Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultowe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 maja 2012

Kara-te i kara-tamte

Za co kochamy kung-fu? Za niesamowite sceny walki i nieustanną wartką akcję? Czy może za wspaniale opowiedzianą historię mężnego wojownika, który walcząc ze swoimi słabościami pokonuje wszechobecne, wredne Zło? Sama nie wiem i nie potrafię do końca wyjaśnić, w czym tkwi magia takich produkcji (oczywiście nie wszystkie są w moim guście, ale to chyba oczywiste).


Niełatwo brać się za dzieło, które powstało w zupełnie innych czasach.Tak było w przypadku "Wejścia smoka", które zagościło ostatnio w naszej rodzimej TV. A że King Bruce Lee Karate Mistrz i, że to był wtedy taki fenomen w PRL-owskiej Polsce, to mówi samo za siebie. Owiana tajemnicą śmierć słynnego aktora, stanowi jeszcze większą zachętę, żeby zabrać się za oglądanie.

 Lee (Bruce Lee), adept klasztornych nauk Shaolin, za prośbą agencji wywiadowczej bierze udział w turnieju sztuk walki. Ma znaleźć dowody potwierdzające, że inicjator wydarzenia- Han, kręci nielegalne interesy, z prostytucją na czele. Dostaje również informacje o agentce, która zaginęła w miejscu, gdzie ma się odbyć starcie. Prócz tego Lee dowiaduje się, że jeden z czołowych  strażników Hana przyczynił się do śmierci jego siostry (czyli mamy zagwarantowaną zemstę w totalnym tego słowa znaczeniu). 

Wszędobylska muzyka lat 70- tych i klimat dalekiego wschodu stanowi bardzo sycący dodatek. Nie przeczę, że nadmierna ekspresja Bruce'a Lee podczas walki (zwłaszcza te jego "Łooo") była dość zabawna, ale muszę powiedzieć, że całą produkcję oglądało mi się z niezmiennym zaciekawieniem. Wszystko tu było sprawnie wykonane: turnieje, tajne eskapady, czy w końcu kluczowy pojedynek z lustrami (Han i te jego pazury Wolverine'a, to jest coś).  Wszystkim, którzy nie widzieli filmu, radzę zobaczyć na własne oczy, jak niegdyś wyglądały walki mistrzów.


Jeśli chodzi o animację, to w podobną stronę  poszło studio Dreamworks kręcąc  dwie części "Kung-fu Pandy" Zabrzmi to teraz dziwnie, ale jestem fanką tego cyklu. 'Dwójka' nie tylko trzyma poziom pierwszej części, ale jest wręcz dopełnieniem historii nieco niezdarnego, acz sympatycznego misia pandy o imieniu Poo. Dużo osób rozpisuje się w pozytywach na temat utworów i grafiki- wcale się nie dziwię, bo chociażby sam design Potężnej Piątki jest świetnie wykonany (Modliszka jest moim faworytem;)).

A teraz trochę fabuły. Wpierw nasz główny, czarno- biały bohater zostaje nieoczekiwanie wybrany na Smoczego Wojownika.Większość postaci ze świata kung- fu odbiera ten fakt jako pomyłkę, a mistrz Szi-fu próbuje początkowo pozbyć się niewygodnego gościa. Jednak, kiedy z więzienia wydostaje się mocarny Tai-Lung, tylko Po jest w stanie się z nim zmierzyć, ponieważ uwierzył w siebie i pokonał własne uprzedzenia.
Sequel opowiada zaś o krnąbrnym pawiu Shenie (mającym maniakalne czerwone oczyska), który za pomocą nowej,śmiercionośnej broni zamierza podbić Chiny. Okazuje się mieć coś wspólnego z przeszłością Po. Nasza panda, mimo, że poznaje wkrótce okrutną prawdę, nie tylko ją akceptuje, ale również odnajduje dzięki niej równowagę.Te wszystkie niełatwe przejścia pozwalają Po zatrzymać zaślepionego nienawiścią Shena i przywrócić pokój.
 W filmie znajduje się również dużo wątków humorystycznych, ale nie są to żadne kloaczne żarty z niskiej półki. Myślę, że na tle innych komputerowo wygenerowanych tworów dla dzieci, seria "Kung-fu Pandy" prezentuje się dość zacnie.
Rzekłabym, że motyw walki jest dość popularny w kinematografii, jednak, aby rzeczywiście móc go w pełni wykorzystać, należy dawać w nim rozsądne, mądre przesłania (których w obecnych czasach niestety brakuje).

środa, 2 maja 2012

Rebelii małej czas.

