Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2013

Wszystkie drogi prowadzą do Paryża.

Nie znam się na graniu. Nie nadążam za nowinkami i słownictwem specjalistycznym, a to, co  nazwiecie klasykiem gatunku,  widnieje u mnie pod stertą spraw nieodkrytych. Kiedyś wspomniałam, że pierwsze starcie z komputerem otrzymałam dość późno- owszem, widziałam  jak cioteczne rodzeństwo raczy się grą w „Aladyna” i strzelanką z Pegasusa, ale to nie znaczy, że przeszłam wyraźny chrzest bojowy. Dodatkowo, mając wreszcie pierwsze i jedyne PlayStation, wiedziałam, że posłuży głównie do interaktywnych zabaw typu „Singstar”, czy „Sport champion”. Wybór innych, nieco bardziej tematycznych produkcji, zwykle był podyktowanych chęcią wejścia w kino akcji („Uncharted-y”), aspektem stricte wizualnym („Castlevania”, „Infamous”, „Prince of Persia”*), czy impulsem, powiązanym z osobistą preferencją („Batman Arkham Asylum”, „Heavy Rain”). Co mnie jednak zawsze trzymało w tym komputerowym aspekcie, to chęć uwolnienia wyobraźni i możliwość wejścia w obcą wizję świata, która sycić będzie oko i umysł gracza. Ostatnio udało mi się powrócić do zalążka swej niemałej obsesji, powiązanej z cyklem autorstwa Charles’a Cecila. 

Tak, tak, moi wierni czytelnicy (są tu tacy?), chodzi oczywiście o „The Shadow of the Templars”. Jakie to dziwne uczucie, móc wreszcie ukończyć tytuł, o którym tyle się słyszało. W naszym rodzimym kraju trudno było ot tak nabyć pierwszą część, więc na półkach widniał tylko sequel („The Smoking Mirror”)- który, jak już pisałam, był moim debiutem w kategorii point and click. Wyobraźcie to sobie: siedzicie na wygodnym inaczej krzesełku, jest mnóstwo ludzi (urodziny), a tu nagle twój bohater stoi w sytuacji praktycznie bez wyjścia. Przywiązany do fotela (specjalnie to napisałam, by nie powtarzać frazy krzesło), stara się uciec od wypuszczonego nań pająka, a w dodatku zaraz spali mu się chata. Cóż za emocje. Ale, wszak nie o tym miała być dzisiejsza notka. Bo oto wracamy do przyczyny całej tej przygody, a co najważniejsze powodu, który odpowiada za chwytliwą [ironia] nazwę tego bloga. 
 Na wstępie chciałabym dodać, że jesteśmy gdzieś po roku 1996, więc widniejąca u góry grafika, trochę odbiega od tej standardowej. Odpalamy płytkę i zaczyna się bardzo filmowo. Ciemność, monolog, napisy i animacja.

Paryska kawiarnia to prawdopodobnie jedno z najbardziej klimatycznych miejsc świata. Zwłaszcza jeśli chodzi o tę porę roku, w której widać różnobarwne liście. W jedno z tych z pozoru normalnych i nudnawych dni, przed jednym z bistro, widzimy dość przyjaznego blondyna z wykałaczką w dłoni. Spokojnie sączyłby mleczne latte- tudzież siarczyste espresso, gdyby nie pewno zdarzenie spowodowane przez klauna. Wpada on bowiem do tejże kafejki,  za jegomościem  w średnim wieku i… BAM!..podkłada bombę schowaną w akordeonie. Klaun-zamachowiec szybko też znika z powierzchni ziemi, a nasz blond włosy rzecz jasna znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Nie dość, że za chwilę pozostanie podejrzanym numer jeden, to w dodatku raz na zawsze zmieni to jego dotychczasowe życie. Co w sumie nie byłoby aż tak fatalnym zrządzeniem losu, gdyby nie to, że George Stobbart- bo o nim mowa, wybrał się po prostu na wakacje. Amerykanin w Paryżu jak widać zwiastuje kłopoty. 

Na szczęście udaje nam się szybko złapać jakiś punkt zaczepienia, pod postacią dziennikarki francuskiego „La Liberte”. Ciemnowłosa Nicole Collard ma bowiem informacje, które pozwolą  połączyć zabójstwo Plantarda [ów zmarły w kawiarni] z kilkoma innymi- podobny sposób działania, nieznana motywacja i tak dalej. Jednak kooperacja czegoś też wymaga, więc-łącząc siły z Nico, George postanowi pomyszkować na swój sposób, poczynając standardowo od  kanałów (każdy, kto ma za sobą jakąś część „Broken Sworda”, wie, że grzebanie w śmieciach i zabawy z akweduktem są tutaj typowe). Dzięki niezwykłym zdolnościom znajdywania i łączenia pewnych faktów, krok po kroku docieramy do intrygi, sięgającej aż do czasów średniowiecznych. Templariusze, albo raczej neo-Templariusze są tu gwoździem programu. 

To, co w mym mniemaniu wyróżniało BS od innych serii, to właśnie wprowadzenie dwójki głównych postaci. Co prawda Nico w jedynce jest tyle, co kot napłakał w porównaniu do szalonych misji George’a, ale motyw demoiselle en détresse  sprytnie równoważy „Smoking Mirror” (tutaj funkcjonuje jako motor do ‘zabawnej’ sytuacji, ale pewnie nie wszystkim odpowiada tego typu poczucie humoru). Bo w przypadku zestawienia znalezienia porwanej/go w magazynie, a uratowania od bycia ofiarą [całopalenia], zdecydowanie wygrywa to drugie. Zresztą-postać Collard fabularnie najbardziej rozwija się w „The Sleeping Dragon”,  a jej akcje nie są pozbawione wcale mniejszego ryzyka. 

