Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biograficzne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biograficzne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 stycznia 2013

Marzenia ściętej głowy- część kolejna.

 Pamiętacie taki wpis, z którego mniej więcej wychodziło moje uwielbienie do "Batman Beyond"? Postanowiłam kontynuować te dziwne pomysły, poczynając od tego, co mi najmocniej świta.

1. Królowa Śniegu- to w końcu Disney bierze się za filmowanie, czy nie? W każdym razie, zaliczam tę baśń do grona ulubionych. Jako dziecię z maniakalną wręcz dokładnością przeglądałam obrazki w książce, uruchamiając swoje [małe] pokłady wyobraźni. Bo wygląd Królowej, jej szaty i charakter, zawsze robiły na mnie wrażenie. Ale, żeby nie wyjść na estetkę, dodam, że historia Kaya i Gerdy stanowi dla mnie pewien moralitet. Bo oto pod otoczką (dość wartkiej) opowieści, można odnaleźć zakorzenione przesłanie. Jest ona, Gerda, kobieta odważna, ruszająca w pościg za zaślepionym Kayem. Kay to (chyba) odpowiednik przesadnego perfekcjonisty, zakochanego w wizerunku idealnym, wręcz nieistniejącym. Bo oto woli zachwycać się regularnością płatków śniegu, niż czymś ludzkim/przyziemnym. Jest suchym racjonalistą, ale też człowiekiem pozbawionym prawdziwego uczucia. Z powodu 'odłamków' ma się rozumieć. No i tu do akcji wkracza Gerda, która z totalnym poświęceniem ratuje schowane gdzieś serce Kaya. I wiecie co? Wcale by mi nie przeszkadzało, gdyby tę bajkę podzielono na kilka części, tworząc iście epicką fabułę, osadzoną gdzieś w mroźnych, skalistych klimatach. I jeszcze jedna sprawa. Fajnie by było, gdyby Gerda nosiła wieeelki, prześliczny warkocz. I w trakcie ucieczki przez las, ten warkocz musiałaby odciąć. Ale nie z miną Heleny w stylu 'muszę do wychodka'. Tylko wiecie. Z pełnym jajem.

 2. "Hellsing"- choć przenoszenie mangi na ekran zwykle kończy się dziwnie, miałabym ogromną ochotę zobaczyć pełnokrwistych aktorów. Długo zastanawiałam się, kogo by tu obsadzić w rolach głównych i ostatnio przyszło mi coś do głowy. Skoro rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii, niegłupim pomysłem byłoby dobranie brytyjskiej obsady. Oczywiście nie we  wszystkich przypadkach, ale postać Alucarda to takie minimum. No i tym właśnie sposobem, przechodzimy do sprawy zasadniczej: kto mógłby zagrać Alucarda? Ja wiem, że pewnie ktoś pomyśli, żem nie rozgarnięta, ale cały ten szał związany z promocją pewnego filmu, dał mi do zrozumienia, ze kandydat może być tylko jeden. Dlaczego? No cóż po pierwsze fizyczne podobieństwo, wzrost, postura i ziejący mroczny wygląd, który przekonałby widza, że bohater przeżył więcej niż 100 lat. I bynajmniej nie oznaczałoby to prezentowania problemów gastrycznych ("Zmierzch"). Nie pogardziłabym też mocnymi scenami. Się rozmarzyłam.

3. Biografie znanych gwiazd- zapewne teraz ziewacie słysząc ów oklepany frazes, ale śpieszę donieść, że mam na myśli dwie,(a właściwie trzy) opowieści, o starych dobrych czasach Hollywood. No wiecie: Vivien Leigh i Laurence Olivier, Greta Garbo, czy nawet Pola Negri. Ale ostatnie zadanie byłoby utrudnione, zważywszy, że w przypadku rodzimych produkcji, idea rekonstrukcji losów słynnej Polki, przeszłaby z mało szlachetnym echem. Chociaż kto wie, wszystko zależy od realizacji. I obsady. Także błagam: żadnych przereklamowanych nazwisk.

