Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2013

Meet the Slayers

Czyli fantasy w natarciu, a ja się nie znam na anime.
Od lewej: Zelgadis, Lina, Amelia i Gourry. 
Dawno temu, w mistycznej krainie, żyła czarodziejka imieniem Lina Inverse. Nie stroniła od mocnego trunku, a swój czas spędzała walcząc z oprawcami. Jednak, prócz hobbistycznego niesienia pomocy mieszkańcom (skutkującego opłakanymi rezultatami), Linie zdarzało się dorabiać na boku- wszak złoto piechotą nie chodzi, a Linie daleko do nieskazitelnej wybawczyni. Pech chciał, że tym razem Inverse skradła coś, co przysporzy jej multum kłopotów- i nie mówię tu o gadającej rybie, czy też mumii-prześladowcy…
 
Ale, nim do tego dojdziemy, przybliżę kawałek fabuły. Po udanych łowach, w środku lasu Lina spotyka Gourry’ego Gabrieva- aspirującego szermierza o słabej koncentracji. Ten rosły młodzieniec szuka damy do obrony, a los chciał, że trafił akurat na Linę (tak to jest, kiedy śledzi cię banda złodziei).  Nasza bohaterka świetnie bawi się w scenie ratunku, zaś Gourry nieopatrznie bierze ją za… dziecko. I choć wszystko zakrawa na tani chwyt komediowy, Gourry i Lina względnie się polubią [wcale nie chodzi o jego Miecz Światła] ruszając do Atlas City-co rzecz jasna jest zalążkiem sagi „Slayers”.
Tam właśnie szacowna dwójka krzyżuje swe drogi z  Zelgadisem. Ów jegomość składa Inverse propozycję: chce odkupić przedmiot, który wszedł w jej posiadanie. Jednak Lina celowo odmawia dokonania transakcji, czując, że chodzi  o potężną magię. Do kwestii wmiesza się kapłan Rezo- jeden z mędrców, o którym dawno  słuch zaginął. Zdaniem Rezo Zel za pomocą posążka (który ma Lina) chce zbudzić demona Shabranigdo, co zakrawa na Apokalipsę. Wszystko to pachnie bardzo podejrzanie-i zresztą nic dziwnego. Bo pozory mylą, a ci, którzy zdają się kryształowi, skrywają w sobie szemrane intencje (albo raczej moce).
 
Do grona osobliwości zaliczyć można Amelię Seyruun- księżniczkę, marząca o fachu wojowniczki. Amelia kocha sprawiedliwość w mocnym słowa znaczeniu, co oczywiście rodzi konflikt między nią a Liną- wszak trudno wyobrazić sobie Inverse w roli Usagi Tsukino (podniosłe frazy są domeną Amelii, co momentami wypada komicznie: zwłaszcza kiedy ‘psuje’ akrobacje odstawiane przed złoczyńcami). Ona też staje się członkinią ‘Slayers’, dopełniając to dość oryginalne towarzystwo.  

   Niesamowite zwroty zdarzeń spowodują, iż Lina, Gourry i Zel zmierzą się  z grozą nie z tej Ziemi, a wraz z Amelią stoczą [epicką] bitwę w mieście Sairaag. Tutaj poznamy Sylphiel- uroczą, acz nie bezbronną kapłankę, podkochującą się w Gourry’m (który niczego się nie domyśla). 

    W „Slayers” poza zabawną otoczką, odnajdziemy pojedyncze dramaty bohaterów. Zelgadis, żyjąc w ciele golema-demona, czuje się oszukany i samotny [przyznaję, że wyszło dość Emo]. Wszak nawet zachłanna Lina żywiła doń pewną niechęć/rezerwę. Co uważniejsi wychwycą, że w oschły sposób traktuje[ludzkie] uczucia i pewnie nie raz działał poza prawem.  Zel w tej części wydaje się  najbardziej rozbudowaną [charakterologicznie] postacią, choć motywacja Rezo też pozostaje w pamięci. Kapłan obdarzony mocą uzdrawiania, nie mógł (o ironio) przywrócić wzroku sobie- co skutkowało niewłaściwymi decyzjami, niszczącymi Rezo oraz… zresztą, co ja będę zdradzać.
MW słyną  z bycia mieszaniną gatunków. Jest  i komedia i tragedia, trochę groteski, a przede wszystkim klimat rodem z „Indiany Jones’a”. Owszem, jak to z anime bywa, zdarzają się przerysowane sytuacje: kopniaki, nokauty, kompulsywne pożeranie kurczaków- choć na szczęście dzieją się z odpowiednim balansem. Ważną rzeczą są też umiejętności naszej heroiny. Posługuje się magią, ba, czarną magią- a choć ofensywną, to i diablo trudną, mogącą spowodować rozdarcie wszechświata (giga smok i ostrze stosowane w ostateczności, osłabiają Inverse do granic możliwości). Nie ma więc łatwych rozwiązań w dokonywaniu wyborów, zwłaszcza gdy mówimy o Linie Inverse. Mimo wad nie da się tej [rudej] pannicy tak po prostu znielubić, bo w moim odczuciu to całkiem udana bohaterka- spajająca resztę grupy swym barwnym jestestwem.   
Jak można nie lubić Xellosa?

