Pokazywanie postów oznaczonych etykietą europejskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą europejskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 sierpnia 2013

What is it with John Luther and people he loves?

Ostrzegam, mogą pojawić się małe spoilery. Bo nie umiem pisać bez żadnych odniesień.

  Zawsze mi się wydawało, że John Luther to taki Wallander w wersji soft. Bo, choć jego wygląd nie był równie cierpiętniczy, co u bohatera Mankella, trudno stwierdzić, by sprawiał wrażenie człeka szczęśliwego,  bez emocjonalnej skazy. Jedni radzą sobie z pechem za pomocą lampki wina i tłuczenia rzewnych melodii, inni wolą twardo stąpać po ziemi i nadchodzić szybciej, niż burza. W tej drugiej grupie rzecz jasna, miałby znajdować się główny bohater serialu BBC- stacji, która jakiś czas temu wypuściła najnowszy, trzeci sezon. Czekałam z tym oglądaniem, bo najpierw mocno zwlekałam (kogoś jeszcze to dziwi?), ale jak już się wciągnęłam, pochłonęłam tę serię w try miga. I cieszy mnie niezmiernie, że kontynuacja nie tylko utrzymała swój dobry poziom, ale i zostawiła nas z dość interesującym zakończeniem otwartym. 

   Znów, po kilkosekundowej [genialnie klimatycznej zresztą] muzycznej sekwencji autorstwa Massive Attack, powracamy do zadymionych przecznic Londynu, w których niebezpieczni przestępcy są równie trudni do namierzenia co niegdyś. W pierwszym i drugim odcinku komisariat zmagać się będzie z mordercą-naśladowcą, lubującym się w rytuałach o charakterze sado-maso. Na kim się wzoruje? Dlaczego to robi? Te proste pytania, to oczywiście punkt podparcia dla rozwinięcia fabuły, która- jak to z "Lutherem" bywa, zgrabnie splata dochodzenie z prywatnymi kłopotami naszego bohatera. Bo oto nie tylko dojdzie tu kolejne, dodatkowe śledztwo, które ktoś koniecznie zapragnie mu wcisnąć. Na karku DCI Johna L. będą też dyszeć ludzie, próbujący wyrównać z nim rachunki. Zatem, po raz kolejny zobaczymy DS Erin Gray, a także dyrygującego akcją (i prawdopodobnie inicjatora pomysłu) DSU George'a Starka, czasowo przywróconego do służby. Oboje-choć z przewagą w stronę męską jeśli chodzi o brak bycia fair, szukają dowodów na wykroczenia, których ich zdaniem dopuścił się John Luther. I, choć wydawać się może, że nie znajdą wielu pobratymców, na ich stronę uda im się przekabacić jednego z policyjnych towarzyszy Johna. Ta narastająca z dnia na dzień szarpanina, robi się coraz bardziej stresująca, w chwili, gdy zakonspirowani gliniarze, postanowią trącić w najczulszą strunę, czyli nachodzenie najbliższych. Co najlepsze, rozwiązanie całej sprawy rozkłada się na wszystkie 4 epizody, więc nie mamy do czynienia z zbędnym doczepianiem wątków. 
   Drugie i równie istotne śledztwo, tyczy się tak zwanego mściciela, który postanowił wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Tom Marwood nie doczekał się adekwatnego wyroku, kiedy gwałciciel i morderca jego żony został zwolniony po odsiedzeniu (tylko!) połowy wyroku. Ten fakt bardzo mocno wpłynął na psychikę Toma, czego dowodem będą coraz częstsze eskapady w celu powybijania najgorszych społecznych mętów. Tylko, że ta [rzekoma] dobra wola szybko zmienia się w nieskoordynowany chaos i przeświadczenie o decydowaniu kto powinien umrzeć. Dobre intencje ekspresowo zmieniają się w szalone intencje, a konsekwencje czynów, prowadzić będą do niezwykle dramatycznych i przykrych wydarzeń. Bo tu nie ma ludzi kuloodpornych, jest krew i ofiary-a i sam mściciel szybko stanie się zaprzeczeniem samego siebie. Posunie się do najbardziej drastycznych i okrutnych metod, by tylko dokonać zemsty, próbując przy tym wypaść dobrze przed kamerami. Tylko jedna osoba jest wstanie powstrzymać Marwooda. Jednak czy da radę, biorąc pod uwagę, ile rzeczy/osób zdążyło się już przeciw niemu obrócić?
  
Fanom przyśpieszonej akcji serca przypadnie do gustu scena na dachu wieżowca i sam pościg za wyżej wspomnianym mścicielem. Nie da się też ukryć, że bez Idrisa Elby, serial nie zyskałby tak dużej popularności. Oddał w stu procentach charyzmę i silny charakter Luthera, który za skorupą twardego gliny, kryje wewnętrzne troski- a jej kwintesencją jest obecne mieszkanie komisarza. W chwili gdy Mary-nowo poznana sympatia, wkracza w te nieco zmurszałe pokoje, ma się wrażenie jakby była wśród najbardziej intymnych wspomnień Johna [nawet policyjny partner Ripley nie był w tym domu, więc o czymś to świadczy]. Portet Zoe wciąż stoi na honorowym miejscu i widzimy nawet pocztówki z różnych zakątków świata. Od razu zorientowałam się kto w taki sposób mógł zaznaczyć swoją obecność, ale już nie będę psuć nikomu zabawy. Długo też zastanawia ów dodany związek dwojga ludzi na różnych życiowych zakrętach. Bo czy Luther faktycznie szuka tej prawdziwej miłości, czy może tylko namiastki stałego uczucia, które pamiętał będąc z Zoe? A co z samą Mary, która już na starcie stoi na straconej pozycji, zwłaszcza gdy obcy ludzie wciskają jej bez pardonu teczkę z nazwiskiem Johna Luthera? Mało oczywisty jest to element, bo choć został w jakiś sposób dopowiedziany, wciąż pozostaje frapującym zalążkiem.
    Co zaś tyczy się niespodziewanych powrotów, szczęśliwa jestem, że twórcom udało się raz jeszcze złączyć losy Luthera z Alice Morgan. Owszem-mało to romantyczne w prawdziwym życiu, ale ogromną frajdę sprawia oglądanie przestępczyni w wydaniu a la heroina w natarciu. Po raz kolejny pojawia się wtedy, gdy John pakuje się w jakieś tarapaty i nie omieszka przy tym skomentować obecnego związku Luthera (Tinker Bell, seriously? Czemu ja na to wcześniej nie wpadłam). Socjopatyczna morderczyni zyskująca sympatię-tak, tu jest to możliwe, spytajcie widzów. Zdaję sobie też sprawę, że jeden moment wydaje się mocno nieprawdopodobny [scena z drzwiami], ale gdyby wszystko od samego początku opierało się na krzywym realizmie, praktycznie wszyscy bohaterowie (a zwłaszcza Luther) gryźliby piach w mniej lub bardziej spektakularny sposób. Dalej-chemia między Ruth Wilson, a Idrisem Elbą na ekranie jest podana w najbardziej satysfakcjonującym sosie. Bo wspólne przygody- tudzież wzloty i upadki, raz na zawsze splątały ich w nieskoordynowany węzeł uczuć, przypominający coś więcej, niż przyjaźń. Zwieńczeniem tej kwestii jest właśnie epizod na moście, kojarzący się z pierwszymi odcinkami serii. Wreszcie John Luther może pozbyć się tego wyświechtanego płaszcza i ruszyć dalej. A dokąd? Cóż, to już zależy wyłącznie od nas.

