Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lipca 2013

Favorite evil girls since moje widzimisię.

   Skoro byli panowie, dobrze byłoby napisać też coś o kobietach. Jednak taka lista mogła okazać się tylko i wyłącznie trudniejsza. Dlaczego? Otóż w moim mniemaniu 'złe postacie kobiece' są o tyle kłopotliwe, że po pierwsze bardzo różnie się je interpretuje, a po drugie ciężko wybrać zestaw, który w pełni zadowoliłby każdego. Ale co tam, jedziemy z rankingiem-w końcu nikt nie mówił, że będzie łatwo.

1. Alice Morgan-nie dlatego, że uważam ją za najbardziej barwną postać ever, tylko z tego względu, że jako pierwsza przyszła mi do głowy. Morgan, poza wyraźnym skojarzeniem z niejakim amerykańskim Dexterem (nazwisko), w 85% zawdzięcza swą popularność grze aktorskiej Ruth Wilson. To, że Wilson cenię od jakiegoś czasu nie jest żadną tajemnicą- choć me ściany usłyszały, iż widzowie sięgają po tytuł głównie z innego powodu (Idris Elba). Alice Morgan poznajemy już na samym początku serii, gdy okazuje się być świadkiem morderstwa swoich rodziców. Jednak z biegiem akcji szybko okazuje się, że Alice-poza ogromną wiedzą w zakresie astrofizyki, jest również bardzo, ale to bardzo inteligentną morderczynią. Wodząc za nos około 3/4 komisariatu udaje jej się nie tylko uniknąć kary [nie zamierzam spoilerować], ale też na zawsze pozostać w życiu Johna Luthera. Oprócz tego, że cenię Alice za wyżej wymienione kwestie, podoba mi się, że można w jakimś pokręconym stopniu jej kibicować.

2. Biała Czarownica- nie jestem fanką filmowych "Opowieści z Narnii", lecz co by nie mówić, posiadają mocny plus w postaci Tildy Swinton. Był to [chyba] pierwszy tytuł, w którym miałam okazję zobaczyć tą brytyjską aktorkę, więc nikogo już nie zdziwię, twierdząc, że była najbardziej przyciągającym ogniwem. Androgeniczna osoba zimnej i zarazem fascynująco-samozwańczej władczyni, powoduje, że produkcję ogląda się bardziej niż znośnie. Do tego ma fantastycznie posągową fizjonomię, pochodzącą jakby 'nie z tego świata'. Nie wyobrażam sobie innej kobiety w tej roli. Tilda Swinton [mówiąc krótko] rządzi.

3. Cersei Lannister- uwielbiam ten skwaszony, wymuszony uśmieszek w wykonaniu Leny Headey. To, że Cersei znajduje się w tym zestawieniu, jest wynikiem moich (dość częstych) zmian nastroju. Bowiem w chwili, gdy skończyłam czytać "Ucztę dla Wron", zżyłam się z tą- raczej nie lubianą bohaterką GoT. Cersei od początku chciała mieć to co powinno jej się prawnie należeć, nigdy też nie akceptowała stanu rzeczy wyjętego rodem z średniowiecza. Zresztą-relacja córki Tywina z Robertem Baratheonem, po raz kolejny uświadamia, jak samotne musiało być jej życie. Trzeci sezon uraczył nas również sprzeciwem Lannisterki wobec zaaranżowanego mariażu z ser Lorasem [a to, że się nie udał było dość oczywiste], w którym Cersei mówi, że "Nie będzie więcej klaczą rozpłodową". I ja wiem, że nie każdego przekonują takie argumenty, ale w jakimś stopniu jej współczuję.

4. Cruella de Mon- długo myślałam nad tym, które wcielenie Glenn Close byłoby warte przypomnienia. I choć część sumienia optowała za złączeniem "Niebezpiecznych związków" wraz z "Fatalnym zauroczeniem", sentymenty wzięły jednak górę. Jak wiadomo "101 Dalmatyńczyków" było filmem, który- przynajmniej w moich kręgach każde dziecko chciało zobaczyć w kinie. W wykonaniu tej niezwykle dobrej (i jak dla mnie niedocenianej) aktorki, rysunkowy pierwowzór został ożywiony tak, że dostaliśmy wersję z krwi i kości, której nie powstydziliby się twórcy oryginalnej animacji. Jeśli kiedyś pozwolę sobie na ponowny seans, z pewnością minie sporo czasu- chociaż nie przeczę, że brakuje mi dawnego, naiwnego podejścia do familijnych produkcji.