   
  Przeglądając zagraniczne opinie, zwróciłam uwagę na pozytywne przyjęcie względem scenariusza, a przede wszystkim dialogów. Siłą ‘miecza’, są więc te momenty, w których George ucina pogawędki z nowo poznanymi osobami. Najczęściej to u  Stobbarta  pojawiają się językowe niesnaski, biorąc pod uwagę stosunek Ameryki do Europy i vice-versa. Wpierw mamy zatem francuską policję, z lekka ignorującą obawy George’a  przed byciem świadkiem zabójstwa („-Ma pan dla mnie jakieś ostrzeżenia? –Tak, proszę  nie przechodzić na czerwonym świetle.”), potem kręcenie nosem właściciela pubu (i nie tylko), ale to nie znaczy, że ktoś tu celowo chciał  narobić komuś koło pióra.  Bo na przykład biorąc pod uwagę postać lady Piermont, widać wyraźnie, że szlachetne pochodzenie traktuje z ogromnym przymrużeniem oka. Tak samo jest z  małżeństwem  Duane i Pearl, co jeszcze nie raz spotkają George’a na swej drodze. Inną sprawą jest też kontrast między charakterem Nico, a George’a, który dajmy na to lubi myszkować zużytą chusteczkę i nos klauna w kieszeni- na co panna Collard reaguje z dość ciekawym komentarzem. I tak, Nico dość często siedzi za biurkiem w swoim domostwie, ale zmienia się to z rozwojem gry (i części). 

Jeśli chodzi o grafikę, to dla mnie jest niezwykle inspirująca. Animowane designy krajobrazów i ludzi wspaniale korespondują z nutką historycznej tajemnicy, która staje się coraz mocniej pogmatwana. Dlaczego? Bo będziesz musiał(a) złamać kilka przepisów, niczym Harry, Ron i Hermiona na pierwszym roku w Hogwarcie. W końcu, gdy na karku zaczynają dyszeć podejrzane typy i niejaki Asasyn, trzeba będzie uzbroić się w nietypowy arsenał: spłuczkę, ręcznik, elektryczną dłoń i tym podobne. W tym świecie nawet wróżka może być niebezpieczna [„He looked like a bloody pixie”]. Początkowo odwiedzamy zakamarki samego Paryża w postaci domu Nico, szpitala, czy nawet i muzeum. Najciekawszy okazał się  dla mnie pomysł z wykorzystaniem placu Montfaucon. Dalej sięgamy nie tylko do zielonej Irlandii, ale nawet w okolice Syrii i Hiszpanii. Łamigłówki stanowić będą chleb powszedni tej serii, choć podkreślać tego specjalnie nie muszę. Zauważyłam również podobieństwo między konceptem pierwszej i drugiej części BS: Montfaucon przypominało mi kawiarnię przy domu Oubiera, a Marib to lekkie deja vu z Quaramonte.  

Podczas gry możemy wybrać opcję włączenia polskich, jak i angielskich napisów, co jest udogodnieniem, gdyż pozwala odczytać nawet akcenty ze Szkocji (epizod w pociągu). Aha-dubbing stoi tu na naprawdę wysokim poziomie, zwłaszcza jeśli chodzi o prota i antagonistów. Biorąc pod uwagę fakt, że Rolf Saxon użyczy głosu postaci Stobbarta- w nadchodzącej piątej części, może uda mi się nabyć oryginalną wersję. Niestety, nie mam zbyt dobrych wspomnień związanych ze spolszczeniem „Anioła Śmierci” [IV część] (no ja bardzo przepraszam, ale gdzie tu Szyc pasuje tonacją do George’a; o Nico nie wspomnę, bo nie chcę być tak złośliwa-a może będę). Dodatkowo mamy również zmieniające się kursory, w zależności od wybranej przez nas czynności: jeśli chcemy opuścić lokację klikamy w tańczącą rękę, innym razem pojawia się lupa, czy trybiki, a prócz tego konieczne jest użycie ust, by rozpocząć konwersację. No i jeszcze jedno: nie zapomnijcie od czasu do czasu zapisać stan gry. Bo w najmniej spodziewanych momentach czekać może krótkie, zręcznościowe zadanie, które nie jest typowe dla tutejszych rozgrywek. Ja się raz- mówiąc prosto zapomniałam i w rezultacie oglądałam grób wykopany dla  swych bohaterów. Dziwne to uczucie, nawet po drugiej stronie ekranu. 

Podsumowując: dla mnie „Broken Sword" stanowi kawał historii, specyficznej historii, która raz na zawsze nadała kierunek moim laickim zainteresowaniom. „Cień templariuszy” z ukontentowaniem leci na półkę gier do polecenia. Zapewne z powodu ogromnego sentymentu. 

*Mam tendencję do zaczynania i niekończenia gier.

EDIT: Zapomniałam wspomnieć o muzyce.


piątek, 15 marca 2013

Lock, Stock and the sleeping dragon.

Od lewej: Susarro, George, Nico i Petra.

