Jane Eyre- tutaj występuje wiele spornych kwestii. Jane jako postać o własnych poglądach, miała być osobą niejako wyprzedzającą swoją epokę. Tak więc jej teoretycznie nieatrakcyjny (bądź też niewyróżniający się) wygląd mógł brać się z ówczesnej umysłowej ciasnoty. Nie zmienia to jednak faktu, że Mia Wasikowska nawet w charakteryzacji nadal pozostaje 'nie tą'.


4.Margaery Tyrell- rolę pięknej, brązowowłosej reprezentantki kwiecistego rodu przekazano aktorce o zupełnie nie pasującej urodzie. A może tylko się czepiam.

No dobrze, może to po prostu nie jest moja wizja;3

5.Rachel Dawes- rozumiem, że Katie Holmes nie mogła zagrać w filmie. Ale ukochana Batmana naprawdę nie wyglądałaby jak Maggie Gyllenhaal. Przy mojej całej sympatii do tej aktorki nie mogę pozostać bierna na tak straszną castingową wtopę. Nawet zaloty Jokera (który być może bardziej widział inteligencję Rachel) mnie nie przekonały.


6. Carrie Bradshaw- chyba nie muszę mówić o co mi chodzi. Sarah Jessica Parker mimo dobrego aktorstwa po prostu nie nadaje się do grania takich kobiet. Nawet jeśli ktoś oszałamiająco nosi szpilki  i ubiera się w takie ciuchy, jeszcze nie znaczy, że będzie mieć takie powodzenie (btw nie wiedziałam, że felietonistkę stać na ubrania Chanel).


7. Ashley-nikt nie jest w stanie mnie przekonać, że ekranowy Ashley w czymkolwiek przebijał Rhetta Butlera. Być może chodziło o podkreślenie jego nijakości, która w jakiś sposób intrygowała Scarlett, ale ja się na to po prostu nie nabrałam.


*I żeby nie było: nie podważam tu umiejętności aktorskich Petera Dinklage, ale pewnego rodzaju właściwość. A z Cersei to żartowałam.

Macie jakieś inne typy?



środa, 25 kwietnia 2012

Strasznie dziwnie, niesamowicie traumatycznie

Po raz kolejny przekonuję się, że nie wszystkie dotychczasowe nominacje Akademii mi się podobają (pomijam rozczarowującą "Żelazną damę", bo nawet nie mam siły o niej pisać). Jak widać nadrabianie czołówkowych tytułów idzie mi wolno, a ostatni tego typu film, bazujący na powieści Jonathana Safrana Froera, wzbudził we mnie dość mieszane uczucia.

Każdy z nas w inny sposób radzi sobie ze śmiercią bliskich. Jedni płaczą w poduszkę, drudzy zamykają się w sobie i znoszą swój problem w samotności. Thomas Schnell (Tom Hanks)- ojciec młodego Oskara (Thomas Horn), ginie w płonącym wieżowcu World Trade Center. Od tego czasu trzynastolatek, dusząc w sobie skrywany żal, myszkuje w szafach i przeżywa traumę po swojemu-m.in.odsłuchując nagrany na sekretarce głos taty. Pewnego dnia znajduje niebieską wazę, która kryje w sobie mały klucz. Chłopak postanawia więc znaleźć zamek prowadzący do wyjaśnienia zagadki, mając nadzieję, że dzięki temu uda mu się zbliżyć do zmarłego ojca (obaj uwielbiali bowiem planować wypady w teren i szukać wskazówek przy pomocy mapy). W trakcie żmudnych i początkowo bezcelowych poszukiwań, Oskar zaprzyjaźnia się z lokatorem swojej babci (Max von Sydow), który wiele lat temu stracił głos.Co ciekawe, wydaje mu się być bardzo znajomy. Czy chłopakowi uda się znaleźć odpowiedź? Czy znajdzie ukojenie po stracie bliskiego? No cóż, to już musicie odkryć sami.