 Brytyjczycy raz kolejny pokazali, że siła serialu może leżeć w technicznym dopracowaniu, świetnej grze aktorskiej (Złoty Glob chyba nadal coś znaczy), a przede wszystkim jakości historii, która choć nie jest najdłuższa, idealnie wpasowuje się w uniwersum depresyjno-kryminalnego światka, w którym jesteśmy równie bierni, co ci policjanci. Nie zawsze udaje się wszystkiemu zapobiec, nie zawsze też jest się nieomylnym. Plus to jedna z tych produkcji, które ogląda się do ostatnich napisów. Sprytne posunięcie. Trzeci sezon uważam za udany.

środa, 8 maja 2013

Połknąwszy motyla.

  Historie miłosne serwowane przez współczesne kino, mogą być tak różne, jak nasze charaktery. Widz to nie tylko maszynka do zarabiania pieniędzy, ale przede wszystkim odbiorca, który może przebierać w oferowanych propozycjach. Sami decydujemy o tym, na czym zawiesimy swe oko, w jaką stronę pójdziemy i czy wolimy przejść się na- dajmy na to komedię romantyczną a la „Walentynki”, czy ambitną produkcję europejską, biegnącą w stronę ciasnego melodramatu. Ja z naszym kontynentalnym kinem mam naprawdę różne perypetie- a mój dzisiejszy wpis będzie jej dalszym rozwinięciem. Czemu? Bo okazało się, że nie należy dzielić skóry na niedźwiedziu. Zwłaszcza przed seansem.
      Do „Laurence Anyways” ciągnęło mnie z kilku powodów. Pierwszym z nich była poruszana tematyka gender, która nie stawia łatwych wyzwań i wymaga odpowiedniej wrażliwości. Nabrawszy apetytu dzięki produkcji stacji Showtime (patrz: notka o „Soldier’s Girl”), nie mogłam pominąć najnowszej wizji reżysera zza Oceanu. Przede wszystkim przeważyła tu ciekawość, bo z początku nie mogłam przeboleć, że mam do czynienia z ponad dwugodzinną projekcją [159 minut]. Nie zrozumcie mnie opatrznie: nie jest tak, że odrzucam każde, dłuższe filmidło. Ale obecne produkcje niekoniecznie gwarantują przyzwoitą rozrywkę [dla duszy] przez cały czas trwania. 

     Xavier Dolan stworzył trzeci film, który w skrócie nazwać można dziełem kompletnym. Wcześniej nie przekonał mnie pomysłem, zaprezentowanym w „Wyśnionych miłościach”. To wszystko było dla mnie przeestetyzowane, zbyt rozhukane i skoncentrowane na elementach, które zwyczajnie mnie nie ruszały (np. slow motion podczas spaceru palącej Marie; problemy dwójki przyjaciół, z którymi trudno jest mi się utożsamić). Ale oto stała się rzecz dziwna. Będąc nastawiona dość konkretnie [czytaj: źle] na odbiór „Na zawsze Laurence”, dostałam zaskakująco dobry tytuł, z (jak to u Dolana bywa) genialnie dopasowaną ścieżką dźwiękową.
     Fabuła naszej opowieści koncentruje się na losach dwójki ludzi. Są nimi: trzydziestoletni Laurence Alia i jego dziewczyna- czy też raczej partnerka Fred Belair. Laurence to gibki, szczupły mężczyzna, nie przywiązujący wagi do ubioru. Poznajemy go pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy pełni posadę dość szanowanego nauczyciela i zdobywa literacką nagrodę. Można odnieść wrażenie, że czuje się artystą spełnionym, który w dodatku znalazł miłość swojego życia. Ale-od razu widać, że coś konkretnego wisi w powietrzu, a Laurence z czymś się gryzie. W chwili, gdy obchodzi urodziny, wyjawia w samochodzie Fred, że nie czuje się mężczyzną. Ba, tak naprawdę nigdy się nim nie czuł i dusił to w sobie przez bagatela 30 lat. Oczywiście pierwsza reakcja najbliższego otoczenia to szok i niedowierzanie, którego również nie może pozbyć się sama Fred. Ona jednak w przeciwieństwie do siostry, próbuje wszystko przetrzymać- chce pomóc Laurence’owi stać się sobą. Jednak schody zaczynają się, gdy to, co Fred kochała w Laurence’u on zaczyna stopniowo odrzucać. Zejdą się na to inne czarne chmury, jak kłopoty w pracy, czy nawet szykany/niezręczne sytuacje na mieście. Rzeczywistość okazała się zbyt przytłaczająca i nie taka, jak sobie można było wymarzyć. 