 „-Preceptor.
 -My Lord.
 -It has begun. The Power is already building. Are you ready for your task?
 -We shall not fail you my lord.
 -The price of failure..is Armageddon.” 
 [złowieszcza muzyczka w tle]

To miała być zupełnie inna notka. Niestety, w trakcie radosnego klikania w „Cień templariuszy”  dosłownie straciłam dech. Zabił mnie Asasyn, a ponieważ [dziwnym trafem] nie mogłam zapisać stanu gry,  musiałam zaczynać wszystko od nowa. I, w przypływie irytacji spowodowanej zaistniałą sytuacją, postanowiłam odświeżyć kolejny (ale nie drugi) tytuł z tej samej serii-> czyli „The sleeping dragon”. Zanim przejdę do meritum, dodam, że odkryłam, iż nie umiem pisać o filmach gangsterskich. „Porachunki” to naprawdę zacna produkcja, pełna ciętych ripost, genialnych dialogów i splotów zdarzeń, które powodują, że fakty wydające się nam zupełnie nielogiczne (bądź zbytnio zagmatwane) łączą się pod koniec w sensowną całość. Jednak nie posiadając elementarnej wiedzy na temat reszty dzieł Guy’a Ritchiego [z wyjątkiem „Holmes’ów”], pozostawię ów opis w lekkim stanie zawieszenia. A-dla bardziej zainteresowanych, mogę nadmienić, że „ Lock, Stock and the smoking barrels” jest debiutem aktorskim Jasona Stathama, któremu w produkcji partneruje niejaki Scabior (kto przeoczył fandom związany z kinową odsłoną „Insygniów Śmierci” ten pewnie nie wie o co/ o kogo chodzi).
      Zdaję sobie sprawę, że to co za chwilę napiszę, będzie przejawem wyjątkowej stronniczości i czegoś tam jeszcze. Bo nie da się ukryć, że ta interaktywna rozrywka, kojarząca się z przyjemnymi wspomnieniami z gimnazjum, będzie dość wyidealizowana. Mogłabym pogrymasić, ale mi się nie chce-oczywiście kilka krytycznych uwag napiszę, ale mocnego kręcenia nosem się tu nie spodziewajcie. Bo ja mimo wszystko lubię „Broken Sworda 3”. W przypływie posuchy na arenie gier przygodowych, będących pośrednim, czy też mniejszym klonem „Uncharted” (lubię „Uncharted”, ale chciałbym zobaczyć coś nowego-a ze względu na reprezentowanie stanowiska ‘nie znam się, to się wypowiem’, jest to wszak bardziej widoczne) miło jest powrócić do korzeni i poudawać, że wszystko chodzi ‘jak z płatka’ . Przy okazji-przypomniało mi się, że istnieje tytułu będący zlepkiem wszystkiego co w gatunku powstało, czyli „Secret Files: Tunguska”- ni to stricte historyczne bajdy, ni to „The longest journey”, ale jest co przechodzić. Oczywiście na PC. 

   Więc od czego zacząć? Wyobraź sobie, że jesteś dziennikarką francuskiej gazety  La Liberte”. Może nie płacą ci za wiele, ale zawsze to jakiś krok do przełomu [w karierze]. Tym razem zmierzasz do zmurszałej kamienicy, by przeprowadzić w wywiad z hakerem. A wszystko dotyczy końca świata [niektórym ten temat nigdy się nie znudzi]. Niestety, zanim uda ci się przekroczyć próg domu, okaże się, że twojego klienta ktoś zastrzelił. Mało tego-napastniczka ciebie również postanowi usunąć, ale dzięki patelni, lodówce i niesamowitemu szczęściu* ujdzie ci to na sucho, a ‘złej’ skończą się wszystkie naboje (i zwieje przez balkon). Ale to nie koniec twoich kłopotów. Bo okaże się, iż ta szemrana persona przez cały czas podszywała się pod ciebie, nosząc czarną perukę [masz ciemne, krótkie włosy]. Zostałaś wrobiona! No chyba, że postanowisz oczyścić dobre imię i weźmiesz sprawy w swoje ręce , postanawiając trochę powęszyć (czyli obejdziesz dom, poszukasz w śmieciach i innych tego typu rarytasach). Przy okazji: nazywasz się Nicole Collard i jesteś żeńską bohaterką naszej opowieści.
        Przenieśmy się kilka(set) kilometrów dalej od Francji. Lecisz zdezelowanym samolotem do naukowca, żyjącego gdzieś w mrocznej puszczy. Ponieważ jesteś amerykańskim prawnikiem, brniesz aż do Konga by opatentować dzieło owego wynalazcy-co nazywa się Cholmondely. Przedmiotem twej uwagi jest maszyna, mogąca produkować nieskończoną ilość energii. Jednak warunki pogodowe nie sprzyjają podróży, ale- dzięki inwencji  australijskiego pilota Harry’ego udaje ci się wylądować na skale. Podczas zapoznania się z możliwościami wspinaczki i interfejsem gry [który radzę od razu zmienić w ustawieniach], docierasz do jaskini smoka i.. trafiasz na Cholmondely’ego- niestety już na granicy życia. Został zabity przez tajemniczego przywódcę, o bladolicej twarzy. Ten niezbyt zdrowo wyglądający typ stojący nad Cholmondelym zwie się Susarro. A ty musisz stamtąd jak najszybciej uciec i pojechać w ślad za wskazówkami. Gwoli ścisłości: twoje imię to George Stobbart i zwykle wpadasz w tarapaty [z daleka od rodzinnego Idaho]. 