Głównym minusem produkcji jest z pewnością akcja i jej zbytnie wydłużenie w czasie.Pierwsza godzina filmu sprawia bowiem wrażenie powolnej i bardzo zniechęca. Nie chodzi jednak o przesadny patos- reżyser nie ma  tu na celu wyolbrzymienia wydarzeń  z 11 września. Chciał raczej pokazać nasz osobisty smutek, taki, który przeżywa każda rodzina w trudnych chwilach. Zarówno matka Oskara (w tej roli całkiem wiarygodna Sandra Bullock) jak i jej syn dzielą wspólną tragedię, jednak długo nie są w stanie się porozumieć. Chłopiec zaś początkowo boi się nawet korzystać z metra, a przy każdym głośniejszym tonie zakrywa uszy. Takie zachowanie od razu kojarzy się z syndromem Aspergera- jednak film nie do końca wyjaśnia tą sprawę. Dalszą część seansu ogląda się już dobrze-a to za sprawą nowego towarzysza Oskara i ludzi, których spotyka.

Nie mam co do tego dzieła specjalnych zarzutów, jednak nie mogę powiedzieć, bym była pod jakimś ogromnym wrażeniem. Poza wyróżniającą się kreacją Maxa von Sydowa, uwagę moją zwróciła także dobrana muzyka. Podsumowując: "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" można obejrzeć, jeśli macie ochotę zetknąć się z problemem straty, choć nie sądzę, żeby jej ominięcie było wielkim filmowym faux- pas.


sobota, 3 marca 2012

O miłości w czasach mniej współczesnych

        No i się stało. Nie wiem jak Brytyjczycy to robią, ale ich produkcje nie dość, że prezentują się zazwyczaj solidnie, to jeszcze potrafią pięknie opowiadać o ludzkich relacjach. Może i nie należę do wielkich romantyków, ale serial, o którym teraz opowiem poruszył mnie w dość istotny sposób.
 
Spojrzenia Thorntona na Margaret to istna przyjemność dla oka;)

"Północ Południe" (aka "North and South"), to pochodząca z 2004 roku adaptacja książki, ze stacji BBC. Jego akcja opiera się na losach młodej kobiety z klasy średniej, imieniem Margaret, która zmuszona jest opuścić swoje rodzinne miasteczko Helston. Razem z matką, ojcem i służącą Dixon, przenosi się do przemysłowego Milton, gdzie wiecznie zabiegani robotnicy i latające skrawki bawełny stoją  na porządku dziennym. Nietrudno się więc domyślić, że taka konfrontacja ze spokojnym, roślinnym południem, stanowić będzie dla głównej bohaterki swoisty kulturowy szok. Oprócz zetknięcia się z innymi zwyczajami i trudnościami (typu głód, czy bieda), panna Hale spotyka również właściciela jednej z fabryk- Johna Thorntona, który, choć początkowo budzi w niej negatywne odczucia, z czasem wywiera coraz większy wpływ na jej przyszłym życiu.

Jednym z ogromnych plusów tej serii, jest fantastyczna muzyka, która nie tylko dobrze komponuje się z sytuacjami, ale także porusza emocje i serce widza. Na pochwałę zasługuje też gra głównych bohaterów, w których rolę wcielili się Daniela Denby-Ashe i Richard Armitage. Ich chemia na ekranie jest niesamowita, a same gesty czy spojrzenia dają odbiorcom więcej, niźli amerykańskie sceny łóżkowe. Klimat dziewiętnastowiecznej Anglii i ówczesna problematyka, stanowią  doskonałe tło: nie obserwujemy tu jedynie wątku miłosnego, ale również poważne, społeczne problemy.
Podsumowując, uważam tą produkcję za wyjątkowo udaną. Jeśli spodobała wam się "Jane Eyre", raczej nie powinniście być zawiedzeni ;).

środa, 15 lutego 2012

Miłe złego początku. Pomoc potrzebna od zaraz!

Film o dyskryminacji rasowej w USA w latach 60- tych. "Pewnie dlatego tyle nominacji do Oscara"- pomyślałam. Los lubi czasem płatać figle, i o ile ma początkowa niechęć do "Służących", była po części celowa, to po seansie moje nastawienie nie dość, że zmieniło się o 180 stopni, to jeszcze zakończyłam odtwarzanie z małą  łezką w oku.