A, ponieważ darzę autentycznym sentymentem* „Magicznych wojowników”, szybko pochłonęłam drugi sezon, z podtytułem „Next”. 
Co zatem dzieje się w Next? Zelgadis, szukając Księgi Proroctw wplątuje Linę w wir wydarzeń, które znów tyczyć się będą losów świata. Jednak nie ma zabawy bez dodatkowej zagwozdki- w postaci znikającego Don Pedro. On też pragnie odnaleźć Księgę Proroctw, z marszu wprowadzając zamęt w naszej paczce. Wszak Xellos- bo o nim mowa, nie wygląda na śmiertelnika, a przy tym ma dość irytującą manierę  (jego ulubiony tekst to: ‘To tajemnica’).

Slayersi sami w sobie mogą wydawać się niedopasowani. Lina jest egocentryczna, zbyt pewna siebie i prowokuje kłopoty. Gourry nie grzeszy inteligencją, a jego brak obeznania często prowadzi do konsternacji- nawet u wroga. Amelia, choć nie jest królową konfliktu, bywa infantylna, oraz koloryzuje sytuacje. Zelgadis zaś izoluje się raz po raz, wybierając stronę, która da mu więcej możliwości (na zdjęcie zaklęcia). Mimo to, w sytuacjach podbramkowych  wszyscy mocno się wspierają, zarówno na polu bitwy jak i podczas obiadu-choć z tym to akurat różnie bywa.
Za moment oprócz wesołego Xellosa (przymknięte źrenice = znak rozpoznawczy), problemem okaże się klonowanie, fioletowe plazmy, a także księżniczka Martina- nieudolnie próbująca zemścić się na Linie (ta znowuż ćwiczy demoniczny śmiech). Ale nic to w porównaniu do stwora tygodnia- czy raczej sequela, który zwie się Gaav. Pech chciał, że Slayersi [tym razem] nie radzą sobie z przydupasami poplecznikami Gaava- zatem starcie okaże się trudniejsze, niż można przypuszczać.
Tym bardziej, że (i tu cienkie fanfary w tle), za wszystkim stoi porażający osobnik z zaświatów. Zakończenie jest więc emocjonującą beczką ckliwych utworów- co wcale nie znaczy, że nie uroniłam łezki. „Slayers Next” można więc pochwalić za świat przedstawiony, dynamikę, a zwłaszcza  nakreślone postaci: zarówno protagonistów, jak i antagonistów.
Valgaav we własnej osobie.
Co do „Try”, czyli trzeciej odsłony serii, z początku miałam mieszane uczucia-  o ile pamiętam, nie porwała mnie tak jak poprzednik.  
    Bariera dzieląca krainę potworów i ludzi została naruszona, skutkując narastającą paniką i wezwaniem… Liny Inverse. Z tą prośbą zwraca się  smoczyca Filia, twierdząc, że Inverse jest kluczem do zniesienia zagłady (nieważne, że była ostatnią kandydatką). Za chwilę też bohaterowie poznają  main villain’a czyli Valgaava- eks sługę czerwonego Gaava. Do całości wmiesza się [jak zwykle] wścibski Xellos, niepokojąc się celem Valgaava (albo tym, kto mu pomaga).
     W „Try” punkt ciężkości przeniesiono na świat bytów wyższych. Więc uwierzcie mi- będzie patetyczniej, niż zwykle. W serii przewiną się [zatem] bogowie, potwory, smoki, no i oczywiście ludzie. Którzy- wbrew (obiegowej) opinii, nie są tak nieistotnymi drobinkami we wszechświecie. Plot twisty odwrócą postrzeganie charakterów, nabijając naiwnego widza w butelkę. Okaże się, że zacietrzewiony wróg Liny jest postacią tragiczną- cierpiącą z powodu starożytnego pochodzenia. Trudno momentami nie współczuć Valgaavowi, co otrzymał moc smoka-potwora [nie znoszących się ras] wbrew sobie.
Niezmiernie zaskoczył mnie odbiór tej części. Problematykę sił zła i dobra, rozbudowano do autentycznych realiów, sugerując wszechobecną hipokryzję. Mimo to, z serii wysuwa się  i pozytywny przekaz: można zasłużyć na drugą szansę, nawet jeśli żywi się [uzasadnioną] nienawiść.
Mydlić oczu nie będę-niektórym „Slayersi” mogą w ogóle nie przypaść do gustu. ‘Wojownicy’ to moje rysunkowe „Sleepy Hollow”: łączą tę porcję fandomowego pisku, który jest niezrozumiały dla postronnych- i w dodatku posiadają kilogramy kiczu. W którym nawiasem mówiąc im do twarzy.  