      Tak właśnie rozpoczyna się sztandarowy ciąg zdarzeń serii, obfitującej w nadnaturalne wydarzenia i teorie spiskowe. Tu zawsze dzieje się coś zagrażającego  istnieniu: albo jest nim odłam templariuszy,  czy meksykańskie bóstwo, albo też siła zła drzemiąca w energetycznych liniach [Ziemi]. Mimo, że brzmi to głupio, podczas większości epizodów, akcja skłania nas do wchłonięcia zaprezentowanej fabuły, szczęśliwie nie pozbawionej odpowiedniego dowcipu. Mówię tu oczywiście o starej gwardii, czyli George’u i Nico-co od ostatniej potyczki nie widzieli się pewnie kilka miesięcy. Co ciekawe, ich ponowne spotkanie odbędzie się w dość niezwykłych okolicznościach: dla jednych będą one dość zabawne, dla innych… nieco mniej. Ale wracając do humoru-nawiązuje on nie tylko do językowo-topograficznych nieporozumień, ale również bazuje na [nie bawiącym wszystkich] stwierdzeniu ‘ej, jest koniec świata; jak skończymy, nie zapomnij wskoczyć do tego pubu obok’.
      Teraz kilka słów na temat strony technicznej. Sterowanie nigdy nie przychodziło mi łatwo-a w momencie, gdy musiałam porzucić korzystanie z myszki, zdałam sobie sprawę, że mam problemy z koordynacją. To znaczy wtedy miałam. Mnóstwo kłopotów przywodził wszak sam epizod z ucieczką przed Susarro –bo gdy zadanie się nie powiodło [czytaj ktoś kropnął mnie z pistoletu] musiałam raz jeszcze powtórzyć ten sam fragment (stąd właśnie ta nazwa bloga, bo „Oh no, it’s Susarro” padało tam kilka razy). Oczywiście przejście w elementy zręcznościowe mogą się komuś podobać, ale mi początkowo to bardzo zgrzytało. Jednak, bodaj tydzień temu wszystko szło mi dość gładko-może za sprawą obcowania z Play Station3, której padzik księżyce temu kojarzył się jedynie z czarną magią. No i przesuwanie skrzyń-element, uwłaczający mojej uprzedniej cierpliwości. Chodzi o to, że chwilami nie tylko zmuszeni będziemy  biegać i nie wpadać na ściany, ale również umieszczać [czytaj: przesuwać ku stękaniu George’a] przedmioty w taki sposób, by dostać się do konkretnego miejsca. To zabrzmi dziwnie, ale ‘pudła’ okazały się jednym z ciekawszych elementów rozgrywki (albo mam bardzo kiepskie poczucie estetyki akcji). 

     Ale, nie samą skrzynią żyje człowiek. W trakcie gry poznamy kilka oryginalnych postaci, które w mniejszym lub większym stopniu wpłyną na nasze losy. Mamy zatem podszywającą się pod Nico platynową blondynkę Petrę- która, prócz swego twardego akcentu, posiada dość ciekawe upodobania. Jest maniaczką zadawania bólu i tortur, a w dodatku posiada pokaźny zapas rekwizytów, znaczy się noży- w swojej zielonej walizce. Petry boją się nawet współpracownicy jej szefa, więc to mówi samo za siebie. Jej bossem jest rzecz jasna Susarro- przywódca resztki templariuszy, która ostała się z wydarzeń z pierwszej części. Tu jednak zwie ich Sektą Smoka-a to dlatego, iż siła, którą czerpie pochodzi właśnie ze starożytnych linii [smoka]. Do posiadania mocy potrzebne są jednak specjalne urządzenia, a z powodu igrania z nieznaną energią, nasz czeski bohater [skoro miał zamek w Pradze wnioskuję, iż stamtąd pochodził] potrzebuje zabaw z elektryką, by utrzymać się przy życiu. Oczywiście żądza władzy również odgrywa tu istotną rolę, więc nasi bohaterowie będą musieli jak najszybciej powstrzymać tego- owładniętego megalomanią człowieka. 
      W "Broken Swordzie" odwiedzimy również kilka lokacji. Od domostwa Vernona Bliera (i jego ekhm długo nie pranych ubrań) po gąszcze Kongo, egipskie Armilarium, brytyjskie Glastonbury i rzecz jasna Pragę. Zamek Susarro to miejsce, które zajmuje chyba najwięcej czasu. Bo nie dość, że musimy skradać się za strażnikami**, to czeka nas jeszcze rzesza dachów, płotków i różnych innych udziwnień ciągnących się niczym autentyczny Chiński Mur. Dodano tu również coś na kształt quick time events- polegających na jak najszybszym wciskaniu elementów pojawiających się z boku ekranu. Tak więc niektóre partie zostały niepotrzebnie narzucone kosztem tych komicznych-czytaj: rozmowa George’a z Andre Lobineau, jego największego [związkowego] antagonisty. Mimo to, zamek uważam za jeden z ciekawszych rozdziałów, choć najbardziej podobało mi się w Glastonbury (i Paryżu, mimo wyraźnych usterek). Dlaczego? Bo mamy w nim posągowego eks-żołnierza, kanciarza- pseudo hipisa, irlandzkiego entuzjastę piwa i ekscentryczną wróżbitkę Madame Zazie (która potrafi wyczuć gdzie jest dana osoba nawet poprzez… a zresztą, co ja będę zdradzać). 