5. Lisa Rowe- uosobienie czystego nieokiełznania, wzbijające "Girl, Interrupted" na wyżyny filmowego kunsztu. Socjopatyczna bohaterka, rozdaje karty już w sekundzie gdy się pojawia, zjadając przy tym postać Winony Ryder na śniadanie*. Rowe wie doskonale, jak sterować zachowaniem innych, by manipulować, tudzież igrać uczuciami ludzi (powodując konkretne reakcje). Konfrontacja Lisy z cierpiąca na borderline Susanną jest istna wisienką na torcie tytułu, który mówiąc szczerze nie zrobił na mnie kolosalnego wrażenia- choć poruszał interesujący temat.

6. Siostra Ratched- [kolejny raz spotykamy się w szpitalu psychiatrycznym] tak wyrachowanego i okrutnego zarazem zachowania dawno nie widział świat popkultury. Oczywiście bez aktorstwa wyszłoby to- mówiąc najprościej marnie, ale co ja się naprzeżywałam przez jej ukryte intencje to wie tylko mój ciasny umysł. Niesamowite, jak (teoretycznie) chłodnym i rzeczowym podejściem, można wywołać równie wzburzone emocje, co przy tak zwanym darciu skrzeli. I chyba się ze mną zgodzicie, że to jedna z najstraszniejszych bohaterek filmowych, mimo, iż nie posiada nadnaturalnych zdolności rodem z fantastyki. 

7. Mistique- tu akurat rozgrywa się jedna wielka przepychanka między tym, czy bardziej lubię niejednoznaczność bohaterki, czy jej świetnie zaprezentowany kamuflaż. Wiele można by tu powiedzieć o Mistique, ale w [jakiś] trudny do objaśnienia sposób wzbudza we mnie pozytywne odczucia. A może bardziej chodzi o to, jak zaprezentowano ją w "X men: pierwsza klasa", czy też odcinkowej- nie tak znowu już świeżej "Ewolucji" (design postaci, jej stosunek do Kurta i Rogue).

*Zagadka dnia: czy Lisa Rowe dogadałaby się z Hannibalem?

Ok, no więc mamy tylko tyle, bądź aż tyle bohaterek-aby była równowaga z wcześniejszym postem. Inne propozycje są- jak zwykle mile widziane.


sobota, 21 kwietnia 2012

Uciec stąd.

                                                Tytuł: "Wyspa skazańców"
                                             Oryginalny: "Kongen av Bastoy"
                                             Czas trwania:  1 godz. 56 min
                                            Gatunek:  dramat, akcja
                                               Reżyseria:  Marius Holst
                                    Scenariusz: Dennis Magnusson, Eric Schmid

"Widziałem wieloryba, który miał w swoim ciele trzy harpuny, a mimo to nie poddawał się. Nim skonał,minął cały dzień.Podpłynęliśmy do niego bardzo blisko. Tak blisko, jak nigdy wcześniej. Był pokryty bliznami z potyczek, które przyszło mu stoczyć z ludźmi."

Norwegia, rok 1915.  Bastoy to wyspa, na której umieszcza się młodych skazańców. Każdy z nich wykonuje tam określone zadania: buduje mury, czyści latryny, pracuje w lesie. Wszystkim nadzoruje despotyczny kierownik (Stellan Skarsgard) i jego podwładny Brathen (Kristoffer Joner). Historia rozpoczyna się, gdy Erling (Benjamin Helstad)-zwany tu jako C-19, przybywa na owo oddalone od świata miejsce. Jest bardziej niepokorny niż reszta towarzyszy, co władza próbuje nagminnie temperować. Mimo wielu ciężkich kar,chłopak wciąż myśli o ucieczce: raz mu się to nawet udaje, lecz wkrótce zostaje złapany. W tym miejscu bowiem dzieją się rzeczy złe, takie, o których nikt nie chce i nie będzie mówić na głos. Czy uda się komuś powstrzymać tą niesprawiedliwość?

Film opowiada historię buntu. Buntu, który uaktywnił się przez kumulację pojedynczych ludzkich przeżyć. Indoktrynacja i wzniosłe słowa nie mają bowiem nic wspólnego z tym co naprawdę skrywa Bastoy. Niektórzy z więźniów nie tylko nie wrócą już do domu, ale pozostanie w nich również trauma po przerażających zdarzeniach. Na to wszystko kierownik oddziału nie tylko przymyka oko, ale i wręcz zezwala. Erling jest w tym filmie postacią kluczową, ponieważ jako jedyny nie daje się związać w pęta fałszywej uczciwości (tak jak robi to najdłuższy stażem Olav). Produkcja ta pokazuje, że trzymając się razem można obalić pewien sztywny system.