       Reżyser za pomocą retrospekcji wprowadza nas w różne etapy życia Fred i Laurence’a (lata: 1989, 1992, 1996 i 1999). Mimo, że motorem przewodnim wydaje się decyzja ex-nauczyciela, można szybko zauważyć, że film koncentruje się również na postaci Fredericue. Ich liczne rozstania i powroty są tym, co powoduje zainteresowanie podczas projekcji, bo w końcu o nich są te wszystkie zdarzenia. Widzimy więc perspektywę Laurence’a, który już jako ‘przemieniony’ udziela wywiadu i wtłacza nas w swoje zamierzchłe dzieje, powiązane z nie tak bardzo fajnym rodzinnymi stosunkami, głównie jeśli chodzi o ojca. Jak dla mnie stoi on w niejakiej opozycji do swej ‘AZ’ [tak tytułował Fred w autorskiej książce]: od zawsze nosił się z tym zamiarem zmiany płci, właściwie ma się wrażenie, że szybko wchodzi w ów stan rzeczy i czuje ogromną ulgę w nowych strojach i makijażu. Nie jest to więc produkcja, wałkująca tylko fakt poszukiwania tożsamości u transseksualisty, ale dużo, dużo więcej.
       Nie znoszę kina, które proponuje mi pozornie błaho sklejoną historię, a potem tworzy emocjonalne zawirowania tak, że po seansie mam uczucie doła. W końcu wycinek z dziesięciu lat egzystencji-choćby nie wiem jak słabo poprowadzony, na tyle intryguje, że chcemy wiedzieć, jakie miał rozwiązanie. Zresztą, już sam początek dzieła sugeruje pewną niejednoznaczność: widzimy tył postaci idącej przez ulicę w damskim ubraniu i długich, ciemnych włosach. Mijający przechodnie wykazują dość nadmierne zainteresowani jej osobą. Oczywiście w toku spraw, doskonale wiemy kim jest ta persona, lecz te minuty to zalążek mówiący do nas: chcę, byś odrzucił pozory. 

     Dolanowi udało się osiągnąć to, co w mojej opinii nie podoba mi się/nie do końca sprawdza się u Jarmuscha [tak, nadal mam kłopot z niejakim „MysteryTrain”]. Mianowicie całkowite oddanie się kolorystyce połączonej z dialogami, wraz z scalonymi partiami muzycznymi, które są tak ładne, że bije z nich jakiś niestosowny perfekcjonizm. Bowiem każde ujęcie przywodzi na myśl skojarzenie z obrazem w galerii sztuki, pop-artem, czy nawet dadaizmem (weźmy np. fragment, w którym Laurence maluje sprayem po reprodukcji „Mony Lisy” tworząc na ścianie napis ‘Freedom’). Wracając jeszcze do utworów, muszę stwierdzić, że pozwoliły mi na nowo ‘odkryć’ single, które dziś można by nazwać wygrzebanymi z lamusa-bo plus poruszanego w nich kontekstu, dopełnia je podrasowana, przemyślana scena (podróż Fred i Laurence’a do Czarnego Zamku, fiolet i spadające ubrania przy wtórze „A new Error” są- co tu dużo mówić efektowne i stały się znakiem rozpoznawczy 23-letniego Kanadyjczyka). To epatowanie nasyceniem czerwieni [Laurence chowający się przed deszczem], czy innymi ostrymi barwami początkowo mnie irytowało, bo nie jestem kimś, kto chwyta wszystko co mi się zaserwuje-> nawet przy tak znanym nazwisku. Ale, czego by Xavierowi nie zarzucić, „Laurence Anyways” to kolejny film, który wręcz czaruje nas swymi zmysłami i umie to uczucie przekazać.
      Po tym dziele dostałam autentycznie obuchem w łeb, w sumie nie wiem dlaczego, przecież widziałam niejeden taki dramat. Ale jednak. Głównym sprawcą okazała się rudowłosa trzydziestolatka, którą portretuje Suzanne Clement. Jej cierpienie jest na swój sposób odmienne od tego, które przeżywa Laurence, lecz to nie powoduje, że mniej nas obchodzi. Myślę, że LA, to przede wszystkim produkcja o niesztampowym ujęciu związków, miłości, tego, czy ma jeszcze szansę nawet w przypadku sytuacji trudnych do rozwiązania przez ‘przeciętnego człowieka’. Przede wszystkim jest to chyba najdojrzalszy film Dolana, bo nie skupia się na dużo młodszym-a co za tym bliższym mu pokoleniu. Sam tytuł koncentruje się na powolnym rozpadzie, albo raczej rozkładzie relacji, która mimo tylu zmian, wciąż przyciąga do siebie bohaterów, niczym jakiś uparty magnez. Tylko czy ma jeszcze sens wobec barier, nie leżących w stricte fizycznym ujęciu?
    Niesamowite jest to, że mimo, iż po 15 minutach zaczęłam mocno kwestionować mój sens oglądania powyższego tytułu, coś mi mówiło, by zostać do końca. No i lepiej zrobić nie mogłam. Mimo wady, która w pewnych chwilach istotnie mierziła (łączenie w dialogach francuskich wyrazów z angielskimi), jestem skłonna zachęcić każdego do obejrzenia tego filmu. Dlaczego? Bo „Laurence Anyways” to w jednym zdaniu pastelowe piękno, przejmujący scenariusz i wizualna wysoka półka, pląsająca w rytm tanecznych lat dziewięćdziesiątych. 

Ps. Moje ulubione sceny: Laurence idący szkolnym korytarzem, Fred na balu [pojawia się tu również sam Dolan], Fred wyobrażająca sobie wodospad przy czytaniu poezji i pierwsze spotkanie postaci.

Ps1. Zdecydowanie cieszy mnie, że nie zagrał tu Louis Garrel. Powołanie się na inne (czyli raczej mniej popularne) nazwiska jest moim zdaniem o wiele ciekawsze. 

A tu macie mojego muzycznego faworyta.

wtorek, 4 grudnia 2012

This is real life?

   Co prawda filmów o subkulturach powstało pewnie od groma, ale jakimś dziwnym trafem u mnie na tapetę poszło dziś "This is England". I oto spotkała mnie prawdziwa trudność. Bo dzieło, które obejrzałam na kilku wydechach, raczej nie stałoby się sztandarowym przykładem dla każdego 'błądzącego'. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że jest w nim jakieś 75% kina na naprawdę zacnym poziomie. A jaki jest ten poziom? To pokrótce za chwilę.
   3-minutowa sekwencja muzyczna, w połączeniu z telewizyjno- popkulturalnym tłem, wprowadza nas w okres, stanowiący główny punkt produkcji. Nasz mały bohater-dwunastoletni Shaun, jest z lekka pechowym narwańcem, bo w ciągu jednego dnia obrywa przynajmniej ze trzy razy. Czy to od jednego z chłopaków w szkole, którego wyjątkowo bawią jego spodnie, czy to od innych przypadkowych typów, z którymi nawet nie zamienił stosownej konwersacji. No i w pewnym momencie trafia na grupkę ogolonych na łyso, którzy wyraźnie chcą by Shaun z nimi chwilę posiedział. I tak oto młody staje się nowicjuszem nurtu tzw. skinheadów, którzy wydają się być dla niego pozytywnie i przyjaźnie nastawieni. Ci koledzy- pod przewodnictwem najstarszego z nich, Woody'ego, zabierają Shauna ze sobą na imprezy, przyodziewają go w nowe ciuszki i nawet przyjemnie sobie razem egzystują. Tyle, że w pewnym momencie ta idylla zmienia się, gdy na arenę wkracza pierwszy prawdziwy skinhead, czyli Combo. Właśnie wyszedł po trzech latach więzienia, a jego nastroje bynajmniej nie można opisać cukierkowymi. Czy wpłynie to w jakiś drastyczny sposób na życie Shauna i reszty paczki? Chyba wiadomo.