*Oglądało się w wieku dwunastu, trzynastu lat w telewizji.


sobota, 1 czerwca 2013

Hurtowo. Skrótowo.

   Przed państwem kolejny telegraficzny skrót mych cudownych refleksji o ruchomych obrazkach. Chciałam notkę troszeczkę inaczej zmontować, ale w tej chwili postanowiłam skupić się na tak zwanych 'zapychaczach'. W planach mam reedycję serii "X-men:ewolucja" i "Batmana Beyond", choć być może będą to po prostu rzeczy odkopane z lamusa, w których konfrontuję swoje wcześniejsze odczucia z obecnymi [chciałam zagrać w pierwszą część "Still life" ale poszła się...gonić].

"Wróg numer jeden" (aka: "Zero Dark Thirty"; aka: ciemno jak w... i tak dalej)- od tej produkcji coś bardzo niedobrego stało się z moim pisaniem. O ile wcześniej mogłam zasłaniać się brakiem praktyki, o tyle teraz brakowało mi dosłownie powera na jakąkolwiek rozpiskę. Nie tego spodziewałam się po kreacji nagrodzonej Złotym Globem, bo jestem widzem płytkim, który lubi gdy coś- albo raczej ktoś mu się w tle wyróżnia. Owszem- Chastain miała swoje przebłyski geniuszu, powiedziała nawet [uwaga: brzydkie słowo] 'motherfucker', ale to za mało, żebym ją mocno zapamiętała. Faktycznie nie jest łatwo wcielić się w agentkę wywiadu, która po pierwsze bardziej od bycia cool woli skupić się na złapaniu przywódcy Al-Kaidy, a po drugie jest jak większość swoich znajomych z branży i ceni sobie anonimowość. To co podobało mi się w pierwszych minutach filmu, to scena przesłuchania: kompletnie wyzuta z amerykańskiego idealizmu, jakoby tylko islamscy ekstremiści stosowali ciężkie tortury. W tym momencie faktycznie wydawało się, że tytuł uderza w najcięższą strunę, no ale później film rozchełstał się przy akcji poszukiwań i nieustannego błądzenia we mgle. Pewnie gdyby mocniej skupiono się na roszczeniowej postawie Mayi (słusznie zresztą sugerującej swojemu przełożonemu, że zbyt długo zwlekają z działaniem) moja opinia byłaby dużo bardziej entuzjastyczna. A tak mamy li i jedynie dopracowaną technicznie produkcję, która choć kiepska nie jest, do dzieła bardzo dobrego się nie umywa.

"Django"- zacznę od standardowego narzekania, czyli dlaczego Leonardo DiCaprio został tak spektakularnie olany? Tarantino jest mi kompletnie obojętny, nie mam z nim że tak powiem psychologicznego problemu, ale daleko tej produkcji do szanownych bękartów z II Wojny. Choć pierwsza połowa "Django" jest naprawdę wciągająca- a ja względnie rozumiałam, czemu Akademia ulubiła sobie akurat Waltza [wiedeńskiego], później jest trochę gorzej. Może bardziej chodziło o osobiste oczekiwana-bo co by nie mówić, mimo prawie 3 godzinnej projekcji, dałam radę wytrzymać bez spazmów narzekań. Najbardziej wryła mi się w pamięć postać Candy'ego, która- gdy tylko poczuła nosem kant, odsłaniała swe prawdziwe oblicze nieprzewidywalnego szaleńca, nie dającego sobie w kaszę dmuchać. Di Caprio przekazał to wszystko z idealną dozą manieryzmu, porażającą w odpowiednich momentach swą naturalnością-tak, że jego młotek figuruje już jako atrybut kultowy tej postaci. Dalej: Samuel L.Jackson. Wreszcie mógł się wykazać, bo od jakiegoś czasu bardziej kojarzy mi się z produkcjami typu "Węże w samolocie". Jaka szkoda, że tak mało o tych panach było głośno, bo poza ciekawym scenariuszem i mocnym flirtem z produkcjami Sergia Leone, nie powalił mnie akurat ten aktor, co [według znawców] powinien. Muzyka, owszem-była dość nowatorska, ale to nie są moje klimaty, więc powstrzymam się od komentarza.