"Zaprzyjaźniłem się z chłopcem, który niedługo schodzi na ląd. Przez sześć lat harował na naszym statku i zawsze postępował słusznie. Teraz może zejść na ląd."

Scena ucieczki Erlinga i Olava jest chyba jedną z bardziej poruszających. "Wyspa skazańców" swoim przekazem przypomina niekiedy "Zło", choć na mój gust sprawia wrażenie smutniejszej. Muzyka powoduje tu jeszcze większe emocje i wprowadza nas w odpowiedni, melancholijny nastrój. Bardzo polecam.

czwartek, 19 kwietnia 2012

O dwóch takich, co znaleźli szczęście.

Późny wieczór. Dwóch mężczyzn jedzie samochodem z nadmierną prędkością. Słyszymy, że o coś się zakładają. Kiedy kierowcę łapie policja, okazuje się, że ten wiezie ze sobą niepełnosprawnego w złym stanie. Panowie zostają eskortowani do szpitala, jednak widzimy, że chory wcale nie miał ataku, tylko go udawał. Obaj sprawcy reagują na całe zdarzenie ze śmiechem i wracają do domu z piskiem opon. Tak mniej więcej prezentuje się początek "Nietykalnych"- wspaniałej opowieści o przyjaźni i jednej z lepszych produkcji jakie ostatnio widziałam.

Ta oparta na faktach historia, przybliża nam losy bohaterów, pochodzących z dwóch różnych, klasowych światów. Phlippe (Francois Cluzet) to majętny, sparaliżowany mężczyzna, który stracił żonę. Czuje się nieszczęśliwy nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Los sprawia,że na jego drodze pojawia się Driss (Omar Sy)- czarnoskóry mieszkaniec blokowiska, który przybywa do posiadłości załatwić papierek na socjalną zapomogę. Na tym jednak nie kończy się spotkanie obu panów.Phillippe postanawia bowiem zatrudnić Drissa, a ten, choć początkowo czuje się nieswojo w dużym domu, z czasem zmienia zarówno nastawienie chłodnej służby, jak i podejście do życia nowego pracodawcy.

Można by  rzec: nic odkrywczego. Jednak formuła na dobrą obyczajową opowieść tkwi w samym sednie produkcji: przez prostotę do szczęścia. Co prawda bogacz lubuje się w sztuce i słucha muzyki poważnej w otoczeniu paru snobów, ale równie dobrze dogaduje się z Drissem: mężczyzną z zupełnie innego środowiska, który jest szczerym  i niezwykle sympatycznym osobnikiem. On to właśnie wprowadza na stonowane salony nutkę humoru i radości cieszenia się z rzeczy zwykłych: czy to przez taniec na urodzinach, zatrudnianie masażystki, czy w końcu aranżowanie rozmowy z korespondentką Philippa. I tak jak wielu widzów, również i ja śmiałam się do rozpuku  z niektórych żarcików Drissa. Bo właśnie o to chodzi, by umieć czerpać z życia pełną garścią.
Czy wspomniałam już o cudownej muzyce? No cóż, w każdym razie to kolejny plus tego przyjemnego filmu (prawdopodobnie nie będę w stanie zliczyć nawet połowy pozytywów, które się przewinęły;)).
Zachęcam każdego, kto jeszcze nie miał okazji obejrzeć "Nietykalnych". Polecam.

środa, 18 kwietnia 2012

Love kills.


Toksyczne związki mają to do siebie, że nawet gdy się kończą, zostawiają za sobą pewien nieprzyjemny posmak. Nie inaczej rzecz ma się u Sida i Nancy- słynnej pary lat 70-tych, wyznającej zasadę "live fast and die young". Możliwe, że stanowili wzorzec dla innej, burzliwej historii (ex-Cobainowie)*. Film Alexa Coxa opowiada o losie dwójki wyżej wymienionych postaci, prezentując wizję śmierci, jaka miała miejsce kilka lat temu.

Do jednego z nowojorskich pokoi wpada zaalarmowana policja. Na ziemi znajduje zadźganą blondynkę, a na łóżku zamroczonego mężczyznę. Zabierają go na przesłuchanie, jednak nikomu nie udaje się wyciągnąć sensownych zeznań. Sid, bo tak nazywa się ów człowiek, zostaje w końcu wypuszczony za kaucją, a my cofamy się wraz z jego wspomnieniami do czasu, gdy poznał Nancy.
  