    Największym minusem jest sam trój wymiar. Nie wiedzieć czemu graficy poszli w popularną, [choć nie dla wszystkich właściwą] manierę, która miast powodować [zapowiadany] powiew świeżości, dawała wrażenie niedosytu i częstsze skojarzenie z „Tomb Raiderem”. Ta myśl przemknęła mi parę razy, a na rzecz ciepłych i wyraźnych barw w jedynce i dwójce, otrzymaliśmy przygaszone/przyciemnione i duszne krajobrazy- głównie w pomieszczeniach zamkniętych, nie tak bardzo cieszących już oko widza. W ogóle mam wrażenie, że im dalej z kontynuacją, tym gorzej, a jej apogeum przyniósł cienki jak barszcz „Angel of Death”. Po tej wersji zastanawiałam się, czy twórcy są jeszcze wstanie stworzyć choć cień wcześniejszych kolosów (czyli SotT i TSM). Pozytywem tych wynurzeń jest fakt, że za niedługo (w sumie nie wiem czy tak niedługo) możemy spodziewać się piątej odsłony serii złamanego miecza, przypominającą lubiany przeze mnie, rysunkowy drugi wymiar. Irytowała mnie również ewolucja twarzy. Pan ‘dwa be i dwa te’ w tym wydaniu okazał się być klonem Backstreet Boysów*** [ w sensie tego blondasa], co poniekąd kłóciło się z jego wcześniejszym imidżem. Na szczęście twórcom nie wpadła do głowy zmiana głosów postaci-choć w AoD polscy dystrybutorzy popisali się dubbingiem Borysa Szyca. A ja im na to „Boże, czy ty to widzisz?’”. 
Ewolucja twarzy George'a.
  Końcowe starcie raczej was nie zachwyci-może z wyjątkiem króciutkiego filmiku przed napisami. Nie zamierzam też zmyślać-to nie jest pozycja dla anty fanów przygotówek. Zdaje sobie też sprawę, że w „The sleeping dragon” istnieje tyle elementów (które szału nie robią), że można im pewnie wystosować jakiś pokaźny paszkwil. Ale ja pozostanę na dryfującym stanowisku ucieszonego laika, dającego upust swym przesadnym emocjom, fangirlowaniu i innym tego typu rewelacjom. Wszak guilty pleasure, to guilty pleasure

*Takie zdarzenia istnieją tam na porządku dziennym. Lepiej się przyzwyczajcie. 

**No ja po prostu znienawidziłam to przemykanie za ‘bramkarzami’. Co zaowocowało nadmiernym wciskaniem klawiszu skradania (dzięki któremu George odtańczył swój rytualny taniec kurczaka).

***To mi naprawdę nie pasuje-nie chodzi tu o wielki hating zespołu. A może nie w tym leżał problem-w każdym razie coś mi  nie grało.



Żródło Żródło [A] Źródło [B]  Źródło[C]  Źródło [D]  Źródło [E]


sobota, 19 stycznia 2013

Hades Challenge.

  No jak ja to lubię. Nie, ubóstwiam. "Hades Challenge", jest jedną z tych gier, która dała mi więcej niż zwykła lekcja angielskiego. To było jak uczęszczałam jeszcze do podstawówki. Moje cioteczne rodzeństwo, które dużo bardziej orientowało się w komputerach, pokazało mi to ciekawe zjawisko, które do tej pory wspominam z ogromnym sentymentem. Dziś będzie wpis około fanowski, więc nie liczcie na licealną rozprawkę.

    Hades (ten sam co u disney'owskiego "Herkulesa"), znów rzuca wyzwanie wojownikom. Tym razem jednak, nasz rudowłosy chłop na schwał, nie będzie wstanie pomóc uciśnionym ludziom. I tu do akcji wkraczamy my- pojawiając się w samym centrum zdarzenia, gdzie satyr Filoktet mówi nam o co tak właściwie biega. Na jego wyspie dowiemy się, że jesteśmy jedyną nadzieją na powstrzymanie Hadesa. No i tak. Wpierw wybieramy, jaką jesteśmy postacią: albo herosem, albo heroiną w złotej spódniczce. Ja, jako że w tamtych czasach lubiłam oglądać pewien serial, parokrotnie tytułowałam się Xeną (yeah). Od tej pory nasza egzystencja naznaczona będzie ciężką, niebezpieczną harówą/ podróżą do mitologicznych zakątków świata. Jako, że nasz zębaty bóg podziemi lubi robić psikusy, nie dość, że będziemy musieli rozszyfrować jego podstępne zagadki, to w dodatku po naszych piętach deptać będą najwierniejsi słudzy braciszka Zeusa- czyli Ból i Panik (widziałam tylko polską wersję, więc wybaczcie, że nie znam ich oryginalnych imion).

  W trakcie każdej z prac (nie ma ich 12, ale podobieństwo jest ewidentne), poruszamy się za pomocą mówiącej łodzi [Jazon i Argonauci, czyżby?], która, używając wypukłej mapki, kieruje nas na właściwe miejsce. Pierwsze zadanie wprowadza nas na wyspę króla Minosa. Jednak cała misja tyczy się okiełznania niesfornego Minotaura. Musimy zatem pomóc Dedalowi zebrać elementy, potrzebne do budowy labiryntu. Przy tym, konieczne będzie ustawienie każdej ścianki->by człowiek-byk nie był wstanie prowadzić rozboju na Krecie. Oczywiście wszystko należy wykonać najszybciej jak się da. W innym epizodzie, znajdujemy się w środku wojny Trojańskiej i wyręczamy Odyseusza w  dostarczeniu liściku do Heleny. Przy okazji- śpiewająca Helena, to jedna z najlepszych rzeczy, jaką wymyślili twórcy. Prócz tego, dochodzą też inne zadania poboczne, ale to raczej oczywiste przy tego typu gatunku [gry]. By nie poprzestać na samym koniu, dodam, że zmagamy się również z Gorgoną Meduzą, ustawiamy lusterka w świątyni Ateny i (jak zapewne się domyślacie) bierzemy udział w finalnym starciu, okraszonym dużą dawką humoru.