Co zatem było przyczyną zmiany? Jest na to kilka odpowiedzi. Zacznijmy od tego, że historia, którą zobaczymy nie jest skomplikowana: początkująca pisarka postanawia wydać książkę, składającą się z kilku anonimowych opowiadań. Banalne? Być może, ale jeśli wnikniemy w zasady panujące w pewnym miasteczku  w stanie Missisipi, da się zauważyć, że takie wydarzenie będzie pewnego rodzaju rewolucją. Zwłaszcza, jeśli swoimi przeżyciami podzieli się  nie kto inny, tylko czarnoskóre służące. Na jaw wyjdą nie tylko sekrety "przykładnych" pań domu, ale także najbardziej kontrowersyjna ówcześnie kwestia, czyli nietolerancja rasowa.

 Za pomocą kilku wątków w filmie,  poznamy perspektywę bycia zarówno służącą, jak i członkinią Ligi Kobiet. To, co sprawia, że wszystko ogląda się tak przyjemnie, jest zasługą trzech aktorek: Violi Davis, Octavii Spencer i Jessici Chastain. Mamy zatem nie tylko rewelacyjnie odegraną przyjaźń dwóch kobiet, borykających się z podobnymi problemami, ale również ukazane odrzucenie z elity , którego powodem bynajmniej nie jest kolor skóry. Film zwraca również uwagę na więzi i relacje międzyludzkie, słusznie naprowadzając nas na wniosek, że wychowanie dziecka i jego wspomnienia zawsze będą ważnym motorem do działań w życiu.

Nie jest to jednak stricte pouczające filmidło z happy endem. Biali nie będą od razu na równi traktować czarnych, a dzieci wciąż będą uważać służące za swoje prawdziwe matki. Mimo tych oczywistych negatywów, to jedno małe zdarzenie da głównym bohaterkom mały promyk nadziei na lepszą przyszłość.   

poniedziałek, 13 lutego 2012

"Immigrant song" i przemoc wobec kobiet w tle- Millennium, podejście 2.

   Przed seansem tego filmu postanowiłam nieco oczyścić swój umysł: próbowałam nie myśleć o tym, że widziałam już skandynawską wersję, a obawy przed nieuchronnym filmowym deja vu, próbowałam zostawić w dalekiej otchłani pamięci. Na szczęście, całe to moje niechętne nastawienie, jakie występowało przed wejściem na salę kinową, zniknęło wraz z rozpoczęciem się projekcji  (naprawdę zaczynam mieć dosyć tych idiotycznych reklam Biedronki).

   Początkowa sekwencja filmu, wprowadza nas w główny wątek: będziemy świadkami badania kryminalnej zagadki z przeszłości pewnej bogatej rodziny. Oczywiście, nie jest to jedyny powód, dla którego postanowiłam jeszcze raz zetknąć się z interpretacją powieści Larssona, ale o tym za chwilę. 
Jak wiadomo David Fincher znanym reżyserem jest, więc miałam jako takie oczekiwania, do tego, co postanowi nam pokazać. I muszę tu powiedzieć, że otwierające całą historię intro, będące coverem utworu Led Zeppelin, było fantastycznym pomysłem. Muzyka Trenta Reznora (zeszłorocznego laureata Oscara za ścieżkę dźwiękową za "The Social Network"), stanowi idealne dopełnienie klimatu surowej, zimowej Szwecji. Nadaje dobre tempo filmowi, co jest ogromnie ważne, zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie kiepską kontynuację "Matrixa" (w dużej mierze za porażkę uważam tu właśnie niedograne sytuacyjnie utwory).

    Nie będę oryginalna, jeśli powiem, że najbardziej obawiałam się, jak wypadnie Rooney Mara w roli nieprzeciętnej Lisbeth Salander (o Craiga byłam raczej spokojna). Cieszy mnie, że udało jej się pokazać swego rodzaju problematyczność postaci, w sposób inny, niż zrobiła to Noomi Rapace. Wizualnie od początku bardziej mi odpowiadała, ale to, co pokazała na ekranie utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to LEPSZA adaptacja powieści. Ciąg sytuacyjny w "Dziewczynie z tatuażem" jest logiczny, nie wydaje się rozczepiony, jak czasem miało to miejsce w szwedzkiej wersji i występował tu większy swego rodzaju naturalizm.  Te ponad dwie godziny szarej, brutalnej niekiedy opowieści, minęły mi bardzo dobrze i jestem skłonna powiedzieć, że jest to jedna z lepszych produkcji tego roku. Z niecierpliwością oczekuję na kolejne dwie części.

niedziela, 12 lutego 2012

"You win or you die."