Kim tak właściwie był Vicious (Gary Oldman)? Znakiem rozpoznawczym The Sex Pistols? Gość nie dość, że nie umiał grać na basie, to jeszcze był agresywny i niszczył się do nieprzytomności. W trakcie jednej z tras koncertowych, Brytyjczyk przypadkiem trafia na Nancy Spungen (Chloe Webb)- jedną z groupies, która myli go z wokalistą Pistolsów (Andrew Schofield). Dziewczyna przykleja się do naszego bohatera, a ten daje jej pieniądze, żeby załatwiła działkę heroiny. I tak, dzień w dzień owa dwójka spędza razem swój żywot, okrojony alkoholowymi libacjami, brudem, seksem, a przede wszystkim narkotykami. Kiedy Sid przestaje być potrzebny, a menagerowie zespołu postanawiając się go pozbyć, ten za namową Nancy próbuje zająć się karierą solową. Plan niezbyt się udaje, a Vicious resztę swojego życia spędza na tułaniu się po hotelach i szukaniu dilerów. W końcu związek uzależnionych kończy się kłótnią, a Sid oskarżony o zabójstwo Nancy umiera z przedawkowania.

Jako osoba, która kiedyś interesowała się zespołem, było dla mnie wręcz oczywiste, że skuszę się na film. To dobra, szara opowieść o ludziach, których wspólny nałóg doprowadził do klęski. Całość zaś okraszona jest wszędobylską punkową muzyką z brytyjskim akcentem w tle. To, co może przeszkadzać w odbiorze seansu, z pewnością tyczy się aktorki odgrywającej Nancy- jej piskliwy, irytujący głosik nie sprawia, że będziemy z nią sympatyzować. Resztę ratuje Gary Oldman w roli Wrednego Sida (aktor w rekordowy ponoć sposób schudł do tej roli).
Jeśli macie ochotę na dramat biograficzno-muzyczny, warto obejrzeć "Sid i Nancy". Jak nisko można upaść, dowiecie się za pomocą tej obdartej z sentymentów, przykrej historii.




*co ciekawe, Courtney Love starała się o rolę Nancy

sobota, 14 kwietnia 2012

(Nie)konwencjonalnie o robocie.

Czy można mówić o miłości w sposób oryginalny i odbiegający od przyjętych konwenansów? Można, i to w dodatku z mądrym przesłaniem. "Sekretarka" Stevena Shainberga jest nie tylko filmem o ludzkiej samotności, ale również opowieścią o tym, że każdy z nas może mieć szansę na szczęście.

  Lee Holloway (Maggie Gyllenhaal) jest kobietą dość problematyczną. Właśnie przeszła załamanie nerwowe. Przejawiając skłonności masochistyczne trudno jest jej odnaleźć się w poukładanym społeczeństwie.Wpływ mają na to oczywiście dość zawiłe relacje rodzinne- m.in. alkoholizm ojca. Po powrocie z klinki postanawia z powrotem stanąć na nogi, w czym pomaga jej szukanie nowych ofert pracy.

Zatrudnia się jako sekretarka w kancelarii E.Edwarda Grey'a (James Spader). Ów mężczyzna, choć początkowo wydaje się być zwyczajnym prawnikiem,okazuje się posiadać dość nietypowe hobby. Jest, tak jak nasza bohaterka, osobą o preferencjach  BDSM, tyle, że w odwrotnej formie: lubi władać nad swoimi pracownikami i wydawać im różne, niekiedy dziwaczne polecenia. Doskonale wie, że Lee przejawia to samo, wstydliwe upodobanie. Jednak rzecz nie polega tu tylko na prezentowaniu sadomasochistycznych relacji dwojga ludzi. Dzięki Edwardowi, Lee w końcu nie czuje się wyobcowana i znajduje bratnią duszę, która akceptuje ją taką, jaka jest.
Nie jest to jednak łatwa droga do miłości. Edward wiedząc,że jego relacja z Lee dawno przekroczyła służbowy stosunek, zwalnia dziewczynę, winiąc siebie za całą sprawę. Jednak Lee nie poddaje się, dzięki czemu ich związek może mieć jeszcze szansę na przetrwanie.

Ogromny plus stanowi tu świetny scenariusz. Ta (dość nietypowa) historia staje się jeszcze bardziej wiarygodna za sprawą Magie Gyllenhaal i Jamesa Spadera, których postaci są niezwykle autentyczne i nie przekoloryzowane.
Film składa się nie tylko z elementów komediowych, ale także kwestii ważnych obyczajowo. Dostajemy zatem inteligentną, słodko- gorzką opowieść o ludzkiej ułomności i potrzebie zrozumienia.
Uważam tą produkcję za bardzo udaną i wielokrotnie powracam do "Sekretarki", gdy mam tzw. chandrę.