     Najciekawszą rzeczą, jaką dowiedziałam się po filmie, był fakt, że skinheadzi od swojego zarania nie identyfikowali się ze skrajnym nacjonalizmem i nie przejawiali rasistowskich zachowań. Sam bowiem styl wziął się przecież od Jamajczyków (dżinsy,koszule,szelki,wypolerowane buty-jak nic wieje klimatem z Kingstown), a i nie bez kozery w paczce Woody'ego krąży chociażby taki Milky. Tyle, że o ile wszyscy wcześniej żyli ze sobą we względnej komitywie, wszystko zmienia się oczywiście z powodu Combo. Nie trzeba być wielkim filozofem, by zauważyć, że świat za kratami nieźle wykręcił jego psychikę. Bo z jednej strony wydaje się on szanować obecność takiego ciemnoskórego, a z drugiej strony lży na wspomnienie o 'czarnuchu' z więzienia i pozwala sobie na niewybredne komentarze. Dojdzie nawet do tego, że postanowi pozbyć się wszystkich Pakistańczyków z okolicy, którzy jego zdaniem zabierają pracę rodowitym obywatelom. W końcu mamy 1983 rok, kruche wspomnienia o wojnie o Falklandy, a wszystko to w jakimś fatalnym stopniu nagromadziło się w umyśle zarówno eks-przywódcy jak i właśnie małego Shauna. Shaun wiążę z tym wszystkim swoje własne, przykre wspomnienia i ma dość mówienia o jego ojcu. I to właśnie ten najmniejszy naturszczyk,bez cienia obawy postanowi przyłączyć się do krucjaty Combo.
    Mój pierwszy i chyba największy zawód dotyczy samej fabuły. Z jednej strony cieszy mnie, że tak właściwie "This is England" jest pewną drama-satyrą wobec ludzi, którzy mimo, że wyznają jakąś [wypaczoną] ideologię, tak naprawdę są niewolnikami własnych słabości i problemów (Combo najpierw się asymiluje, a potem kładzie pięści na najbliższych kolegów). Nie ma bowiem w tym dziele prawie grama czystego rasistowskiego ataku, tylko grożenie 3 chłopcom grającym w piłkę i wyskakiwanie z nożem na jednego ze sklepikarzy. Tym bardziej potęguje to bezsens i głupotę takiego podejścia (wielkie słowa, bestialskie czyny- chyba nie trzeba mówić więcej). Zresztą wszystko bardzo zgrabnie łączy sama końcówka filmu, dając w miarę jasną odpowiedź i przesłanie. Czego mi tak właściwie zabrakło? Być może głębszego rysu reszty bohaterów.

  Melomanom polecam bez cienia wątpliwości, bo gdyby wywabić najmocniejsze smaczki filmu, z pewnością tyczyłyby się one ścieżki dźwiękowej (i dodam, że to rozbrzmiewa w moich głośnikach po raz n-ty). Bardzo podobał mi się również klimat, w którym osadzono całą sytuację-bunkry, domy robotnicze, sucha zieleń i surowa przyroda nadają wszystkiemu jeszcze cięższy nastrój. Nie mogę również pominąć kreacji aktorskich- Thomas Turgoose jako młody-zagubiony spisał się prze-dobrze i nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. Na uwagę zasługuje także Stephen Graham jako Combo-a fani "Skins" mogą raczyć się występem Jacka O'Connela (serialowy Cook) w roli Pukey'a od Woody'ego.*
     Nie jestem przekonana, czy mogę w pełni rekomendować "This is England". Ale koneserzy brytyjskiego kina i miłośnicy subkultur powinni być zadowoleni. 

*mała ciekawostka: zorientowałam się, że skądś kojarzę jego facjatę po charakterystycznym głosiku i akcencie.



czwartek, 31 maja 2012

Ona małpuje (i chyba dość średnio się z tym czuje).

Trzask.Koń.Stukot.Trzask. Tak mniej więcej rozpoczyna się fabuła szwedzkiej produkcji o dość zoologicznej nazwie. Nie wiem czy będę wstanie napisać coś sensownego na temat "She monkeys"-bo choć zawierała pewien przekaz, nie łatwo było mi go odczytać.

Emma (Mathilda Paradeiser) marzy o tym, aby dostać się do drużyny gimnastycznych ujeżdżaczek koni (nie mam pojęcia czy coś takiego istnieje ale mam nadzieję, że domyślacie się o co cho). Ćwiczy pilnie całe ranki, rozciągając się jak trzeba, a gdy już przekracza progi stajni, zostaje wystawiona na próbny test sprawnościowy. Od razu przykuwa uwagę Cassandry (Linda Mollin) która postanawia pomóc Ellen  rozwinąć się w akrobatycznych zdolnościach. I tak obie panie powoli wchodzą w coraz bardziej intymne stosunki, pokryte wzajemną fascynacją i różnymi niecodziennymi zabawami (np. kradzież spodni chłopaka). Wszystko byłoby całkiem przyjemną historyjką o dość niedynamicznych zdarzeniach, jednak nie należy zapominać o rywalizacji, jaką nastolatki toczą, by załapać się na konkurs. Z jednej strony Cassandra wciąż mówi Elen aby ze sobą nie konkurowały,a z drugiej nie omieszkuje okazywać swojej fizycznej przewagi na treningach. W końcu któraś z nich zostanie wybrana, ale czy będzie to uczciwy pojedynek? Jest jeszcze Sara (Isabella Lindquist)-młodsza siostra Ellen zakochana w swoim kuzynie. Chętnie eksponuje owe dwuznaczne uczucia, a robi to pomykając w skąpym bikini w rytm muzyki. Coś ewidentnie nie gra z obiema bohaterkami produkcji i my zaczynamy mieć tego świadomość..