  Panie i Panowie, mamy zwycięzcę! Miło jest mi poinformować, iż w tegorocznym rozdaniu nagród, w kategorii najlepszy serial 2011, wygrywa produkcja ze stajni HBO, o polskim (dość słabo przetłumaczonym) tytule: "Gra o tron". Naprawdę ciężko jest napisać cokolwiek nowego na temat serialu posiadającego mnóstwo pozytywnych opinii, ale postanowiłam, że dorzucę też coś od siebie. 
   Adaptacja sagi G.R.R. Martina, to (jak na razie) dziesięcioodcinkowa opowieść o intrygach, wojnie, krwi i honorze. Cała fabuła skupia się głównie na rywalizacji kilku rodów: mamy tu zatem między innymi opływających w złoto Lannisterów, ceniących sobie rodzinne więzi Starków i próbujących zyskać dawną świetność "ostatnich smoków" Targaryen. Oprócz tego, seria pokrótce wprowadza nas w losy Nocnej Straży: wyrzutków społeczeństwa, którzy nie mając innego celu w życiu, postanawiają zaciągnąć się do niebezpiecznej posługi, aby bronić ludzi przed nadchodzącymi (wraz z mroźną Zimą)  tajemniczymi Innymi.
  Pragnę podkreślić, że nie jestem fanką wytworów rodem z fantasy, więc tym bardziej zaskakujące dla mnie było, że tak bardzo wciągnęłam się w ten serial. Jak wiadomo, brutalność i przemoc w takich produkcjach stoją na porządku dziennym, a sceny erotyczne, również są tu dość oczywistym dodatkiem (przypomnijmy sobie chociażby "True Blood"). Nie wiem, czy takowy styl kiedykolwiek trafiał w mój gust, ale jednej rzeczy jestem pewna: dawno żaden serial nie wzbudził we mnie tylu pozytywnych emocji.
   "Gra o tron" prezentuje mnogość niejednolitych postaci, które może i nie wzbudzą w nas odczuć empatii, ale to dzięki ich poczynaniom, otrzymamy świetnie ukazaną, bezwzględną politykę władzy. Wypowiadane przez jedną z bohaterek słowa, uwydatniają cały zamysł tej godnej polecenia serii: "W Grze o Tron zasady są proste: wygrywasz albo giniesz".

piątek, 3 lutego 2012

"Tinker, Taylor, Soldier, Spy. "- Y U NO Have better action?

   Słysząc hasło "dwugodzinny orgazm", nie do końca kupuję tego typu reklamę. Jak wiadomo- telewizja kłamie, a hedonistyczne slogany, mimo, iż sprzedają się najlepiej, zwykle zawierają w sobie przesadne opinie. Bo jeśli spojrzymy na "Szpiega", pierwszą myślą po jego obejrzeniu z pewnością nie będzie żadna eksplozja.
     Zacznijmy od tego, że nie jest to film akcji. Jeśli nastawiacie się na pościgi rodem z "Jamesa Bonda", raczej  się rozczarujecie.  Potrzebne jest tu również odpowiednie skupienie, a przede wszystkim cierpliwość. Wielowątkowa narracja stanowi  wskazówkę do zrozumienia, tej dość skomplikowanej (jak dla mnie) opowieści.
Filmowa adaptacja wprowadza nas w zakamarki brytyjskiej służby specjalnej  MI6. Widzimy zatem jak od podszewki wyglądać może praca tajnego agenta. Cała historia opiera się na pewnym wydarzeniu: wychodzi na jaw, że w wywiadzie od dawna znajduje się podwójny agent (tzw.kret), przesyłający Moskwie ściśle tajne informacje. Odchodzący w tym czasie na emeryturę, starszy agent George Smiley (Gary Oldman), odgrywać będzie kluczową rolę w rozwiązaniu tej zagadkowej sprawy.
    Ogromnym plusem owej produkcji jest dobra obsada. Mamy zatem nie tylko potwierdzającego swoją wysoką klasę Oldmana, ale również, m.in. Colina Firtha, Iana Hurta, czy Toma Hardy'ego. Tytoń, prochowce i brytyjska sceneria rodem z lat 70- tych również robią wrażenie. Niestety, moim osobistym zdaniem,  film przez połowę wydaje się być dość toporny  i dopiero godzinny seans wprowadza nas do bardziej dynamicznych i (co za tym idzie) ciekawszych zdarzeń.
    Nie mogę niestety zaliczyć "Szpiega" do gatunku tzw. dobrych, ponieważ zabrakło mi w nim pewnego spoiwa, które trzymałoby całą fabułę na przyzwoitym poziomie. Zgadzam się również z opinią, że pierwsza połowa filmu jest trochę za bardzo przegadana. Jeśli jednak jesteście fanami Gary'ego, Colina i niesztampowego kina, warto go raz obejrzeć.