środa, 11 kwietnia 2012

What ever happened...

Wszystkim ceniącym stare kino, proponuję cofnąć się kilka dekad wcześniej i przejrzeć filmografię Ruth Elisabeth Davis. Znana szerszej publiczności jako Bette, stworzyła wiele wspaniałych kreacji, a jedna z nich będzie tematem mojego wpisu.

"Co się wydarzyło Baby Jane" w założeniu miał być średnio ambitnym thrillerem klasy B. Wybił się na konflikcie dwóch, nieco już wtedy zapomnianych aktorek ( Davis i Crawford), które różniły się nawet w statusie sławy. Bette Davis była bowiem wielokrotnie nagradzaną, cenioną warsztatowo osobą, zaś Joan Crawford postrzegano bardziej przez pryzmat bycia gwiazdą. Prócz tego obie panie od dawna pałały do siebie widoczną niechęcią. Do historii przeszły ich potyczki na planie, gdzie Joan wypychała kieszenie kamieniami, żeby być cięższa przy kręceniu sceny, a Bette na złość Crawford zażądała kupna automatów z coca-colą (Joan byłą wdową po szefie koncernu pepsi). Co ciekawe, ich różne osobowości idealnie wpasowały się w konwencję tego czarno-białego filmu.

Baby Jane (B.Davies) była dziecięcą gwiazdą. Życie w blasku fleszy skończyło się jednak wraz z pamięcią jej fanów. Parę lat później siostra Jane, Blanche (J.Crawford) zyskuje coraz większą popularność i  role bohaterek się odwracają. Niestety, niefortunnym zbiegiem okoliczności, Blanche ulega wypadkowi samochodowemu i musi przez to poruszać się na wózku. Wieść gminna głosi, że zdarzenie było sprawką Jane. Co naprawdę się działo nie wie nikt, a Blanche od tego czasu mieszka pod jednym dachem ze swoją zdziwaczałą siostrą, zdana na jej niełaskę. Ta, coraz bardziej tracąc kontakt z rzeczywistością, nie przestaje myśleć o zemście i zaczyna powoli torturować Blanche, która jako jedyna wie, co naprawdę zdarzyło się Baby Jane...

Akcja toczy się tu praktycznie w jednym miejscu, co nie zabiera smaczku, zwłaszcza gdy na ekranie pojawia się Davis. W roli sfiksowanej starszej pani, w dziecięcych szatach i  groteskowym makijażu, budzi zarówno przerażenie jak i politowanie. Wtóruje jej stonowana, lecz i obawiająca się o swoje życie Crawford, przez co widz otrzymuje dawkę kontrastów, która prowadzi do wybuchowej wręcz mieszanki. Bo z jednej strony mamy ochotę, by Blanche udało się w końcu uciec z tego miejsca, a z drugiej doskonale widać, jak zbyt wczesna kariera zniszczyła oszalałą na stare lata Jane.
  Na mój gust, końcowa sekwencja filmu przypomina nieco scenę z "Sunset Boulevard" Wildera. W obu dziełach mamy bowiem dwie, oderwane od świata postaci, kompletnie nie rozumiejące tragizmu sytuacji, w jakiej się znajdują.

Spotkałam się z komentarzami o nierealności niektórych scen, jednak sądzę, iż reżyser właśnie tak, a nie inaczej chciał przedstawić losy dwóch  bohaterek (czyli niekoniecznie chodziło tu o prawdziwość rodem z discovery).
      Czy mogę polecić ten film? Jeśli interesujecie się klasyką i nie rażą was lekkie niedociągnięcia, jest to produkcja na której warto się skupić.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Ja vs Lars v.Trier 1:2? (spoilery i inne bajery)

      Nigdy nie uważałam twórczości Triera za powinność kinomana. Po dziwnej i mało wciągającej "Melancholii", stwierdziłam, że zupełnie nie rozumiem ekscytacji związanej z tego typu dziełami. Mimo to postanowiłam dać Duńczykowi jeszcze jedną szansę, chcąc przy okazji przekonać się czy miałam rację. I choć pierwsze starcie z filmami zwiastowało moje zwycięstwo,to w drugim meczu szala musiała przesunąć się na inną stronę. 

    Na tapetę wzięłam dwa sztandarowe dzieła, które po dziś dzień mają swoją grupę sympatyków-mianowicie "Przełamując fale" i "Tańcząc w ciemnościach". Oba powstały w oparciu o manifest Dogma 95,  którego filmy stawiają na minimalizm: muzyka występuje w nich tylko, gdy jest elementem sceny, a  ujęcia kręci się tu jakby od ręki. Warto dodać, że znaczna część, to oczywiście produkcje niezależne.
  Zacznijmy może od chronologii.