"Dragon Ball Z: Bardock-Ojciec Goku" - 47 minut czystej fanowskiej przyjemności w dodatku na bardzo zacnym poziomie, nawiązującej do uprzedniej serii o Super Saiyanach. Zanim Freezer zaczął mieszać w kręgach naszych spokojnych Ziemian, podróżował po kosmosie zdobywając-a właściwie niszcząc poszczególne planety. Cieszę się, że wzięłam się akurat za tę wersję, bo rozjaśniła moje wątpliwości co do postaci samego Vegety. Bowiem będąc dużo młodsza nie rozumiałam czemu tyle osób tak bardzo lubi tego egocentrycznego dupka z megalomańskimi zapędami. Jednak kiedy trochę dorosłam zdałam sobie sprawę z pewnych oczywistych oczywistości. Wszak Vegeta to był kiedyś książę Saiyan, od początku wydawał się najsilniejszy wśród młodzików, a Goku wykazywał na tyle niski poziom mocy, że postanowiono go odesłać na Ziemię. Jako jeden z niewielu ocalałych, martyrologicznych [przesadzam, wiem] prawie postaci, Vegeta czuł się w obowiązku pomszczenia rodu i dorwania tego, kto wyniszczył jego wszechpotężną rasę. I tu waśnie jest, że tak powiem pies pogrzebany-> bo powyższy epizod nie tylko nawiązuje do sytuacji, której gwoździem programu był  Freezer, ale również opowiada o ojcu Son Goku, czyli Bardocku. Wiedzie on żywot kogoś na kształt wysłannika Freezera i  podbija kolejne krainy,  na tym spędzając swój każdy dzień. Problem pojawia się wtedy, gdy Bardock odkrywa zamysł jego nieformalnego władcy: Freezer, czując zagrożenie ze strony Saiyan postanawia pozbyć się większości, aby nie stanęli mu na drodze. Dla każdego fana DB jest to raczej pozycja obowiązkowa, bo przynajmniej zachowuje jakąś klasę, w porównaniu z dużo słabszą serią GT.

"Iron Man 3"- żył sobie kiedyś pewien niebieski człowieczek, który mieszkał w wielkim niebieskim domu. Wydawać się mogło, że osiągnął wszystko, że ma wszystko i nic już nie może mu zagrażać. Błąd koronny naszego bohatera to zepchnięcie dawnych dziejów-a właściwie przeszłości, która jakimś cudem zacznie się dobijać do jego tytanowych drzwi (albo raczej żelaznych). Tyle, że tym razem fabuła nie będzie utrzymana w tonacji weltschmerzu Chtistophera Nolana, lecz uniwersum Marvela. Tak jest moi drodzy-o tej właśnie produkcji będzie dziś mowa. "I am Iron Man"-rzekł niegdyś Tony Stark i od tego czasu jego życie zaczęło się diametralnie zmieniać. A czy na lepsze czy na gorsze- na to również zamierza nam odpowiedzieć trzecia część kasowego cyklu.
    Dzięki bogu, że ten film jest tak daleki od sequela-bo wierzcie lub nie, ale obawiałam się, że twórcy pójdą w tą samą stronę i znów rozbiją film na niezamierzone partie. Tym razem akcja jest wyważona tam gdzie trzeba, a [konieczne] wolniejsze elementy spajają całą fabułę, by móc przedstawić naszego bohatera z różnych perspektyw: super kozaka i człowieka poniekąd pokonanego, który musi z powrotem odbudować coś na nowo. Na kolejne dobre słowo zasługuje mr Guy Perace i jego przeraźliwa szczęka, która mogłaby wejść do kanonu najbardziej charakterystycznych złoczyńców. Możecie się ze mną zgodzić lub nie, ale Pearce jest cholernie dobry w kreowaniu psycho-killerów. Już raz udowodnił to w "Gangsterze", gdzie miałam ochotę go udusić. Nie inaczej dzieje się w "Iron Manie 3", choć tu wyskakuje trochę jak Filip z konopi. Czy to źle? Raczej nie sądzę, choć słyszałam (rozczarowane) opinie ludzi wychodzących z kina, którzy dywagowali na temat braku głównego przeciwnika. Cóż, jak to mówią są gusta i guściki. Ben Kingsley to jest klasa sama w sobie i nie zamierzam dodawać nic nowego odnośnie re-interpretacji postaci Mandaryna będącego wystylizowanego na kolejnego 'złego Araba'. Chociaż [i tutaj może być SPOILER] jego demaskacja przywodziła na myśl te straszne filmy, w których wszystko, co wydawało się bohaterowi rzeczywiste okazało się tylko snem. Ale ogólnie produkcja jest jak najbardziej udana. Robert Downey Jr kicks ass.