wtorek, 31 stycznia 2012

Z cyklu "Dlaczego ja", czyli "Musimy porozmawiać o Kevinie"

    Nie chcemy być stworzeni do życia w rutynie. Nie każda kobieta umie być matką. I wcale nie każde dziecko jest dobre. Zwłaszcza jeśli jest Kevinem.
    Główna bohaterka filmu, Eva (Tilda Swinton) jest typem podróżniczki. Pierwszy kadr z filmu, wprowadza nas w jej szczęśliwą przeszłość- jest na festynie, gdzie razem z resztą tłumu oddaje się zabawie. Początkowa scena stanowi właściwy kontrast w stosunku do tego, co nastąpi w jej przyszłości.
  Owocem miłości Evy i jej mężczyzny jest syn, Kevin. Jakże inne jest zachowanie kobiety, w stosunku do reszty matek ze szkółki rodzenia: siedzi przygnębiona i od razu wychodzi, z nikim nie rozmawiając. Jej poród to ciężka droga. Opieka nad dzieckiem jest również kłopotliwa: malec wciąż płacze, a im starszy się staje, tym bardziej jest zdystansowany i  inny od reszty. Rozpaczliwe próby dotarcia do dziecka napędzają fabułę, prowadząc do nadchodzącej, tragicznej w swoich skutkach katastrofy.
     Kim zatem jest Kevin? Młodym, chłodnym w uczuciach socjopatą, lubiącym manipulować otoczeniem. Z premedytacją rani uczucia swoich najbliższych (zwłaszcza matki). Za każdym razem, gdy wydaje nam się, że pokazuje "ludzką twarz", dzieje się jedynie coś złego. Co najgorsze mąż Evy nie chce i nie potrafi zauważyć prawdziwych intencji swojego syna, przez co bohaterka zostaje sama ze swoim problemem, a po spadających na nią okrutnych doświadczeniach, spotyka się jedynie z pogardą i społecznym odrzuceniem.
   Film nie jest lekki. Nie posiada jednoznacznej puenty. Jednak historia, która zostaje tu pokazana zmusza nas do zastanowienia się nad pewnymi stanami rzeczy. Bo w końcu każda matka kocha swoje dziecko, jakie by ono nie było.

środa, 14 grudnia 2011

Mężczyźni z problemami i kobiety, które igrają z ogniem.

    Filmy na podstawie książek zawsze będą nosić na sobie piętno pierwowzoru. Te nawet najlepiej zrealizowane,  nigdy w stu procentach nie zadowolą każdego fana (znajdą się tacy, co szukać będą we wszystkim przysłowiowej dziury w całym). Tym bardziej z ciekawością (i lekkim sceptycyzmem) zabrałam się za szwedzką produkcję pierwszej części "Millennium", z podtytułem "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet".
      Od razu uspokajam: film dość wiernie odtwarza zamysł pisarza. Jest tajemnicza zagadka morderstwa z dawnych lat i intrygujący bohaterowie, którzy na szczęście są w miarę dobrze nakreśleni. Najlepiej sprawdziła się tu  Noomi Rapace, w roli młodej hackerki, Lisbeth Salander (nie jest wcale łatwo zagrać postać tak specyficzną). Jeśli chodzi o dziennikarza Mikaela Blomkvista, jego charakter i sposób bycia przypomina ten książkowy, chociaż wizualnie nie jest to ta sama postać, którą przedstawia autor (o wiele bardziej pasuje tu Daniel Craig, który występuje w amerykańskiej adaptacji tegoż dzieła). Co prawda parę wątków zostało tu pominiętych i nieco zmienionych (jak dla mnie za mało było ukazanych relacji między Blomkvistem a Eriką), ale film jest dość długi (trwa ponad dwie godziny) i dość dobrze odwzorowany. Dużo robi tu klimat samej Szwecji i nastrój jaki panuje wokół zdarzeń (zwłaszcza widać to wśród rodziny Vangerów, kiedy czują się zagrożeni z powodu wznowionego śledztwa).
        Jeśli zatem jesteście fanami kryminałów i czytaliście książkę (bądź nie), myślę, iż jest to pozycja warta obejrzenia (swoją drogą, zbliża się wersja Davida Finchera, której również jestem ciekawa).