  4. Syberia- widzicie to? Wynalazki, śnieg, śnieg i wynalazki. I cudowne krajobrazy wzięte z czyjegoś mózgu. To by było tak ładne, że pewnie bałabym się w tym uczestniczyć. A tak na poważnie, to uważam, że mogliby częściej wymyślać coś niekoniecznie z tej ziemi. Prawdopodobnie się powtarzam, ale mówi się trudno. No i mamuty w wersji nie rysunkowej- to by było dość ciekawe. Podoba mi się, gdy mamy bohatera/bohaterkę, gdzieś tam sobie egzystujących, którzy nagle zmuszeni są przestawić swój biologiczny zegar o 180 stopni. By odnaleźć w sobie wewnętrznego marzyciela rzecz jasna.

Wiem, że za dużo tego nie jest, ale nikogo już chyba nie zdziwi, że nie mogłam się powstrzymać. A i jeszcze jedna sprawa: w podstawówce grałam w polską wersję językową [nikogo innego jak właśnie] "Królowej Śniegu". I tak sobie myślę, że ten motyw mnie jednak prześladuje.


środa, 18 kwietnia 2012

Love kills.


Toksyczne związki mają to do siebie, że nawet gdy się kończą, zostawiają za sobą pewien nieprzyjemny posmak. Nie inaczej rzecz ma się u Sida i Nancy- słynnej pary lat 70-tych, wyznającej zasadę "live fast and die young". Możliwe, że stanowili wzorzec dla innej, burzliwej historii (ex-Cobainowie)*. Film Alexa Coxa opowiada o losie dwójki wyżej wymienionych postaci, prezentując wizję śmierci, jaka miała miejsce kilka lat temu.

Do jednego z nowojorskich pokoi wpada zaalarmowana policja. Na ziemi znajduje zadźganą blondynkę, a na łóżku zamroczonego mężczyznę. Zabierają go na przesłuchanie, jednak nikomu nie udaje się wyciągnąć sensownych zeznań. Sid, bo tak nazywa się ów człowiek, zostaje w końcu wypuszczony za kaucją, a my cofamy się wraz z jego wspomnieniami do czasu, gdy poznał Nancy.
  
Kim tak właściwie był Vicious (Gary Oldman)? Znakiem rozpoznawczym The Sex Pistols? Gość nie dość, że nie umiał grać na basie, to jeszcze był agresywny i niszczył się do nieprzytomności. W trakcie jednej z tras koncertowych, Brytyjczyk przypadkiem trafia na Nancy Spungen (Chloe Webb)- jedną z groupies, która myli go z wokalistą Pistolsów (Andrew Schofield). Dziewczyna przykleja się do naszego bohatera, a ten daje jej pieniądze, żeby załatwiła działkę heroiny. I tak, dzień w dzień owa dwójka spędza razem swój żywot, okrojony alkoholowymi libacjami, brudem, seksem, a przede wszystkim narkotykami. Kiedy Sid przestaje być potrzebny, a menagerowie zespołu postanawiając się go pozbyć, ten za namową Nancy próbuje zająć się karierą solową. Plan niezbyt się udaje, a Vicious resztę swojego życia spędza na tułaniu się po hotelach i szukaniu dilerów. W końcu związek uzależnionych kończy się kłótnią, a Sid oskarżony o zabójstwo Nancy umiera z przedawkowania.

Jako osoba, która kiedyś interesowała się zespołem, było dla mnie wręcz oczywiste, że skuszę się na film. To dobra, szara opowieść o ludziach, których wspólny nałóg doprowadził do klęski. Całość zaś okraszona jest wszędobylską punkową muzyką z brytyjskim akcentem w tle. To, co może przeszkadzać w odbiorze seansu, z pewnością tyczy się aktorki odgrywającej Nancy- jej piskliwy, irytujący głosik nie sprawia, że będziemy z nią sympatyzować. Resztę ratuje Gary Oldman w roli Wrednego Sida (aktor w rekordowy ponoć sposób schudł do tej roli).
Jeśli macie ochotę na dramat biograficzno-muzyczny, warto obejrzeć "Sid i Nancy". Jak nisko można upaść, dowiecie się za pomocą tej obdartej z sentymentów, przykrej historii.