Ponad 50 lat temu nastolatkowie też mieli problemy. Niestety ówczesna  polityka filmów niespecjalnie  kwapiła się w ukazywaniu tematyki młodzieżowej. Prekursorem w tej kwestii było dzieło Nicholasa Raya, które sprawiło, że James Dean stał się ikoną ówczesnego buntu. Sama niestety kojarzę tragicznie zmarłego aktora bardziej z wizerunków zapalniczek, niż jego krótkiej filmografii. Na szczęście technologia wyszukiwania źródeł idzie do przodu, a mi udało się wreszcie obejrzeć "Buntownika bez powodu".

Wszystko zaczyna się na jednym z amerykańskich komisariatów. Trzech młodych ludzi trafia do Izby Dziecka-są to pijany niepełnoletni, przykurczony chuderlak i dziewczyna, która prawdopodobnie skądś uciekła. Łączy ich wspólny konflikt wieku dorastania, a przede wszystkim brak porozumienia ze strony najbliższych. Jim Stark (James Dean), główny bohater produkcji żyje w ciągłym świecie przeprowadzek. Nieustannie zmuszany jest do zmiany otoczenia, a do tego jego rodzice mają wyraźne problemy z dogadywaniem się. Ojciec Jima,wciąż podporządkowany matce nie umie się jej postawić, a młody chłopak odbija  tę sytuację na swoich uczniowskich relacjach (często ulega prowokacjom bo nie chce wyjść na tchórza). Gdy ma alkohol we krwi woli rozmawiać z policjantem niż chociażby z babcią, bo uważa, że wszyscy którzy rzekomo się o niego troszczą, zachowują się jak istne zoo.
Jim swojego pierwszego dnia szkoły spotyka mieszkającą w sąsiedztwie Judy (Natalie Wood), która również była tego dnia na posterunku. Ta z kolei zadaje się z szemraną paczką a la rude boy, mimo że nie jest to właściwe dlań towarzystwo. Woli jednak przesiadywać z tymi zawadiackimi stręczycielami, mając nadzieję, że dzięki temu zapomni o problemach w domu. Nie do końca wyjaśniona jest skomplikowana relacja dziewczyny z ojcem,co ma pewnie związek z wszechobecną wtedy cenzurą (zresztą nie tylko w tym przypadku). Jest jeszcze samotny Plato (Sal Mineo)- chyba najbardziej nieporadny z reszty bohaterów, który mieszka z opiekunką bez ojca i matki. Nietrudno zgadnąć, że tak smutne życie może doprowadzić owego młodzieńca do pewnych przykrych wyborów.
Losy trójki wyżej wymienionych postaci splatają się ze sobą dzięki podobnym doświadczeniom. Kiedy zaszywają się w opuszczonym budynku niezwykle znacząca wydaje się być scena w której Jim i Judy bawią się w małżeństwo, a dziewczyna wypowiada zdanie "Dzieci się nie wychowuje, na dzieci się krzyczy". Ciekawy wydaje się być również dramatyczny moment, w którym Stark chce przełamać ojca, by w końcu poparł jego sprawę i pozwolił mu się przyznać. Fakt, że z biegiem czasu niektóre fragmenty wydawać się mogą nieco przekoloryzowane, ale należy pamiętać o dacie powstania filmu i, że stanowił on istny kamień milowy dla ówczesnej kinematografii.

A teraz kilka słów o samym Deanie. Nie sądziłam, że można być tak lekkim na ekranie. W momencie, gdy u innych wyczuwa się pewną teatralność, u Jamesa tego w ogóle nie było- miało się wręcz wrażenie, że jego Jimbo jest niezwykle swojski i prawdziwy. Tą rolą aktor prawdopodobnie przewyższał swoją epokę, tak jak zrobił to Marlon Brando w "Tramwaju zwanym pożądaniem".
Jeśli interesujecie się klasyką i macie ochotę zetknąć się ze znanymi produkcjami, "Buntownik bez powodu" jest pozycją dla was..

Gangsta paradise.

Dziś będzie nieco krwawiej niż zwykle, czyli mały wpis o filmach gangsterskich. Tak się jakoś złożyło, że kultowego "Człowieka z blizną" nie dane mi było obejrzeć w całości- winię za to po części publiczną telewizję i jej genialne pomysły na godziny nadawania. W końcu udało mi się nadrobić tę jakże haniebną kwestię i postanowiłam co nieco opowiedzieć na temat słynnej produkcji lat 80-tych, która, choć nie doceniania przez krytyków, stała się dziełem niezwykle rozpoznawalnym (a Ala Pacino na stałe umieściła na piedestale sławy).