   Po skończonym zadaniu, zdobywamy mini-trofea, oznaczające różne umiejętności (siłę-którą symbolizuje piorun, podstęp-jako figurkę konia i mądrość-czyli sowę). Ale, żeby za prosto nie było, po takiej wygranej, wyskakuje do nas Hades z quizami do rozwiązania: zła odpowiedź=przypalanie trofea. Moja ulubiona lokacja, to zdecydowanie Medusa Isle- tajemnicze opary i pojawiające się trzy Parki, to jest to, co tygrysy lubią  najbardziej. Podobał mi się również epizod z Charonem-okazuje się, że ustawianie zmarłych na łodzi, to nie lada orzech do zgryzienia.
Największym plusem "Hades Challenge" z pewnością jest klimat. Wszystko bowiem zobrazowano dokładnie tą samą kreską, co w pełnometrażówce. I to, jest (w mojej opinii) niezwykle dobre, bo pozwala jeszcze mocniej wkręcić się w uniwersum. Jeśli chodzi o perspektywę grania, można ją przyrównać do filmowego prowadzenia kamery. A sposób wykonywania misji? Będzie to słynne point and click, które osobiście lubię, bo kojarzy mi się ze starymi przygodówkami. Oczywiście z biegiem lat, przejście etapów nie pochłaniało tyle czasu, co kiedyś. Ale nie da się ukryć, że starcie z HC zwykle budzi we mnie podobne emocje. Nie wiem jak angielski dubbing w PC ma się do oryginalnej wersji, ale mnie w każdym razie nie mierził (Filoktetem był Danny DeVito, czy mi się tylko wydaje?). No i sense of humor-zdecydowanie w moim stylu. Już u kogoś pisałam, że Hadesa uważam za jednego z lepszych 'bohaterów kradnących'  ("A wy co, park sztywnych?"- to pytanie w odniesieniu do jego pracy zawsze mnie bawi). Tak więc trudno, żebym i tu za nim nie przepadała.

 Powinnam coś dodać na zakończenie? No cóż, "Hades Challenge" polecam bez żadnych oporów, bo to graficzna rozrywka w najlepszym wydaniu.

Źródło:  http://www.mobygames.com/game/disneys-hades-challenge/screenshots

wtorek, 8 stycznia 2013

Marzenia ściętej głowy- część kolejna.

 Pamiętacie taki wpis, z którego mniej więcej wychodziło moje uwielbienie do "Batman Beyond"? Postanowiłam kontynuować te dziwne pomysły, poczynając od tego, co mi najmocniej świta.

1. Królowa Śniegu- to w końcu Disney bierze się za filmowanie, czy nie? W każdym razie, zaliczam tę baśń do grona ulubionych. Jako dziecię z maniakalną wręcz dokładnością przeglądałam obrazki w książce, uruchamiając swoje [małe] pokłady wyobraźni. Bo wygląd Królowej, jej szaty i charakter, zawsze robiły na mnie wrażenie. Ale, żeby nie wyjść na estetkę, dodam, że historia Kaya i Gerdy stanowi dla mnie pewien moralitet. Bo oto pod otoczką (dość wartkiej) opowieści, można odnaleźć zakorzenione przesłanie. Jest ona, Gerda, kobieta odważna, ruszająca w pościg za zaślepionym Kayem. Kay to (chyba) odpowiednik przesadnego perfekcjonisty, zakochanego w wizerunku idealnym, wręcz nieistniejącym. Bo oto woli zachwycać się regularnością płatków śniegu, niż czymś ludzkim/przyziemnym. Jest suchym racjonalistą, ale też człowiekiem pozbawionym prawdziwego uczucia. Z powodu 'odłamków' ma się rozumieć. No i tu do akcji wkracza Gerda, która z totalnym poświęceniem ratuje schowane gdzieś serce Kaya. I wiecie co? Wcale by mi nie przeszkadzało, gdyby tę bajkę podzielono na kilka części, tworząc iście epicką fabułę, osadzoną gdzieś w mroźnych, skalistych klimatach. I jeszcze jedna sprawa. Fajnie by było, gdyby Gerda nosiła wieeelki, prześliczny warkocz. I w trakcie ucieczki przez las, ten warkocz musiałaby odciąć. Ale nie z miną Heleny w stylu 'muszę do wychodka'. Tylko wiecie. Z pełnym jajem.

 2. "Hellsing"- choć przenoszenie mangi na ekran zwykle kończy się dziwnie, miałabym ogromną ochotę zobaczyć pełnokrwistych aktorów. Długo zastanawiałam się, kogo by tu obsadzić w rolach głównych i ostatnio przyszło mi coś do głowy. Skoro rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii, niegłupim pomysłem byłoby dobranie brytyjskiej obsady. Oczywiście nie we  wszystkich przypadkach, ale postać Alucarda to takie minimum. No i tym właśnie sposobem, przechodzimy do sprawy zasadniczej: kto mógłby zagrać Alucarda? Ja wiem, że pewnie ktoś pomyśli, żem nie rozgarnięta, ale cały ten szał związany z promocją pewnego filmu, dał mi do zrozumienia, ze kandydat może być tylko jeden. Dlaczego? No cóż po pierwsze fizyczne podobieństwo, wzrost, postura i ziejący mroczny wygląd, który przekonałby widza, że bohater przeżył więcej niż 100 lat. I bynajmniej nie oznaczałoby to prezentowania problemów gastrycznych ("Zmierzch"). Nie pogardziłabym też mocnymi scenami. Się rozmarzyłam.