niedziela, 11 grudnia 2011

Me gusta, ale nie zawsze to, co wszyscy.

   Są takie filmy, które po prostu nam się nie podobają. Zdarzyło mi się parę razy, że kulturalne rekomendacje moich znajomych (które teoretycznie powinny  mi się spodobać), nie wywarły na mnie zbyt dobrego wrażenia. Chciałabym tu wymienić kilka takich dzieł, które mnie kompletnie nie powaliły na kolana (chociaż teoretycznie są to moje klimaty).
 
    • "Idol", aka "Velvet Goldmine", film opowiadający historię glamrockowego piosenkarza, poniekąd inspirowaną życiorysem Davida Bowiego jako Ziggy'ego Stardusta. To chyba jedna z tych nielicznych sytuacji, kiedy moje gusta tak bardzo odbiegają od tych filmwebowych (na imdb już jest trochę lepiej;)). Cały film jak dla mnie był dość nużący, muzyka też specjalnie nie cieszyła ucha i mimo tylu znanych twarzy (jak choćby McGregor, Rhys Meyers, czy Collette), była to dla mnie jedna z tych cieńszych produkcji.

          • "Melancholia", nie takiego Larsa oczekiwałam. Film był dla mnie dość dużym rozczarowaniem (już pomijam, że o wiele lepiej oglądało mi się Charlotte Gainsbourg, niż nagrodzoną Kirsten Dunst).  Początek całej historii nudził, a motywacja postaci nie wymagała żadnych wzniosłych interpretacji. Wizja końca świata i zestawienie osób z problemami psychicznymi potrafiącymi spokojnie przeżyć apokalipsę w stosunku do zdrowych, spanikowanych w tej sytuacji ludzi nie jest niczym nowym (oczywiście zdaniem niektórych przyklaskiwaczy wszystko może i miało niesamowite przesłanie, ale nie dla mnie). 

            "Wyśnione miłości"  film Xaviera Dolana, opisywany jako poruszające, energetyczne dzieło, z miłosnymi rozterkami dwojga przyjaciół w tle. Po tylu licznych, pozytywnych komentarzach, miałam nadzieję, że w końcu zobaczę dobrą europejską produkcję w sam raz dla młodych ludzi. Zamiast tego dostałam  film- wydmuszkę, który poza  wizualnymi plusami i  bardzo dobrą muzyką  mnie po prostu nie zachwycił. Nie wiem, czy to kwestia moich wygórowanych oczekiwań (chociaż "Zabiłem moją matkę" o wiele bardziej mi się podobało, a jest mniej zachwalany), czy po prostu niekoniecznie przemawia do mnie taka pseudo- skomplikowana historia.

            • "Pachnidło"- od razu zaznaczam, że nie czytałam książki, więc mój zawód nie był podyktowany porównywaniem tych dwóch rzeczy. Z reguły jest tak, że jeśli nie kibicujemy głównemu złemu bohaterowi, to solidaryzujemy się z jego ofiarą. Niestety w przypadku tego filmu nie można powiedzieć o żadnej z tych kwestii. Morderca mimo niezwykłego daru, jest mało inteligentnym, nie wzbudzającym specjalnych odczuć w widzu człowiekiem, który nigdy nie zaznał miłości. Fabuła ciągnie się  ślimaczym tempem, a świetnie odwzorowany klimat osiemnastowiecznej Francji nie rekompensuje absurdalnej i mało realistycznej końcówki. Nawet Alan Rickman i piękne włosy Rachel Hurd-Wood nie były wstanie zmniejszyć mojego niedosytu. 