"Crazy, stupid, love"- przyjemna obyczajówka, która ma ogromny atut w postaci aktorskiej obsady i całkiem zgrabnej reżyserki. Choć Ryan Gosling figuruje w moim zestawieniu jako obojętny, po raz kolejny udowodnił, że nie bez kozery tak często angażują go w filmach (a to, że mam tego po dziurki w nosie to już inna sprawa). Emma Stone jest rewelacyjna w tego typu produkcjach i wygląda na to, że dużo łatwiej obnaża swój talent w dziełach [teoretycznie] nieambitnych, niż chociażby w  takich "Służących".  Do tego mamy jeszcze Steve'a Carrela, świetnego w niejakim "The Office", no i Julianne Moore-kobiety, której nikomu przedstawiać nie trzeba. Mimo mego wyraźnego sceptycyzmu, podczas seansu czułam się po prostu przyjemnie i śmiem zauważyć, że jest to jedna z niewielu współczesnych produkcji będąca udaną komedio-dramą odnośnie pojęcia związków. Oczywiście Amerykanie wpleść musieli niepotrzebny patos w jednej z końcowych scen-przez co dzieło nie zachowuje oryginalności, ale oryginalne jest to, że można się pośmiać i zadumać bez cienia żenady [i chęci zmiany filmu]. Podoba mi się też fakt, że tym razem to mężczyzna stoi w trudnej do rozwiązania sytuacji, a także komediowe twisty, które całkiem sprytnie zostały rozwiązanie w punkcie kulminacyjnym. "Crazy, stupid, love" polecam na jeden z tych wieczorów, w których liczycie na dobrą rozrywkę podaną we właściwych proporcjach.

"Burning Man"- czyli mężczyzna, który w pierwszych minutach filmu przywodzi na myśl jednego z bohaterów Steve'a McQueena (niejakiego 'wstydliwego' Brandona). Nie wiemy czemu tak często korzysta z okazyjnych spotkań z kobietami, nie wiemy co mu leży na wątrobie, ale chcemy go poznać i na szczęście [z początku] ten stan się nie zmienia. Ta produkcja to dramat czystej wody, poprzetykany retrospekcjami w formie kilku obrazów i scenek, bardzo podobnych do takiego "Memento". Minuta po minucie odkrywamy wnętrze Toma, który niczym Żywa Pochodnia z Fantastycznej Czwórki pragnie pokonać swój palący problem, będący podany w 1/3 dzieła. I to jest chyba największy kłopot tej produkcji, bo w pewnym momencie troszeczkę zjada swój ogon, znów bazując na ówczesnym technicznym zamyśle z fragmentami. Jest to niekiedy zbyt dosłowne, ale da się to przełknąć, bo na szczęście Matthew Goode dobrze sprawdza się jako pierwszoplanowa postać z [niemałymi] rozterkami. Ma on nie tylko wyraźne toksyczne podejście do przygodnego seksu, ale też nie radzi sobie z relacjami z synem- które z dnia na dzień okazują się coraz gorsze. Tylko czy zawsze tak było, czy może coś konkretnego spowodowało, że Tomowi ciężko jest wrócić do świata żywych? No i przede wszystkim czy jest jakaś szansa na to, że uda mu się pokonać swoje demony? Film ten z pewnością nie jest dla wszystkich, ale go polecam dla co bardziej wrażliwych odbiorców i entuzjastów tego typu kina.

wtorek, 8 stycznia 2013

Marzenia ściętej głowy- część kolejna.

 Pamiętacie taki wpis, z którego mniej więcej wychodziło moje uwielbienie do "Batman Beyond"? Postanowiłam kontynuować te dziwne pomysły, poczynając od tego, co mi najmocniej świta.

1. Królowa Śniegu- to w końcu Disney bierze się za filmowanie, czy nie? W każdym razie, zaliczam tę baśń do grona ulubionych. Jako dziecię z maniakalną wręcz dokładnością przeglądałam obrazki w książce, uruchamiając swoje [małe] pokłady wyobraźni. Bo wygląd Królowej, jej szaty i charakter, zawsze robiły na mnie wrażenie. Ale, żeby nie wyjść na estetkę, dodam, że historia Kaya i Gerdy stanowi dla mnie pewien moralitet. Bo oto pod otoczką (dość wartkiej) opowieści, można odnaleźć zakorzenione przesłanie. Jest ona, Gerda, kobieta odważna, ruszająca w pościg za zaślepionym Kayem. Kay to (chyba) odpowiednik przesadnego perfekcjonisty, zakochanego w wizerunku idealnym, wręcz nieistniejącym. Bo oto woli zachwycać się regularnością płatków śniegu, niż czymś ludzkim/przyziemnym. Jest suchym racjonalistą, ale też człowiekiem pozbawionym prawdziwego uczucia. Z powodu 'odłamków' ma się rozumieć. No i tu do akcji wkracza Gerda, która z totalnym poświęceniem ratuje schowane gdzieś serce Kaya. I wiecie co? Wcale by mi nie przeszkadzało, gdyby tę bajkę podzielono na kilka części, tworząc iście epicką fabułę, osadzoną gdzieś w mroźnych, skalistych klimatach. I jeszcze jedna sprawa. Fajnie by było, gdyby Gerda nosiła wieeelki, prześliczny warkocz. I w trakcie ucieczki przez las, ten warkocz musiałaby odciąć. Ale nie z miną Heleny w stylu 'muszę do wychodka'. Tylko wiecie. Z pełnym jajem.