Mając w pamięci klika scen, zadawałam sobie często pytanie "A gdzie był ojciec?". Fakt, występuje w tym dziele, ale nie stanowi mocnego oparcia dla swoich dzieci. Kiedy Emma czuje się zdruzgotana i oszukana, wrzeszczy na tatę, a ten bez względnych oporów jej na to pozwala. Znaczący wydaje się również moment, gdy zgadza się na kupno kostiumu raczej nie odpowiedniego dla małej Sary. Co najlepsze ekspedientka z niesamowitym entuzjazmem przekonuje do zaopatrzenia dziecka w seksowne lamparcie cętki. Czyżby polityka kraju odbiła się czkawką na przeciętnym obywatelu?
Realizację filmu mogłabym podsumować jednym prostym NUDA, ale byłby to chyba nadmierny przesadyzm. W końcu mamy tu również opowieść o silnych, wysportowanych kobietach, spychających  męską płeć gdzieś na dryfujący margines. Jednak odczuwa się głęboki niedosyt, który powoduje, że nie ocenimy "She monkeys" ani jako porywające dzieło, ani jako świetne moralizatorstwo. Pomijam metaforyczną funkcję konia, bo jak na razie nie wymyśliłam jego właściwego odpowiednika.
Zdecydowanie odradzam "She monkeys" jeśli marzycie o wałkującym wnętrzności superkinie. Jednak jest w nim coś, co powoduje maleńki niepokój.



poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Yes we can/Jest weekend


W internecie krąży pewien zabawny obrazek z wizerunkiem dwóch prezydentów. Jeden z nich, z wesołą miną wygłasza podniosłe polityczne hasło, drugi zaś...zapowiada, że możemy szykować się do cotygodniowego odpoczynku. Co ciekawe ten ironiczny gif swoim przesłaniem pasuje do filmu, który powstał w latach dziewięćdziesiątych. "Human traffic"- bo o nim mowa, to pełnometrażowy debiut  Justina Kerrigana skupiający się na pre-weekendowych przygotowaniach młodych przyjaciół z Cardiff. Ich formy spędzania czasu z pewnością nie są nam obce.

Film z grubsza traktuje o hedonizmie. Mylą się jednak ci, którzy przewidują widzieć w nim tylko picie,ćpanie i clubbing.Wszystko to przedstawione jest nie tylko z inteligentnym humorem, ale i  pewną dozą z szaleństwa. Główni bohaterowie produkcji, to zmagający się z obawą impotencji Jip (John Simm) , wyluzowany Koop (Shaun Parkes), który jest zazdrosny o swoją dziewczynę Ninę (Nicola Reynolds), dość cięta w wypowiedziach Lulu (Lorraine Pilkington), oraz najmłodszy i najbardziej zakręcony z reszty Moff (Danny Dyer). Każdy z nich wykonuje mniej lub bardziej lubianą pracę, a otrzymany zarobek wydaje na długo oczekiwaną, czterdziestoośmiogodzinną zabawę.

 Taki wypad wymaga jednak gruntownych przygotowań. Po pierwsze: trzeba obdzwonić znajomych i zorientować się w sytuacji- kto w jakim jest stanie i czy wszyscy posiadają odpowiednie wejściówki. Mistrzem planowania jest tu Jip, a scena w której udaje mu się wejść do klubu bez biletu, jest chyba jedną z zabawniejszych. Po drugie: trzeba przygotować towar. W tej kwestii najwięcej robi Moff- który oprócz wyraźnego uzależnienia od wspomagaczy, czuje się również skołowany życiem. Po trzecie:  spotkanie przed gwoździem programu, czyli wspólne wyjście do pubu. Tu, jak wiadomo padają pierwsze egzystencjalne stwierdzenia i niepewności. Po czwarte: clubbing, czyli zabawa i tańce do upadłego. Nie jest to jednak tylko i wyłącznie sama impreza: w rytm muzyki przewijają się bowiem różne osoby z odrębnymi obawami (m.in. rozmawiają na temat kultury w klubie i  mentalności młodych). Na sam koniec: after party na domówce. I tu zbliżamy się do sedna sprawy-mianowicie jak wyglądają nasze konwersacje pod wpływem i jak za pomocą narkotycznych wizji najpierw zbliżamy się do filozoficznych rozpraw (epickie gadki o Yodzie), by wraz z opadnięciem środka w organizmie z powrotem wpaść w marazm.

O wilku mowa ;)
Oczywiście wszystkich i tak czeka straszliwy powrót do normalności, wraz z zbliżającym się kacem i obiecanymi rodzinnymi wizytami. Najbardziej podobał mi się tu zabieg w stylu 'co innego wypowiadam na głos, a co innego myślę' (rozmowa Lulu z ciotką).
Ja osobiście oceniam film bardzo pozytywne. Jeśli podobał się wam "Trainspotting", na "Human Traffic" raczej się nie zawiedziecie.


sobota, 21 kwietnia 2012

Uciec stąd.

                                                Tytuł: "Wyspa skazańców"
                                             Oryginalny: "Kongen av Bastoy"
                                             Czas trwania:  1 godz. 56 min
                                            Gatunek:  dramat, akcja
                                               Reżyseria:  Marius Holst
                                    Scenariusz: Dennis Magnusson, Eric Schmid

"Widziałem wieloryba, który miał w swoim ciele trzy harpuny, a mimo to nie poddawał się. Nim skonał,minął cały dzień.Podpłynęliśmy do niego bardzo blisko. Tak blisko, jak nigdy wcześniej. Był pokryty bliznami z potyczek, które przyszło mu stoczyć z ludźmi."

Norwegia, rok 1915.  Bastoy to wyspa, na której umieszcza się młodych skazańców. Każdy z nich wykonuje tam określone zadania: buduje mury, czyści latryny, pracuje w lesie. Wszystkim nadzoruje despotyczny kierownik (Stellan Skarsgard) i jego podwładny Brathen (Kristoffer Joner). Historia rozpoczyna się, gdy Erling (Benjamin Helstad)-zwany tu jako C-19, przybywa na owo oddalone od świata miejsce. Jest bardziej niepokorny niż reszta towarzyszy, co władza próbuje nagminnie temperować. Mimo wielu ciężkich kar,chłopak wciąż myśli o ucieczce: raz mu się to nawet udaje, lecz wkrótce zostaje złapany. W tym miejscu bowiem dzieją się rzeczy złe, takie, o których nikt nie chce i nie będzie mówić na głos. Czy uda się komuś powstrzymać tą niesprawiedliwość?