      Szkocja,  lata 70-te XX wieku. Młoda Bess McNeill (Emily Watson) wychodzi za mąż za starszego od siebie mężczyznę. Ma on na imię Jan (Stellan Skarsgard). Otoczenie, w którym żyje bohaterka, przyjmuje ten fakt z małą niechęcią.Sama Bess jest zaś wrażliwą osobą, której ulubionym zajęciem są rozmowy z Bogiem. Rozłąka z mężem z powodu pracy jest ciężka, więc kobieta modli się, by luby znalazł się jak najszybciej w domu. Prośba zostaje spełniona, tyle, że Jan powraca sparaliżowany, a Bess obarcza się winą za wypadek na platformie. Chory, będąc w coraz gorszym stanie prosi żonę, by kochała się z innymi mężczyznami, gdyż jego zdaniem tylko w ten sposób może być szczęśliwa. Bess coraz mocniej wierzy, że spełniając żądania Jana sprawi, że odzyska on dawną sprawność. Zmusza się nawet do prostytucji, co stopniowo prowadzi nie tylko do jej społecznego wykluczenia, ale również tragicznego końca...Byłoby to dzieło wysoce ironiczne, gdyby nie fakt, że przez postawę Bess Jan rzeczywiście wraca do zdrowia.Tak mniej więcej prezentuje się fabuła "Przełamując fale", produkcji która momentami konfunduje widza i igra z jego emocjami. 

      "Tańcząc w ciemnościach", to zaś istny para-musical o równie tragicznej historii. Opowiada o emigrantce z europy wschodniej Selmie Jezkovej (Bjork), która przybyła do Stanów Zjednoczonych. Jest wiecznie zapracowaną, samotną matką. Swoje ciężko zarobione pieniądze odkłada na operację syna, ponieważ genetycznie jest on również skazany na utratę wzroku (co u Selmy już trwa). Jej tytaniczna praca zostaje jednak zniszczona, gdy sąsiad z powodu kłopotów finansowych kradnie jej oszczędności. Z powodu dalszych zdarzeń i pewnego nieporozumienia, kobieta zostaje skazana na śmierć. Nie przeszkadza jej to jednak wyobrażać sobie, że jest w musicalu i nawet podczas spotkania z szubienicą nie przestaje wesoło śpiewać. Jedynym szczęśliwym zakończeniem tej sytuacji jest fakt, że zabieg jej syna zostaje wykonany.

    Zarówno "Breaking the waves" jak i "Dancer in the dark", opowiadają historię o skrajnie niemożliwym i niesprawiedliwym losie dwóch kobiet. Nie jest to jednak przesłanie, które miałoby na celu wyśmiewać matczyną miłość (przykładowo). L.v.Trier zdaje się raczej gloryfikować poświęcenie kobiet, prezentując mężczyzn jako główny, zły pierwiastek swojej opowieści- w "Przełamując fale" jest nim konserwatywna starszyzna, zaś w "Tańcząc w ciemnościach" winna całej katastrofie jest chciwość policjanta. Istnieją również niejednoznaczne postaci: Jan, który początkowo wydaje się wykorzystywać Bess, upamiętnia jej śmierć i wychodzi z niego prawdziwie szczere uczucie; miły funkcjonariusz przecież zanim skłamał i okradł Selmę starał się być dobrym przyjacielem. Nie jestem do końca przekonana, czy można w pełni współczuć obu bohaterkom. Bess w końcu z własnej woli wystawiała się na cierpiętniczą rzeź, a Selma to zbyt naiwna jak na swój wiek, zdziecinniała osoba (przypomnijcie sobie moment, w którym wyjaśnia dlaczego zdecydowała się zatrzymać syna).

   To, co moim zdaniem  najbardziej wyróżnia oba dzieła od "Melancholii", to różnorodność ich interpretacji. Nie ma w nich przesadzonych, zwolnionych ujęć, czy nieuzasadnionych zachowań bohaterki (oddawanie moczu może i jest oznaką, że ma się gdzieś pole golfowe szwagra, ale była to dla mnie żenująca scena). Nie są jedynie studium kontrastu człowieka społecznie uznanego za zdrowego i chorego, ale pewną refleksją na temat ludzkiego życia, jego nieszczęść i wyborów.
Nie mam prawa wymądrzać się na temat dzieł pana Triera, ale sądzę, że po tych filmach nie raz zdołał skołować mój mózg i odwrócić go do góry nogami.





sobota, 24 marca 2012

Kiedy nienawiść prowadzi do zła.