 2. "Hellsing"- choć przenoszenie mangi na ekran zwykle kończy się dziwnie, miałabym ogromną ochotę zobaczyć pełnokrwistych aktorów. Długo zastanawiałam się, kogo by tu obsadzić w rolach głównych i ostatnio przyszło mi coś do głowy. Skoro rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii, niegłupim pomysłem byłoby dobranie brytyjskiej obsady. Oczywiście nie we  wszystkich przypadkach, ale postać Alucarda to takie minimum. No i tym właśnie sposobem, przechodzimy do sprawy zasadniczej: kto mógłby zagrać Alucarda? Ja wiem, że pewnie ktoś pomyśli, żem nie rozgarnięta, ale cały ten szał związany z promocją pewnego filmu, dał mi do zrozumienia, ze kandydat może być tylko jeden. Dlaczego? No cóż po pierwsze fizyczne podobieństwo, wzrost, postura i ziejący mroczny wygląd, który przekonałby widza, że bohater przeżył więcej niż 100 lat. I bynajmniej nie oznaczałoby to prezentowania problemów gastrycznych ("Zmierzch"). Nie pogardziłabym też mocnymi scenami. Się rozmarzyłam.

3. Biografie znanych gwiazd- zapewne teraz ziewacie słysząc ów oklepany frazes, ale śpieszę donieść, że mam na myśli dwie,(a właściwie trzy) opowieści, o starych dobrych czasach Hollywood. No wiecie: Vivien Leigh i Laurence Olivier, Greta Garbo, czy nawet Pola Negri. Ale ostatnie zadanie byłoby utrudnione, zważywszy, że w przypadku rodzimych produkcji, idea rekonstrukcji losów słynnej Polki, przeszłaby z mało szlachetnym echem. Chociaż kto wie, wszystko zależy od realizacji. I obsady. Także błagam: żadnych przereklamowanych nazwisk.

  4. Syberia- widzicie to? Wynalazki, śnieg, śnieg i wynalazki. I cudowne krajobrazy wzięte z czyjegoś mózgu. To by było tak ładne, że pewnie bałabym się w tym uczestniczyć. A tak na poważnie, to uważam, że mogliby częściej wymyślać coś niekoniecznie z tej ziemi. Prawdopodobnie się powtarzam, ale mówi się trudno. No i mamuty w wersji nie rysunkowej- to by było dość ciekawe. Podoba mi się, gdy mamy bohatera/bohaterkę, gdzieś tam sobie egzystujących, którzy nagle zmuszeni są przestawić swój biologiczny zegar o 180 stopni. By odnaleźć w sobie wewnętrznego marzyciela rzecz jasna.

Wiem, że za dużo tego nie jest, ale nikogo już chyba nie zdziwi, że nie mogłam się powstrzymać. A i jeszcze jedna sprawa: w podstawówce grałam w polską wersję językową [nikogo innego jak właśnie] "Królowej Śniegu". I tak sobie myślę, że ten motyw mnie jednak prześladuje.


piątek, 5 października 2012

Jedzenie dobre na wszystko.

Posiłek, przekąska, czy też inaczej żarcie jest nieodłącznym elementem naszej codziennej egzystencji. I tak jak w przypadku przeciętnego Mostowiaka (zbieżność nazwiska z pewnym serialem jest zupełnie przypadkowa), tak również i na ekranie te cudowne wspomagacze energii pełnią ważną funkcję dla niektórych produkcji.

1. "Miss Agent"- Gracie Hart to nie tylko bezkompromisowa tajniaczka, ale również fanka mrożonych słodyczy. W scenie gdy lekko zdołowana Sandra Bullock idzie do baru, prosząc o dawkę pewnego specyfiku, jesteśmy przekonani, że zamierza sobie wylać za kołnierz. Tymczasem obsługujący ją pan wyjmuje nic innego, jak obszerny pojemnik na lody. Prócz tego Hart jest zdecydowaną entuzjastką pizzy, co dość humorystycznie przedstawia scena z łakomymi koleżankami z branży. I tak, mimo, że cała postać teoretycznie nieatrakcyjnej (mówię teoretycznie, bo Sandra Bullock nawet w charakteryzacji brzydka nie jest) Gracie być może nie należy do najlepszych kreacji kinowych, to "Miss Agent" świetnie mi się ogląda dla zwyczajnego relaksu.