Reżyser Brian De Palma  inspirując się filmem z lat 30-stych, opowiada nam historię jednego z kubańskich emigrantów, który wyruszył do Stanów Zjednoczonych  w 1981 roku. Tony Montana (Al Pacino), należy do grupy tzw. niepokornych dupków, którzy nawet w obliczu klęski nie rezygnują z życia na całego. Już na samym początku widać, że swojego pobytu bynajmniej nie obiera w kierunku zbierania truskawek. Pyskuje przesłuchującej go policji, a żeby wyrwać się z kolebki cudzoziemców, postanawia wykonać pewne zlecenie- czyli zabójstwo. Dzięki temu znajduje posadę  u kucharza- którą od razu porzuca, gdy tylko udaje mu się wynegocjować kolejną brudną robotę. Interes w tego typu kręgach pozwala na szybki awans, więc Tony ze zwykłego kilera wyrasta w końcu na jednego z członków narkotykowego gangu  Lopeza. Oczywiście to mu nie wystarcza, a w dodatku ma chrapkę na kobietę swojego szefa (w tej roli perfekcyjnie smukła Michelle Pfeiffer). Postanawia działać na własną rękę i po jakimś czasie udaje mu się zdobyć mnóstwo udziałów. Takiego stylu życia od od początku nie akceptuje matka Tony'ego, która  próbuje chronić młodszą siostrę Montany (Mary Elizabeth Mastrantonio) od jego wpływu. Jak wiadomo chciwość i agresja nie popłaca, a Tony, choć osiąga coraz większą władzę i pieniądze, staje się nie tylko jeszcze bardziej brutalny i zgorzkniały, ale również przestaje panować nad samym sobą. W pewnym momencie wybucha, a ten wybuch może kosztować jego cały dorobek życia..

Cóż można powiedzieć więcej o tym filmie? Mnogości kultowych scen pewnie nie da się policzyć na palcu jednej ręki, a muszę powiedzieć, że oprócz wielokrotnie powielanego "Say hello to my little friend" istnieje parę innych, dobrych motywów (np. końcowa scena w basenie). Podobała mi się również elektroniczna muzyka, która na myśl przywodziła mi trochę "Mechaniczną Pomarańczę" Kubricka. Cały klimat światka przestępczego jest co prawda  inny niż w "Ojcu chrzestnym", ale doskonale charakteryzuje sportretowany, ówczesny czas: ludzie giną tu szybko, pieniędzy jest dużo, kokaina leży na stole gotowa do wciągania, a wszystko to odbywa się w rytm tanecznych utworów burzliwych lat osiemdziesiątych. Można by rzec, że główny bohater jest równie zły jak cały ten szybki biznes, który przecież dzieje się na każdym kroku.

 No cóż, "Człowiek z blizną" to jeden z tych filmów, który albo wszyscy widzieli, albo przynajmniej kojarzą. Ja w końcu mogę w pełni uznać się za jedną z jego fanek.


środa, 11 kwietnia 2012

What ever happened...

Wszystkim ceniącym stare kino, proponuję cofnąć się kilka dekad wcześniej i przejrzeć filmografię Ruth Elisabeth Davis. Znana szerszej publiczności jako Bette, stworzyła wiele wspaniałych kreacji, a jedna z nich będzie tematem mojego wpisu.

"Co się wydarzyło Baby Jane" w założeniu miał być średnio ambitnym thrillerem klasy B. Wybił się na konflikcie dwóch, nieco już wtedy zapomnianych aktorek ( Davis i Crawford), które różniły się nawet w statusie sławy. Bette Davis była bowiem wielokrotnie nagradzaną, cenioną warsztatowo osobą, zaś Joan Crawford postrzegano bardziej przez pryzmat bycia gwiazdą. Prócz tego obie panie od dawna pałały do siebie widoczną niechęcią. Do historii przeszły ich potyczki na planie, gdzie Joan wypychała kieszenie kamieniami, żeby być cięższa przy kręceniu sceny, a Bette na złość Crawford zażądała kupna automatów z coca-colą (Joan byłą wdową po szefie koncernu pepsi). Co ciekawe, ich różne osobowości idealnie wpasowały się w konwencję tego czarno-białego filmu.

Baby Jane (B.Davies) była dziecięcą gwiazdą. Życie w blasku fleszy skończyło się jednak wraz z pamięcią jej fanów. Parę lat później siostra Jane, Blanche (J.Crawford) zyskuje coraz większą popularność i  role bohaterek się odwracają. Niestety, niefortunnym zbiegiem okoliczności, Blanche ulega wypadkowi samochodowemu i musi przez to poruszać się na wózku. Wieść gminna głosi, że zdarzenie było sprawką Jane. Co naprawdę się działo nie wie nikt, a Blanche od tego czasu mieszka pod jednym dachem ze swoją zdziwaczałą siostrą, zdana na jej niełaskę. Ta, coraz bardziej tracąc kontakt z rzeczywistością, nie przestaje myśleć o zemście i zaczyna powoli torturować Blanche, która jako jedyna wie, co naprawdę zdarzyło się Baby Jane...