   Mam nadzieję, że nie tylko ja tak mam. Te słynne kultowe filmy, które wszyscy już widzieli. No właśnie. Tak się jakoś złożyło, że cierpię na przypadłość pewnego niedoinformowania, co sprawia, że czasami te nawet najbardziej znane produkcje są mi zupełnie obce. Tak również było w przypadku "Więźnia nienawiści"- filmu od dawna siedzącego w czołówce rankingu najbardziej docenianego kina (może niekoniecznie tego stricte Oskarowego, ale mniejsza).

     Pierwszym powodem, dla którego zdecydowałam się obejrzeć "American history X" był Edward Norton- aktor zaiste wszechstronny, jednak wcześniej nie udało mi się nadrobić jego filmografii na tyle, by wyrobić sobie o nim konkretną opinię ("Fight Club" i "Czerwony smok" to jednak za mało). Drugim powodem był znany z drugiej części "Terminatora" Edward Furlong- swoją drogą to ciekawe, że ktoś, kto grywał w tak popularnym hicie,skończył na szmirach typu "Kruk 4" (no taka prawda). Trzecim powodem był dość ciekawy opis fabuły.

     Wszystko zaczyna się, gdy Derek (E.Norton), amerykański neonazista, w przypływie agresji zabija dwóch czarnoskórych mężczyzn. Zostaje skazany za nieumyślne spowodowanie śmierci. Trzy lata w więziennym odosobnieniu diametralnie go zmieniają. Gdy wychodzi na wolność, postanawia odszukać swojego młodszego brata Danny'ego (E.Furlong). Ma nadzieję uratować chłopaka od idealistycznej pułapki, która jemu samemu omal nie zmarnowała życia.

  Film, za pomocą czarno- białych wspomnień, skrzętnie wprowadza nas w historię, łącząc wątki teraźniejsze z przeszłymi. Ukazuje całą genezę wcześniejszego Dereka- zatwardziałego skinnheada, nie uznającego kompromisów. Ślepo podążając za ideami, brnie w coraz większy fanatyzm, napędzany przez nienawiść (której główne podłoże miały relacje z ojcem). Obserwujemy człowieka, który źle dobrał swoje przekonania, nie mając pojęcia o tym, że jest jedynie sterowanym "pionkiem" w grze o władzę.

    Nie bez powodu narratorem filmu jest Danny. Jako drugi bohater, wprowadza nas w zdarzenia, dodając do nich swoje osobiste przemyślenia. Wyraźnie widać, jak  podziwiał Dereka i czym kierował się przystępując do tej samej organizacji ("Wierzę w śmierć, zniszczenie, chaos, brud i chciwość"). Kiedy przez złamanie regulaminu, zostaje zmuszony do napisania wypracowania o swoim bracie, dowiadujemy się więcej nie tylko o Dereku, ale i o samym Dannym. To on może mieć jeszcze szansę na zmianę. Tylko,czy Derek zdąży na czas?

  "Więzień" nie tylko stanowi przestrogę dla nietolerancji rasowej. Ukazuje przemianę człowieka i to,co nim kieruje, gdy nie zgadza się ze światem. Złe emocje nie powinny stanowić podstawy do naszych moralnych wyborów. Uważam, że jest to nie tylko dobry film, ale również ważne przesłanie dla tych, którzy poszukują własnej drogi. 

Ps. Po raz kolejny uwaga na opis na filmwebie (dla tych co nie widzieli),no chyba, że nie lubicie być zaskakiwani :).

piątek, 16 marca 2012

Wszystkie odloty Seana Penna.

Tytułowy bohater filmu Paolo Sorrentino, to podstarzały muzyk o dość apatycznym sposobie bycia. Wyglądem przypominający lidera zespołu "The Cure" Roberta Smitha, bełkocze swoiście wolne frazy w tonacji  Ozzy'ego Osbourne'a (czyżby celowy zabieg?). Zdecydowanie wydaje się być zmęczony życiem. Jednak nie tylko rola przebrzmiałej gwiazdy daje mu się we znaki. Oprócz problemu typu narastająca obojętność, czy brak zrozumienia wśród (wciąż mało tolerancyjnego) społeczeństwa, Cheyenne boryka się również z "cieniami dawnej przeszłości". Jeden z nich zmusza go do wyjazdu z obecnego domu i odbycia podróży, która, (jak to zwykle bywa) otworzy go na inne horyzonty i pozwoli mu zamknąć pewne ważne rozdziały w życiu.