3. Biografie znanych gwiazd- zapewne teraz ziewacie słysząc ów oklepany frazes, ale śpieszę donieść, że mam na myśli dwie,(a właściwie trzy) opowieści, o starych dobrych czasach Hollywood. No wiecie: Vivien Leigh i Laurence Olivier, Greta Garbo, czy nawet Pola Negri. Ale ostatnie zadanie byłoby utrudnione, zważywszy, że w przypadku rodzimych produkcji, idea rekonstrukcji losów słynnej Polki, przeszłaby z mało szlachetnym echem. Chociaż kto wie, wszystko zależy od realizacji. I obsady. Także błagam: żadnych przereklamowanych nazwisk.

  4. Syberia- widzicie to? Wynalazki, śnieg, śnieg i wynalazki. I cudowne krajobrazy wzięte z czyjegoś mózgu. To by było tak ładne, że pewnie bałabym się w tym uczestniczyć. A tak na poważnie, to uważam, że mogliby częściej wymyślać coś niekoniecznie z tej ziemi. Prawdopodobnie się powtarzam, ale mówi się trudno. No i mamuty w wersji nie rysunkowej- to by było dość ciekawe. Podoba mi się, gdy mamy bohatera/bohaterkę, gdzieś tam sobie egzystujących, którzy nagle zmuszeni są przestawić swój biologiczny zegar o 180 stopni. By odnaleźć w sobie wewnętrznego marzyciela rzecz jasna.

Wiem, że za dużo tego nie jest, ale nikogo już chyba nie zdziwi, że nie mogłam się powstrzymać. A i jeszcze jedna sprawa: w podstawówce grałam w polską wersję językową [nikogo innego jak właśnie] "Królowej Śniegu". I tak sobie myślę, że ten motyw mnie jednak prześladuje.


niedziela, 21 października 2012

Wpis bonusowy. Gra, która jest filmem, film, który jest grą.

„Heavy Rain” (nie mylić z nazwą leku na opryszczkę) jest grą, którą albo już wszyscy przeszli, albo przynajmniej kojarzą z tytułu. Ja jako, że jestem dość nieobeznana w nowinkach technicznych, dopiero kilka miesięcy temu otrzaskałam ją na ps3- choć wiem, że data produkcji to bodajże 2010 rok. Mimo, że (prawdopodobnie) już wszystko zostało na jej temat powiedziane, chciałam dorzucić swoje trzy grosze, odnosząc się do własnych emocjonalnych przeżyć (także będzie fanowania co nie miara, trzymajcie się poręczy i liczcie na lewitującą bieliznę).


Co mi się w niej najbardziej podobało? Oczywiście fakt, że choć poruszamy się czterema różnymi postaciami (i to tak różnymi jak się tylko da), w pewnym momencie wczujemy się w ich położenie do tego stopnia, że a)będziemy przeżywać ich rozterki, upadki, czy decyzje jakby to były nasze własne i b) (tu dochodzimy do sedna sprawy)będziemy wręcz panami swojego losu; gra bowiem jest jednym wielkim interaktywnym wyborem, okraszonym dawką dramatu i to takiego z najwyżej półki. David Fincher z pewnością nie powstydziłby się ułożenia podobnego scenariusza, a samo „Heavy Rain” z łatwością mogłoby konkurować z współczesnymi produkcjami kryminalnymi. No właśnie, kryminał. Najgorzej kiedy seryjny morderca zna twoje największe słabości i wie, ile jesteś w stanie poświęcić dla najbliższej osoby. Tak właśnie dzieje się w przypadku Ethana Marsa- rozwiedzionego architekta, który niedawno stracił syna. Żeby było mało, drugi żyjący potomek naszego bohatera w trakcie akcji zostaje porwany, a my odnajdując wiadomość od mordercy z origami, będziemy musieli/bądź nie (bo wszystko zależy od nas) rozwiązywać jego makabryczne polecenia, aby dotrzeć do zadokowanego gdzieś małego Seana Marsa. Oprócz tego, równolegle wcielamy się w cierpiącą na bezsenność, młodą dziennikarkę Madison, uzależnionego od TRIPO agenta FBI Jadena i byłego policjanta Scotta Shelby’ego- który jako wynajęty detektyw prowadzi dochodzenie w tej samej sprawie. 

Każdy, kto miał za sobą przygodę z „Heavy Rain” doskonale wie, że posiada ona 18 odrębnych zakończeń- także jest w czym wybierać. Oczywiście (również) muszę poskarżyć się na dziwaczne rozwiązanie jakim jest wprowadzenie Quick Time Events- powodujące, że w danej chwili musimy wciskać konkretny element na naszym hm sterowniku, co nie zawsze bywa przyjemne i stu procentowo poręczne. Ten jeden szkopuł jest chyba jedynym minusem gry, więc jeśli nie mieliście jeszcze od czynienia z tym oryginalnym tytułem, szybko to nadróbcie.

A teraz przejdę do krótkiego podsumowania misji/rozdziałów które najbardziej zapadły mi w pamięć.
   