*co ciekawe, Courtney Love starała się o rolę Nancy

poniedziałek, 26 marca 2012

Mój tydzień z...właściwie nie wiem czym.

  Marilyn Monroe. Ikona kobiecości, ponadczasowa gwiazda, element współczesnej popkultury. Każdy, kto nie widział z nią filmów, przynajmniej ma pojęcie o tym jak wyglądała. W dzisiejszych czasach pewnie musiałaby wyglądać na chudszą wersję siebie, ale to już dywagacje na całkiem odrębny temat. Jako, że należę do zacofanych w temacie, postanowiłam dopiero w  miesiąc po Oskarowym szale zabrać się za (wszędzie już chyba rozreklamowaną) produkcję z Michelle Williams w roli głównej. 

  Zwykle, gdy bierzemy się za oglądanie biografii, w zależności od naszej wiedzy, wyrabiamy do niej własne oczekiwania. Moje nie były zbyt wysokie, ale czasami naprawdę dostawałam białej gorączki, czytając te zbulwersowane głosy krytyki na temat odtwórczyni postaci słynnej blondynki (i nie, Scarlett Johansson by się lepiej nie nadawała,takie moje zdanie). Na szczęście nie było tak źle, jak się spodziewałam.

 Cała historia opiera się na jednym tygodniu, wyciętym z życia tytułowej bohaterki. Nie będziemy jednak śledzić każdego jej kroku, ale podążać za młodym asystentem reżysera, Colinem (E. Redmayne). Ów młody człowiek, podczas realizacji "Księcia i aktoreczki" poznaje Marilyn i zaczyna coraz bardziej wnikać w jej prywatny świat.Przed rozpoczęciem filmu pojawia się również ekranowy partner Monroe- Laurence Olivier (rewelacyjny Kenneth Branagh), który wiele razy spiera się z gwiazdą w sprawach aktorstwa. Ich konflikt polega zarówno na odmiennym rozumieniu kina (wczuwanie się w postać, a teatralna maniera), jak i podejściu do pracy. Olivier, zawsze gotowy do grania, nieustannie ćwiczy kwestie w garderobie, zaś Marilyn potrzebuje czasu, żeby wyjść do tłumu, notorycznie przy tym spóźniając się na plan. 
      Jest to nie tylko swego rodzaju spór pokoleniowy, ale również obalenie mitu perfekcyjnego świata Hollywood. Colin początkowo widzi Monroe jako niedostępny, idealny twór. Gdy jednak bliżej ją poznaje, okazuje się, że ta słynna seksbomba jest nie tylko wrażliwą osobą, ale również przeżyła wiele smutnych momentów  w życiu (3 małżeństwa, brak kontaktu z matką, alkoholizm, uzależnienie od leków).

    Produkcja prezentuje się dość solidnie. Williams w roli zmysłowej Monroe poradziła sobie bardzo dobrze: jej gesty, głos i mimika przypominają kokieteryjny urok sławnej amerykanki. Branagh w roli Oliviera jest fantastyczny- buduje pewien nastrój, dzięki czemu udręki Colina (którego jest momentami za dużo) stają się mniej nużące. Samej Marilyn w filmie dużo nie znajdziecie, ponieważ jej rola została zepchnięta trochę na margines (co jest dla mnie pewnym minusem). Jednak warto jest spojrzeć na to dzieło, chociażby ze względu na dwójkę wyżej wymienionych przeze mnie aktorów.

   Fajerwerków może i nie było, ale zdecydowanie się  nie zawiodłam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...