A teraz drobna rada: zapomnijcie w ogóle o cudacznym plakacie, reklamującym film jako najzabawniejszy w karierze Penna. Nie jest to produkcja, którą można objąć w aż tak konkretne ramy. Wątpliwości rozwiewa zresztą sam początek, wprowadzający nas w konwencję tego specyficznego filmu: pies w dziwacznym kołnierzu, stojący na tle posesji, stanowi tu element zarówno humorystyczny jak i groteskowy. Sam Cheyenne, zapytany dlaczego właściwie jego zwierzak coś takiego nosi, odpowiada, że nie wie, bo jego żona się tym zajmuje.

 Wygląd naszego bohatera i jego styl również mówi sam za siebie: będąc niesamowicie flegmatycznym w prawie każdej czynności, potrafi nieoczekiwanie wybuchnąć złością, bądź wpaść w niekontrolowany, nerwowy śmiech. I choć ta lwia część zachowań Cheyenne'a wydaje się być mocno przerysowana, ma on również swoje momenty mądrości (wystarczy przysłuchać się jego rozmowom z obcymi ludźmi). W "Odlotach.." znajdziemy również składowe elementy filmu drogi, gdzie wpływ nowych doświadczeń i zmiana środowiska stanowi ważny proces dla samoakceptacji naszego rockersa.
       W tym dziele nie znajdziecie wartkiej akcji, obfitującej w fascynujące zdarzenia. Część scen można odebrać z lekkim znudzeniem,ale właśnie taki sposób prowadzenia fabuły najbardziej charakteryzuje samego bohatera (jego ruchy i  gesty są przecież bardzo statyczne). Ja mimo swoich momentów obawy (że zakończę seans z pewnym niesmakiem), nie dałam się pokonać uprzedzeniu dzięki świetnej muzyce, która wesoło rozbrzmiewając mi w uszach, dodawała otuchy przy śledzeniu dalszych poczynań Cheyenne'a. Muszę również dodać, że jestem fanką dobrych zdjęć/ujęć/pracy kamery, czy jak to tam się fachowo nazywa, więc kadry typu mroczny, zadumany koleś na tle białego budynku mnie po części ujęły (tak lubię ładne obrazki ;)).
  Błędem byłoby stwierdzenie, że nie jest to film Seana Penna. Jego kreacja, była głównym powodem, dla którego skusiłam się na obejrzenie tej produkcji. Jeżeli cenicie sobie oryginalność i macie ochotę trochę podumać, polecam wybrać się na  "Wszystkie odloty Cheyenne'a".

wtorek, 31 stycznia 2012

Z cyklu "Dlaczego ja", czyli "Musimy porozmawiać o Kevinie"

    Nie chcemy być stworzeni do życia w rutynie. Nie każda kobieta umie być matką. I wcale nie każde dziecko jest dobre. Zwłaszcza jeśli jest Kevinem.
    Główna bohaterka filmu, Eva (Tilda Swinton) jest typem podróżniczki. Pierwszy kadr z filmu, wprowadza nas w jej szczęśliwą przeszłość- jest na festynie, gdzie razem z resztą tłumu oddaje się zabawie. Początkowa scena stanowi właściwy kontrast w stosunku do tego, co nastąpi w jej przyszłości.
  Owocem miłości Evy i jej mężczyzny jest syn, Kevin. Jakże inne jest zachowanie kobiety, w stosunku do reszty matek ze szkółki rodzenia: siedzi przygnębiona i od razu wychodzi, z nikim nie rozmawiając. Jej poród to ciężka droga. Opieka nad dzieckiem jest również kłopotliwa: malec wciąż płacze, a im starszy się staje, tym bardziej jest zdystansowany i  inny od reszty. Rozpaczliwe próby dotarcia do dziecka napędzają fabułę, prowadząc do nadchodzącej, tragicznej w swoich skutkach katastrofy.
     Kim zatem jest Kevin? Młodym, chłodnym w uczuciach socjopatą, lubiącym manipulować otoczeniem. Z premedytacją rani uczucia swoich najbliższych (zwłaszcza matki). Za każdym razem, gdy wydaje nam się, że pokazuje "ludzką twarz", dzieje się jedynie coś złego. Co najgorsze mąż Evy nie chce i nie potrafi zauważyć prawdziwych intencji swojego syna, przez co bohaterka zostaje sama ze swoim problemem, a po spadających na nią okrutnych doświadczeniach, spotyka się jedynie z pogardą i społecznym odrzuceniem.
   Film nie jest lekki. Nie posiada jednoznacznej puenty. Jednak historia, która zostaje tu pokazana zmusza nas do zastanowienia się nad pewnymi stanami rzeczy. Bo w końcu każda matka kocha swoje dziecko, jakie by ono nie było.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...