1.  Scena w klubie- chyba jedna z moich ulubionych, bo nie dość że mamy tam fajną muzyczkę, to jeszcze wiąże się z nią ciekawa intryga, gdzie tym razem Madison bierze sprawy w swoje ręce (oczywiście wszystko dzieje się, gdy uda się przejść odpowiednie ekhm starcie;)). Tutaj nie tylko pokazuje się kobietom jak najlepiej jest wydobywać zeznania z napalonych alfonsów (no dobra, akurat to może nie jest nic nowego), ale i w jaki sposób wkręcić się w menażerię-umówmy się, bez ładnej buzi nawet tusz nie jest wstanie nam pomóc.
2. Doktor Samo Zło- motyw jak z totalnego horroru, w dodatku do akcji wchodzi tu również bodajże piła, tasak i sprzęt mechaniczny zwany potocznie wiertarką. Nie powiem, żebym nie stresowała się tą akcją (przyznaję się, że za pierwszym razem zginęłam;3).
3. Relacja Ethan/Madison- całkiem zgrabnie poprowadzona, bez zbędnego patosu, czy melodramatyzmu. Najciekawszy jednak jest fakt, że nasza młoda dziennikarka wcale nie robiła niczego tak całkiem bezinteresownie, co bardzo trafnie określa prawdziwą naturę człowieka. Także jest może i dobrze, ale również momentami słodko-gorzko.
4. Wyzwania Ethana- zwłaszcza to z odcięciem palca i zabójstwem dilera (no i ten fragment jak upada zdjęcie z rodziną mówi bardzo wiele).
5. Morderca- sprytnie wymyślone rozwiązanie, bo ja się tego szczerze mówiąc zupełnie nie spodziewałam. Dziwnie? Być może jestem naiwna.
Plus rzecz o grafice-świetna, choć się nie znam; motyw deszczu to istna rewelacja.



Ps. Czy tylko ja miałam taki dziwny ucisk w żołądku, kiedy słyszałam muzykę tytułową?

wtorek, 24 kwietnia 2012

Się gra, się ma.

Dziś będzie wpis o nieco mniej popularnym hobby, czyli grach komputerowych.

Osobiście interesuje mnie nieco mniej powszechny gatunek, a mianowicie przygodówki. Pozwolę sobie przytoczyć tu, najlepsze moim zdaniem pozycje, które wciąż budzą we mnie pewien sentyment.


Broken Sword- seria ta ma historię dość przypadkową w moim życiorysie: kiedy miałam pierwszy komputer, mój tata w którymś ze sklepów zakupił drugą część owej gry z podtytułem "The smoking mirror". Nie dość, że wciągnęłam się w nią bez reszty, to do tej pory pozostaję jej wierną fanką. Wszystko to za sprawą twórców z Revolution Software, którzy w 1996 roku postanowili zapoczątkować tą wspaniałą przygodę o młodym Amerykaninie George'u Stobbarcie i Francuzce Nicole Collard. Co najlepsze dwie pierwsze części (notabene pierwszej wciąż nie mogę znaleźć na dostępnym dla mnie sprzęcie) są technicznie osadzone w rysowanym, dwuwymiarowym świecie, a my badamy tajemnicze zagadki za pomocą funkcji point-and-click. Całość zaś okraszona jest dowcipnymi komentarzami głównego bohatera serii (czyli blondwłosego George'a), a fabularna treść gry mogłaby stanowić podstawę na dobry film akcji. Niestety kolejne 2 części odchodzą od pierwotnej formy za sprawą trójwymiaru i nie jest to już to ta sama dobra wersja [fatalne sterowanie]. Chodzą słuchy, że planują ekranizację "Złamanego Miecza". Mam nadzieję, że w tym wypadku reżyser nie zmarnuje tak dobrego potencjału jak ten.


The longest journey- jak sama nazwa wskazuje, bardzo długa podróż pewnej dziewczyny, żyjącej w futurystycznej wizji naszej przyszłości. Nie tylko będziemy podążać za nią po zmechanizowanej krainie Stark. Ba! Dobrniemy nawet do miejsc, o których ludzkie ucho nie słyszało. Gra ta znajduje się w czołówce najlepszych na świecie-nie tylko ze względu na grafikę, która w tamtych latach (data wydania rok 2000) wręcz wyprzedzała swoją epokę, ale również z powodu niezwykle rozbudowanych lokacji  i wątków. Światy w których się znajdziemy są tak bajeczne, że nawet współcześni producenci fantasy by się ich nie powstydzili. Pamiętam, że cztery płyty znajdujące się w opakowaniu robiły na mnie ogromne wrażenie (gra ta więc zajmuje sporo czasu). Świetnie spisuje się tu również polski dubbing.

 
Syberia- fakt faktem, że przeszłam tylko drugą część, ale mogę stwierdzić, że od strony technicznej jest to jedna z najbardziej dopieszczonych serii jakie widziałam. Wszystko tam wygląda wspaniale: zimny śnieg, maszyny, czy choćby mówiące roboty. Tematyka wielkich wynalazków również wzbudza ciekawość, nawet jeśli z reguły się za nią nie przepada (mówię tu oczywiście o sobie;))





Batman Arkham Asylum- co prawda jest to wersja na PS3 (i nieco odmiennego gatunku), ale jak na tą technologię, gra wydaje się być nieco bardziej ambitna niż reszta.  Dlaczego? No choćby ze względu na fantastyczny, mroczny klimat, charakterystyczny dla filmów o Panu Nietoperzu. Ma w sobie również pewne elementy horroru- m.in. dlatego, że rzecz dzieje się w więziennym zakładzie dla najgorszych społecznych mętów i  psychicznie chorych. Dodajmy do tego przyzwoitą muzykę, rewelacyjny, oryginalny dubbing pochodzący z odcinkowej serii TAS (w roli głównej Mark Hamill jako demoniczny Joker) i będziemy mieć prawdziwie smakowity kąsek do nadrobienia.
      
     Tyle ode mnie. Ciekawa jestem, czy jeszcze jacyś kinofile podzielają moje zainteresowanie:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...