Film opowiada historię buntu. Buntu, który uaktywnił się przez kumulację pojedynczych ludzkich przeżyć. Indoktrynacja i wzniosłe słowa nie mają bowiem nic wspólnego z tym co naprawdę skrywa Bastoy. Niektórzy z więźniów nie tylko nie wrócą już do domu, ale pozostanie w nich również trauma po przerażających zdarzeniach. Na to wszystko kierownik oddziału nie tylko przymyka oko, ale i wręcz zezwala. Erling jest w tym filmie postacią kluczową, ponieważ jako jedyny nie daje się związać w pęta fałszywej uczciwości (tak jak robi to najdłuższy stażem Olav). Produkcja ta pokazuje, że trzymając się razem można obalić pewien sztywny system.

"Zaprzyjaźniłem się z chłopcem, który niedługo schodzi na ląd. Przez sześć lat harował na naszym statku i zawsze postępował słusznie. Teraz może zejść na ląd."

Scena ucieczki Erlinga i Olava jest chyba jedną z bardziej poruszających. "Wyspa skazańców" swoim przekazem przypomina niekiedy "Zło", choć na mój gust sprawia wrażenie smutniejszej. Muzyka powoduje tu jeszcze większe emocje i wprowadza nas w odpowiedni, melancholijny nastrój. Bardzo polecam.

czwartek, 19 kwietnia 2012

O dwóch takich, co znaleźli szczęście.

Późny wieczór. Dwóch mężczyzn jedzie samochodem z nadmierną prędkością. Słyszymy, że o coś się zakładają. Kiedy kierowcę łapie policja, okazuje się, że ten wiezie ze sobą niepełnosprawnego w złym stanie. Panowie zostają eskortowani do szpitala, jednak widzimy, że chory wcale nie miał ataku, tylko go udawał. Obaj sprawcy reagują na całe zdarzenie ze śmiechem i wracają do domu z piskiem opon. Tak mniej więcej prezentuje się początek "Nietykalnych"- wspaniałej opowieści o przyjaźni i jednej z lepszych produkcji jakie ostatnio widziałam.

Ta oparta na faktach historia, przybliża nam losy bohaterów, pochodzących z dwóch różnych, klasowych światów. Phlippe (Francois Cluzet) to majętny, sparaliżowany mężczyzna, który stracił żonę. Czuje się nieszczęśliwy nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Los sprawia,że na jego drodze pojawia się Driss (Omar Sy)- czarnoskóry mieszkaniec blokowiska, który przybywa do posiadłości załatwić papierek na socjalną zapomogę. Na tym jednak nie kończy się spotkanie obu panów.Phillippe postanawia bowiem zatrudnić Drissa, a ten, choć początkowo czuje się nieswojo w dużym domu, z czasem zmienia zarówno nastawienie chłodnej służby, jak i podejście do życia nowego pracodawcy.

Można by  rzec: nic odkrywczego. Jednak formuła na dobrą obyczajową opowieść tkwi w samym sednie produkcji: przez prostotę do szczęścia. Co prawda bogacz lubuje się w sztuce i słucha muzyki poważnej w otoczeniu paru snobów, ale równie dobrze dogaduje się z Drissem: mężczyzną z zupełnie innego środowiska, który jest szczerym  i niezwykle sympatycznym osobnikiem. On to właśnie wprowadza na stonowane salony nutkę humoru i radości cieszenia się z rzeczy zwykłych: czy to przez taniec na urodzinach, zatrudnianie masażystki, czy w końcu aranżowanie rozmowy z korespondentką Philippa. I tak jak wielu widzów, również i ja śmiałam się do rozpuku  z niektórych żarcików Drissa. Bo właśnie o to chodzi, by umieć czerpać z życia pełną garścią.
Czy wspomniałam już o cudownej muzyce? No cóż, w każdym razie to kolejny plus tego przyjemnego filmu (prawdopodobnie nie będę w stanie zliczyć nawet połowy pozytywów, które się przewinęły;)).
Zachęcam każdego, kto jeszcze nie miał okazji obejrzeć "Nietykalnych". Polecam.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Ja vs Lars v.Trier 1:2? (spoilery i inne bajery)

      Nigdy nie uważałam twórczości Triera za powinność kinomana. Po dziwnej i mało wciągającej "Melancholii", stwierdziłam, że zupełnie nie rozumiem ekscytacji związanej z tego typu dziełami. Mimo to postanowiłam dać Duńczykowi jeszcze jedną szansę, chcąc przy okazji przekonać się czy miałam rację. I choć pierwsze starcie z filmami zwiastowało moje zwycięstwo,to w drugim meczu szala musiała przesunąć się na inną stronę. 

    Na tapetę wzięłam dwa sztandarowe dzieła, które po dziś dzień mają swoją grupę sympatyków-mianowicie "Przełamując fale" i "Tańcząc w ciemnościach". Oba powstały w oparciu o manifest Dogma 95,  którego filmy stawiają na minimalizm: muzyka występuje w nich tylko, gdy jest elementem sceny, a  ujęcia kręci się tu jakby od ręki. Warto dodać, że znaczna część, to oczywiście produkcje niezależne.
  Zacznijmy może od chronologii.

      Szkocja,  lata 70-te XX wieku. Młoda Bess McNeill (Emily Watson) wychodzi za mąż za starszego od siebie mężczyznę. Ma on na imię Jan (Stellan Skarsgard). Otoczenie, w którym żyje bohaterka, przyjmuje ten fakt z małą niechęcią.Sama Bess jest zaś wrażliwą osobą, której ulubionym zajęciem są rozmowy z Bogiem. Rozłąka z mężem z powodu pracy jest ciężka, więc kobieta modli się, by luby znalazł się jak najszybciej w domu. Prośba zostaje spełniona, tyle, że Jan powraca sparaliżowany, a Bess obarcza się winą za wypadek na platformie. Chory, będąc w coraz gorszym stanie prosi żonę, by kochała się z innymi mężczyznami, gdyż jego zdaniem tylko w ten sposób może być szczęśliwa. Bess coraz mocniej wierzy, że spełniając żądania Jana sprawi, że odzyska on dawną sprawność. Zmusza się nawet do prostytucji, co stopniowo prowadzi nie tylko do jej społecznego wykluczenia, ale również tragicznego końca...Byłoby to dzieło wysoce ironiczne, gdyby nie fakt, że przez postawę Bess Jan rzeczywiście wraca do zdrowia.Tak mniej więcej prezentuje się fabuła "Przełamując fale", produkcji która momentami konfunduje widza i igra z jego emocjami. 