            Jane i jej koszmary


            Szczerze się przyznam- nie jestem obeznana z twórczością typu Jane Austen. Jedyne, co ostatnio udało mi się w tej kwestii nadrobić, to adaptacje książki "Dziwne losy Jane Eyre" autorstwa Charlotte Bronte. To chyba pierwsza taka sytuacja, kiedy nie zapoznałam się z literackim pierwowzorem  filmu. W dzisiejszym moim małym rozważaniu, chciałam pokrótce opisać serial BBC z 2006 roku. 
            •  Jane Eyre , to czteroodcinkowa seria przedstawiająca losy osieroconej dziewczyny, która w młodym wieku została wysłana do szkoły w Loowood,  przez żywiącą do niej nienawiść ciotkę. Mimo surowego traktowania i braku ciepła, Jane wyrasta na zdolną i inteligentną kobietę, która dzięki ogłoszeniu znajduje pracę w ponurym miejscu zwanym Thornfield Hall. Poznaje tam pana domu- Edwarda Rochestera, z którym znajduje wspólną więź. Jednak tajemnice, które wyjdą na jaw, spowodują, iż na drodze do szczęścia Jane stanie jeszcze wiele przeszkód. 
            To, co najbardziej urzekło mnie w tym serialu, to gra aktorska, klimat i muzyka. Ruth Wilson i Toby Stephens tworzą na ekranie dwoje wspaniałych postaci. Są pełnokrwiści, nie wyidealizowani, a  Ruth w roli Jane potrafi być zarówno niezbyt piękną kobietą jak i urodziwą, szczęśliwą damą. Nie jest poważną i twardą samotniczką, lecz pewną swoich racji i wzbudzającą sympatię postacią. Stephens jako Edward jest zarówno mrukliwy i posępny, jak i dowcipny i szarmancki. Ponoć jest to pierwsza  adaptacja, która tak dobrze odzwierciedla uczucia i relacje głównej pary. Bardzo polecam ;)

            niedziela, 27 listopada 2011

            Ciężkie życie gliny.

            Każdy z nas z pewnością miał kiedyś styczność z serialem opowiadającymi o pracy policji. Wśród tych zróżnicowanych propozycji, postanowiłam wybrać kilka, najciekawszych moim zdaniem filmowych perełek, które potrafię z chęcią oglądać dniami i nocami (zwłaszcza przed sesją;)). Pozwolę sobie tu przytoczyć dwa z nich. 

            Wallander- brytyjski serial oparty na książkowej serii kryminalnej Henninga Mankella. Jego główną postacią jest (grany przez Kennetha Branagha) policjant Kurt Wallander: mężczyzna w średnim wieku, borykający się z wieloma problemami rodzinnymi. Mieszka samotnie, jest w separacji i nie potrafi nawiązać bliższych relacji ze swoją córką. Na domiar złego u jego ojca pojawiają się objawy Alzheimera. Jego osobiste problemy przeplatają się razem z ciężkimi przypadkami seryjnych morderstw i świetnie ukazują problemy związane z życiem śledczego policjanta. Oprócz złożonego zaprezentowania  postaci samego Wallandera i jego motywów, którymi się kieruje, na plus należy zaliczyć tu również muzykę, krajobrazy i grę aktorską.


            Serialowy opening:





             Luther- produkcja, w której główną oś fabuły stanowią losy policjanta Johna Luthera (granego przez Idrisa Elbę). Posiada on świetną intuicję i potrafi "wejść w mózg" przestępcy. Niekonwencjonalne metody, którymi się posługuje (przyjmowane z niechęcią przez jego policyjnych partnerów), sprawiają iż często wplątuje się w kłopoty, a na szwank zostaje wystawione jego policyjne morale. Zaczyna prowadzić niebezpieczną grę z inteligentną przestępczynią Alice Morgan ( rewelacyjna Ruth Wilson),która przejawia obsesyjne zainteresowanie jego życiem i pracą.

              Serialowy opening:




                Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...