2. "Dziennik Bridget Jones"- zakręcona angielka lubi zarówno dobre papierosy, jak i wieczorne spotkania ze szklanką wódki. Do tego potrzebuje również nastrojowej muzyki, no i oczywiście trochę jedzenia. Choć w filmie specjalnie nie podkreślono zamiłowania Bridget do posiłków, to jednak na takie zapędy wskazuje chociażby scena z zeskrobywaniem pleśni z sera (będącego bodajże jedyną dostępna przekąską w lodówce). Oczywiście  kompleksy bohaterki zostały zinterpretowane troszeczkę zbyt dosłownie, ale nie zmienia to faktu, że nadal sympatyzuję z tym tytułem.

3. "Legalna Blondynka"- kiedy różowa Elle Woods zostaje rzucona przez snobistycznego Alarica, ee to znaczy Warnera, postanawia urządzić sobie z lekka dobijający maraton filmowy i zajada przy tym czekoladki (w dodatku są one w kształcie serduszka). Czekolada to moim zdaniem jedna z najlepszych recept na zły humor, bo po pierwsze zawiera hormony szczęścia, a po drugie jest świetnym dodatkiem do bez cukrowej kawy.

4. "Dziewczyny"- tu chodzi oczywiście o Hannę, która nie ukrywa, że lubi sobie zwyczajnie podjadać. Postać grana przez Lenę Dunham jest jedną z tych bardziej realistycznych, bo o wiele częściej widuje się kobiety o jej posturze niż np. takiej Anji Rubik. W serialu wielokrotnie wspominanie jest, że Hanna zmaga się z problemem lekkiej nadwagi (a ja osobiście lubię jej ciekawe przemyślenia).

5. "The Big Bang Theory"- kiedy urocza sąsiadka dwóch naukowców imieniem Penny wkręca się wirtualny świat gier, nie tylko chodzi zaniedbana jak zaspany student, ale również myszkuje we włosach kawałki czipsów. Ogólnie rzec biorąc to przepadam za takim portretem nieco zdezelowanej dziewczyny, bo  miewam czasem nastroje pt. wolę se posiedzieć w dresiku.

6. "Dragon Ball"- już wiem na kim wzorował się Robert Burneika. Otóż jak dobrze wiemy, żeby mieć siłę, potrzebna jest również masa. Tak więc bohaterowie Akiry Toriyamy wchłaniają wszystkie dania na potęgę, a największymi łakomczuchami są oczywiście Sayianie. Żeby nie było, iż funkcja takiego jedzenia nie ma tu wartości wznioślejszych- po posiłku Goku i jego paczka czuje się o wiele szczęśliwszy i masuje swój napełniony brzuch niczym niegroźna panda.



czwartek, 26 kwietnia 2012

Najbardziej irytujący bohaterowie?

Dziś będzie jeden z moich ulubionych tematów. Ponieważ lubię sobie czasem ponarzekać (a to nowość), postanowiłam podzielić się moimi refleksjami na temat kilku serialowych/animacyjnych produkcji, w których brak pewnych postaci wcale by mi nie przeszkadzał (bądź scenariuszowo zostali bardzo skrzywdzeni).


Elena Gilbert- najlepsze na początek;] Chyba niektórzy amerykańscy producenci wychodzą z założenia, że jak bohater pozytywny to musi być nudny, wiecznie zamulony i posiadać praktycznie jeden wyraz twarzy przez cały odcinek. Trudno powiedzieć, czy wszystkiemu winna jest gra Niny Dobrev- która z pewnością miała na celu skontrastowanie postaci zwykłej dziewczyny z przedmieścia z pewną siebie Katherine, ale ja tego niestety nie kupuję. Jej zachowanie również daje wiele do życzenia- i nie dlatego, że działa jak każdy z nas pod jakimś tam impulsem, ale po prostu miałam wrażenie, że wszystko zawsze musiało obrócić się na jej korzyść kosztem Damona. Czasem naprawdę miałam ochotę wyłączyć "Pamiętniki".




Tara- krzykliwa, wtrącająca się w nieswoje sprawy, doświadczona życiowo bohaterka "Czystej Krwi", która wielokrotnie działała mi na nerwy. O ile w pierwszym sezonie dało się ją jeszcze oglądać, to już w kolejnych częściach jej postać służy najczęściej jako tzw. zapychacz czasu i nie wnosi nic nowego do fabuły. Jakoś nie żal mi tego, co stało się z nią pod koniec ostatniego epizodu czwartej serii..