      "Tańcząc w ciemnościach", to zaś istny para-musical o równie tragicznej historii. Opowiada o emigrantce z europy wschodniej Selmie Jezkovej (Bjork), która przybyła do Stanów Zjednoczonych. Jest wiecznie zapracowaną, samotną matką. Swoje ciężko zarobione pieniądze odkłada na operację syna, ponieważ genetycznie jest on również skazany na utratę wzroku (co u Selmy już trwa). Jej tytaniczna praca zostaje jednak zniszczona, gdy sąsiad z powodu kłopotów finansowych kradnie jej oszczędności. Z powodu dalszych zdarzeń i pewnego nieporozumienia, kobieta zostaje skazana na śmierć. Nie przeszkadza jej to jednak wyobrażać sobie, że jest w musicalu i nawet podczas spotkania z szubienicą nie przestaje wesoło śpiewać. Jedynym szczęśliwym zakończeniem tej sytuacji jest fakt, że zabieg jej syna zostaje wykonany.

    Zarówno "Breaking the waves" jak i "Dancer in the dark", opowiadają historię o skrajnie niemożliwym i niesprawiedliwym losie dwóch kobiet. Nie jest to jednak przesłanie, które miałoby na celu wyśmiewać matczyną miłość (przykładowo). L.v.Trier zdaje się raczej gloryfikować poświęcenie kobiet, prezentując mężczyzn jako główny, zły pierwiastek swojej opowieści- w "Przełamując fale" jest nim konserwatywna starszyzna, zaś w "Tańcząc w ciemnościach" winna całej katastrofie jest chciwość policjanta. Istnieją również niejednoznaczne postaci: Jan, który początkowo wydaje się wykorzystywać Bess, upamiętnia jej śmierć i wychodzi z niego prawdziwie szczere uczucie; miły funkcjonariusz przecież zanim skłamał i okradł Selmę starał się być dobrym przyjacielem. Nie jestem do końca przekonana, czy można w pełni współczuć obu bohaterkom. Bess w końcu z własnej woli wystawiała się na cierpiętniczą rzeź, a Selma to zbyt naiwna jak na swój wiek, zdziecinniała osoba (przypomnijcie sobie moment, w którym wyjaśnia dlaczego zdecydowała się zatrzymać syna).

   To, co moim zdaniem  najbardziej wyróżnia oba dzieła od "Melancholii", to różnorodność ich interpretacji. Nie ma w nich przesadzonych, zwolnionych ujęć, czy nieuzasadnionych zachowań bohaterki (oddawanie moczu może i jest oznaką, że ma się gdzieś pole golfowe szwagra, ale była to dla mnie żenująca scena). Nie są jedynie studium kontrastu człowieka społecznie uznanego za zdrowego i chorego, ale pewną refleksją na temat ludzkiego życia, jego nieszczęść i wyborów.
Nie mam prawa wymądrzać się na temat dzieł pana Triera, ale sądzę, że po tych filmach nie raz zdołał skołować mój mózg i odwrócić go do góry nogami.





środa, 14 grudnia 2011

Mężczyźni z problemami i kobiety, które igrają z ogniem.

    Filmy na podstawie książek zawsze będą nosić na sobie piętno pierwowzoru. Te nawet najlepiej zrealizowane,  nigdy w stu procentach nie zadowolą każdego fana (znajdą się tacy, co szukać będą we wszystkim przysłowiowej dziury w całym). Tym bardziej z ciekawością (i lekkim sceptycyzmem) zabrałam się za szwedzką produkcję pierwszej części "Millennium", z podtytułem "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet".
      Od razu uspokajam: film dość wiernie odtwarza zamysł pisarza. Jest tajemnicza zagadka morderstwa z dawnych lat i intrygujący bohaterowie, którzy na szczęście są w miarę dobrze nakreśleni. Najlepiej sprawdziła się tu  Noomi Rapace, w roli młodej hackerki, Lisbeth Salander (nie jest wcale łatwo zagrać postać tak specyficzną). Jeśli chodzi o dziennikarza Mikaela Blomkvista, jego charakter i sposób bycia przypomina ten książkowy, chociaż wizualnie nie jest to ta sama postać, którą przedstawia autor (o wiele bardziej pasuje tu Daniel Craig, który występuje w amerykańskiej adaptacji tegoż dzieła). Co prawda parę wątków zostało tu pominiętych i nieco zmienionych (jak dla mnie za mało było ukazanych relacji między Blomkvistem a Eriką), ale film jest dość długi (trwa ponad dwie godziny) i dość dobrze odwzorowany. Dużo robi tu klimat samej Szwecji i nastrój jaki panuje wokół zdarzeń (zwłaszcza widać to wśród rodziny Vangerów, kiedy czują się zagrożeni z powodu wznowionego śledztwa).
        Jeśli zatem jesteście fanami kryminałów i czytaliście książkę (bądź nie), myślę, iż jest to pozycja warta obejrzenia (swoją drogą, zbliża się wersja Davida Finchera, której również jestem ciekawa).

niedziela, 11 grudnia 2011

Me gusta, ale nie zawsze to, co wszyscy.

   Są takie filmy, które po prostu nam się nie podobają. Zdarzyło mi się parę razy, że kulturalne rekomendacje moich znajomych (które teoretycznie powinny  mi się spodobać), nie wywarły na mnie zbyt dobrego wrażenia. Chciałabym tu wymienić kilka takich dzieł, które mnie kompletnie nie powaliły na kolana (chociaż teoretycznie są to moje klimaty).
 
    • "Idol", aka "Velvet Goldmine", film opowiadający historię glamrockowego piosenkarza, poniekąd inspirowaną życiorysem Davida Bowiego jako Ziggy'ego Stardusta. To chyba jedna z tych nielicznych sytuacji, kiedy moje gusta tak bardzo odbiegają od tych filmwebowych (na imdb już jest trochę lepiej;)). Cały film jak dla mnie był dość nużący, muzyka też specjalnie nie cieszyła ucha i mimo tylu znanych twarzy (jak choćby McGregor, Rhys Meyers, czy Collette), była to dla mnie jedna z tych cieńszych produkcji.