Akcja toczy się tu praktycznie w jednym miejscu, co nie zabiera smaczku, zwłaszcza gdy na ekranie pojawia się Davis. W roli sfiksowanej starszej pani, w dziecięcych szatach i  groteskowym makijażu, budzi zarówno przerażenie jak i politowanie. Wtóruje jej stonowana, lecz i obawiająca się o swoje życie Crawford, przez co widz otrzymuje dawkę kontrastów, która prowadzi do wybuchowej wręcz mieszanki. Bo z jednej strony mamy ochotę, by Blanche udało się w końcu uciec z tego miejsca, a z drugiej doskonale widać, jak zbyt wczesna kariera zniszczyła oszalałą na stare lata Jane.
  Na mój gust, końcowa sekwencja filmu przypomina nieco scenę z "Sunset Boulevard" Wildera. W obu dziełach mamy bowiem dwie, oderwane od świata postaci, kompletnie nie rozumiejące tragizmu sytuacji, w jakiej się znajdują.

Spotkałam się z komentarzami o nierealności niektórych scen, jednak sądzę, iż reżyser właśnie tak, a nie inaczej chciał przedstawić losy dwóch  bohaterek (czyli niekoniecznie chodziło tu o prawdziwość rodem z discovery).
      Czy mogę polecić ten film? Jeśli interesujecie się klasyką i nie rażą was lekkie niedociągnięcia, jest to produkcja na której warto się skupić.

sobota, 24 marca 2012

Kiedy nienawiść prowadzi do zła.

   Mam nadzieję, że nie tylko ja tak mam. Te słynne kultowe filmy, które wszyscy już widzieli. No właśnie. Tak się jakoś złożyło, że cierpię na przypadłość pewnego niedoinformowania, co sprawia, że czasami te nawet najbardziej znane produkcje są mi zupełnie obce. Tak również było w przypadku "Więźnia nienawiści"- filmu od dawna siedzącego w czołówce rankingu najbardziej docenianego kina (może niekoniecznie tego stricte Oskarowego, ale mniejsza).

     Pierwszym powodem, dla którego zdecydowałam się obejrzeć "American history X" był Edward Norton- aktor zaiste wszechstronny, jednak wcześniej nie udało mi się nadrobić jego filmografii na tyle, by wyrobić sobie o nim konkretną opinię ("Fight Club" i "Czerwony smok" to jednak za mało). Drugim powodem był znany z drugiej części "Terminatora" Edward Furlong- swoją drogą to ciekawe, że ktoś, kto grywał w tak popularnym hicie,skończył na szmirach typu "Kruk 4" (no taka prawda). Trzecim powodem był dość ciekawy opis fabuły.

     Wszystko zaczyna się, gdy Derek (E.Norton), amerykański neonazista, w przypływie agresji zabija dwóch czarnoskórych mężczyzn. Zostaje skazany za nieumyślne spowodowanie śmierci. Trzy lata w więziennym odosobnieniu diametralnie go zmieniają. Gdy wychodzi na wolność, postanawia odszukać swojego młodszego brata Danny'ego (E.Furlong). Ma nadzieję uratować chłopaka od idealistycznej pułapki, która jemu samemu omal nie zmarnowała życia.

  Film, za pomocą czarno- białych wspomnień, skrzętnie wprowadza nas w historię, łącząc wątki teraźniejsze z przeszłymi. Ukazuje całą genezę wcześniejszego Dereka- zatwardziałego skinnheada, nie uznającego kompromisów. Ślepo podążając za ideami, brnie w coraz większy fanatyzm, napędzany przez nienawiść (której główne podłoże miały relacje z ojcem). Obserwujemy człowieka, który źle dobrał swoje przekonania, nie mając pojęcia o tym, że jest jedynie sterowanym "pionkiem" w grze o władzę.

    Nie bez powodu narratorem filmu jest Danny. Jako drugi bohater, wprowadza nas w zdarzenia, dodając do nich swoje osobiste przemyślenia. Wyraźnie widać, jak  podziwiał Dereka i czym kierował się przystępując do tej samej organizacji ("Wierzę w śmierć, zniszczenie, chaos, brud i chciwość"). Kiedy przez złamanie regulaminu, zostaje zmuszony do napisania wypracowania o swoim bracie, dowiadujemy się więcej nie tylko o Dereku, ale i o samym Dannym. To on może mieć jeszcze szansę na zmianę. Tylko,czy Derek zdąży na czas?

  "Więzień" nie tylko stanowi przestrogę dla nietolerancji rasowej. Ukazuje przemianę człowieka i to,co nim kieruje, gdy nie zgadza się ze światem. Złe emocje nie powinny stanowić podstawy do naszych moralnych wyborów. Uważam, że jest to nie tylko dobry film, ale również ważne przesłanie dla tych, którzy poszukują własnej drogi. 

Ps. Po raz kolejny uwaga na opis na filmwebie (dla tych co nie widzieli),no chyba, że nie lubicie być zaskakiwani :).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...