Shinji Ikari (NGE)- ja rozumiem, że jak autor ma depresję, to musi swoje dołujące rozważania przenosić na twórczość (ta jest akurat baardzo specyficzna). Ale kiedy tak negatywnymi cechami charakteru obdarza się dorastającego nastolatka, naprawdę ciężko jest to znosić przez resztę seansu. Wszechobecna obojętność Shinjiego po części przeraża- zwłaszcza gdy w tak młodym wieku odpowiada się za  losy całej ludzkości.



Joffrey Lannister- rozpieszczony synalek mamusi z megalomańskimi zapędami (pomijam fakt, że niezły z niego tchórz). W dodatku jest socjopatą i maniakiem wymierzania kar wedle dziwacznych upodobań. Wnoszę o jego rychłą śmierć w "Grze o tron".



Marion z "Robin Hooda" (2006)- tu najwyraźniej nie wiedziano jak  poprowadzić jej postać, w dodatku cały serial jest robiony trochę na odwal się (więc ma się wrażenie, że prócz komediowych elementów nie ma tam nic ciekawego). Postać wyżej wymienionej bohaterki,  być może miała stwarzać pozory silnej i niezależnej, ale jak dla mnie średnio się to udało.



      A Wy, też macie takich delikwentów?



czwartek, 29 marca 2012

O Persocomach słów kilka.

    Jak większość fanów anime, swoją przygodę z hobby zaczynałam od słynnej "Czarodziejki z Księżyca" i "Dragon Balla" (dziecięciem będąc nie raz oglądałam Kosmicznych Wojowników). Dzięki stacji Rtl7 miałam okazję poznać najciekawsze propozycje z Kraju Kwitnącej Wiśni. Wśród nich przewinęły się również dzieła zespołu CLAMP, których postacie charakteryzują się szczegółowo dopracowaną kreską. Nie mam zwyczaju zatrzymywać się na jednym tytule,więc niedawno zwróciłam uwagę na inną produkcję spod ręki owych mangaczek, o nazwie "Chobits".

     Seria TV to 26-odcinkowa opowieść o sympatycznym, acz nieco pechowym młodzieńcu Hidekim Motosuwie. Spotykamy go, gdy oblewa egzamin na studia. Mimo to nie załamuje się i postanawia wyruszyć do Tokio, by podjąć pracę i odbyć kurs przygotowawczy. Stolica Japonii nie wydaje się jednak być taka, jak kiedyś. Anime to prezentuje bowiem nieco odmienną wizję świata, gdzie ludzie posiadają swoje własne, humanoidalne roboty zwane persocomami. Nie są to byle jakie roboty- wyglądają ładniej niż przeciętni ludzie, posiadają ogromną wiedzę i wykonują polecenia swoich właścicieli z ochoczą radością. 
Nie trzeba się domyślać, że nasz bohater również ma chrapkę na takie innowacyjne udogodnienie (brak gotówki mu na to niestety nie pozwala). Dziwny trafem, jednego z takich persocomów znajduje przypadkiem na śmietniku.
Pech chciał,że owa ślicznotka (bo to oczywiście musi być kobieta) nie potrafi wymówić żadnego słowa, prócz krótkiego "Chii". Hideki nadaje jej więc takie imię. Z pomocą sąsiada Shinbo, zgłębia wiedzę na temat swojej nowej towarzyszki, która wyglądem przypomina legendarnych Chobitsów. Są to pierwsze, oryginalne prototypy persocomów, które w odróżnieniu od innych robotów posiadają autentyczne uczucia. Między Motosuwą, a blondwłosą Chii nawiązuje się przyjaźń, która z biegiem czasu przeradza się w coś więcej.

   Historia zawiera mnóstwo humorystycznych wątków, dzięki czemu poruszona problematyka nie jest ani zbyt naiwna, ani za poważna. Jest to nie tylko opowieść o miłości, ale także swoisty dramat mieszkańców. Żyjąc z wykreowaną imitacją, zatracają się w doskonałości i zapominają o prawdziwym świecie. Pada również stwierdzenie, że " nie potrafią rozmawiać ze sobą tak, jak kiedyś". Takie ostrzeżenie nie jest  jednak jedynym przesłaniem serii: ukazuje również pozytywną stronę życia, z udziałem sztucznej inteligencji (są to bardzo spokojne, sympatyczne istotki).

Muszę powiedzieć, że całą opowieść oglądało mi się dość przyjemnie. Komu mogę polecić ten serial? Na pewną fanom anime i osobom mającym ochotę na nieco lżejsze pozycje.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...