          • "Melancholia", nie takiego Larsa oczekiwałam. Film był dla mnie dość dużym rozczarowaniem (już pomijam, że o wiele lepiej oglądało mi się Charlotte Gainsbourg, niż nagrodzoną Kirsten Dunst).  Początek całej historii nudził, a motywacja postaci nie wymagała żadnych wzniosłych interpretacji. Wizja końca świata i zestawienie osób z problemami psychicznymi potrafiącymi spokojnie przeżyć apokalipsę w stosunku do zdrowych, spanikowanych w tej sytuacji ludzi nie jest niczym nowym (oczywiście zdaniem niektórych przyklaskiwaczy wszystko może i miało niesamowite przesłanie, ale nie dla mnie). 

            "Wyśnione miłości"  film Xaviera Dolana, opisywany jako poruszające, energetyczne dzieło, z miłosnymi rozterkami dwojga przyjaciół w tle. Po tylu licznych, pozytywnych komentarzach, miałam nadzieję, że w końcu zobaczę dobrą europejską produkcję w sam raz dla młodych ludzi. Zamiast tego dostałam  film- wydmuszkę, który poza  wizualnymi plusami i  bardzo dobrą muzyką  mnie po prostu nie zachwycił. Nie wiem, czy to kwestia moich wygórowanych oczekiwań (chociaż "Zabiłem moją matkę" o wiele bardziej mi się podobało, a jest mniej zachwalany), czy po prostu niekoniecznie przemawia do mnie taka pseudo- skomplikowana historia.

            • "Pachnidło"- od razu zaznaczam, że nie czytałam książki, więc mój zawód nie był podyktowany porównywaniem tych dwóch rzeczy. Z reguły jest tak, że jeśli nie kibicujemy głównemu złemu bohaterowi, to solidaryzujemy się z jego ofiarą. Niestety w przypadku tego filmu nie można powiedzieć o żadnej z tych kwestii. Morderca mimo niezwykłego daru, jest mało inteligentnym, nie wzbudzającym specjalnych odczuć w widzu człowiekiem, który nigdy nie zaznał miłości. Fabuła ciągnie się  ślimaczym tempem, a świetnie odwzorowany klimat osiemnastowiecznej Francji nie rekompensuje absurdalnej i mało realistycznej końcówki. Nawet Alan Rickman i piękne włosy Rachel Hurd-Wood nie były wstanie zmniejszyć mojego niedosytu. 

            Jane i jej koszmary


            Szczerze się przyznam- nie jestem obeznana z twórczością typu Jane Austen. Jedyne, co ostatnio udało mi się w tej kwestii nadrobić, to adaptacje książki "Dziwne losy Jane Eyre" autorstwa Charlotte Bronte. To chyba pierwsza taka sytuacja, kiedy nie zapoznałam się z literackim pierwowzorem  filmu. W dzisiejszym moim małym rozważaniu, chciałam pokrótce opisać serial BBC z 2006 roku. 
            •  Jane Eyre , to czteroodcinkowa seria przedstawiająca losy osieroconej dziewczyny, która w młodym wieku została wysłana do szkoły w Loowood,  przez żywiącą do niej nienawiść ciotkę. Mimo surowego traktowania i braku ciepła, Jane wyrasta na zdolną i inteligentną kobietę, która dzięki ogłoszeniu znajduje pracę w ponurym miejscu zwanym Thornfield Hall. Poznaje tam pana domu- Edwarda Rochestera, z którym znajduje wspólną więź. Jednak tajemnice, które wyjdą na jaw, spowodują, iż na drodze do szczęścia Jane stanie jeszcze wiele przeszkód. 
            To, co najbardziej urzekło mnie w tym serialu, to gra aktorska, klimat i muzyka. Ruth Wilson i Toby Stephens tworzą na ekranie dwoje wspaniałych postaci. Są pełnokrwiści, nie wyidealizowani, a  Ruth w roli Jane potrafi być zarówno niezbyt piękną kobietą jak i urodziwą, szczęśliwą damą. Nie jest poważną i twardą samotniczką, lecz pewną swoich racji i wzbudzającą sympatię postacią. Stephens jako Edward jest zarówno mrukliwy i posępny, jak i dowcipny i szarmancki. Ponoć jest to pierwsza  adaptacja, która tak dobrze odzwierciedla uczucia i relacje głównej pary. Bardzo polecam ;)

            niedziela, 27 listopada 2011

            Ciężkie życie gliny.

            Każdy z nas z pewnością miał kiedyś styczność z serialem opowiadającymi o pracy policji. Wśród tych zróżnicowanych propozycji, postanowiłam wybrać kilka, najciekawszych moim zdaniem filmowych perełek, które potrafię z chęcią oglądać dniami i nocami (zwłaszcza przed sesją;)). Pozwolę sobie tu przytoczyć dwa z nich. 

            Wallander- brytyjski serial oparty na książkowej serii kryminalnej Henninga Mankella. Jego główną postacią jest (grany przez Kennetha Branagha) policjant Kurt Wallander: mężczyzna w średnim wieku, borykający się z wieloma problemami rodzinnymi. Mieszka samotnie, jest w separacji i nie potrafi nawiązać bliższych relacji ze swoją córką. Na domiar złego u jego ojca pojawiają się objawy Alzheimera. Jego osobiste problemy przeplatają się razem z ciężkimi przypadkami seryjnych morderstw i świetnie ukazują problemy związane z życiem śledczego policjanta. Oprócz złożonego zaprezentowania  postaci samego Wallandera i jego motywów, którymi się kieruje, na plus należy zaliczyć tu również muzykę, krajobrazy i grę aktorską.


            Serialowy opening:





             Luther- produkcja, w której główną oś fabuły stanowią losy policjanta Johna Luthera (granego przez Idrisa Elbę). Posiada on świetną intuicję i potrafi "wejść w mózg" przestępcy. Niekonwencjonalne metody, którymi się posługuje (przyjmowane z niechęcią przez jego policyjnych partnerów), sprawiają iż często wplątuje się w kłopoty, a na szwank zostaje wystawione jego policyjne morale. Zaczyna prowadzić niebezpieczną grę z inteligentną przestępczynią Alice Morgan ( rewelacyjna Ruth Wilson),która przejawia obsesyjne zainteresowanie jego życiem i pracą.

              Serialowy opening:




                Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...