Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 sierpnia 2013

What is it with John Luther and people he loves?

Ostrzegam, mogą pojawić się małe spoilery. Bo nie umiem pisać bez żadnych odniesień.

  Zawsze mi się wydawało, że John Luther to taki Wallander w wersji soft. Bo, choć jego wygląd nie był równie cierpiętniczy, co u bohatera Mankella, trudno stwierdzić, by sprawiał wrażenie człeka szczęśliwego,  bez emocjonalnej skazy. Jedni radzą sobie z pechem za pomocą lampki wina i tłuczenia rzewnych melodii, inni wolą twardo stąpać po ziemi i nadchodzić szybciej, niż burza. W tej drugiej grupie rzecz jasna, miałby znajdować się główny bohater serialu BBC- stacji, która jakiś czas temu wypuściła najnowszy, trzeci sezon. Czekałam z tym oglądaniem, bo najpierw mocno zwlekałam (kogoś jeszcze to dziwi?), ale jak już się wciągnęłam, pochłonęłam tę serię w try miga. I cieszy mnie niezmiernie, że kontynuacja nie tylko utrzymała swój dobry poziom, ale i zostawiła nas z dość interesującym zakończeniem otwartym. 

   Znów, po kilkosekundowej [genialnie klimatycznej zresztą] muzycznej sekwencji autorstwa Massive Attack, powracamy do zadymionych przecznic Londynu, w których niebezpieczni przestępcy są równie trudni do namierzenia co niegdyś. W pierwszym i drugim odcinku komisariat zmagać się będzie z mordercą-naśladowcą, lubującym się w rytuałach o charakterze sado-maso. Na kim się wzoruje? Dlaczego to robi? Te proste pytania, to oczywiście punkt podparcia dla rozwinięcia fabuły, która- jak to z "Lutherem" bywa, zgrabnie splata dochodzenie z prywatnymi kłopotami naszego bohatera. Bo oto nie tylko dojdzie tu kolejne, dodatkowe śledztwo, które ktoś koniecznie zapragnie mu wcisnąć. Na karku DCI Johna L. będą też dyszeć ludzie, próbujący wyrównać z nim rachunki. Zatem, po raz kolejny zobaczymy DS Erin Gray, a także dyrygującego akcją (i prawdopodobnie inicjatora pomysłu) DSU George'a Starka, czasowo przywróconego do służby. Oboje-choć z przewagą w stronę męską jeśli chodzi o brak bycia fair, szukają dowodów na wykroczenia, których ich zdaniem dopuścił się John Luther. I, choć wydawać się może, że nie znajdą wielu pobratymców, na ich stronę uda im się przekabacić jednego z policyjnych towarzyszy Johna. Ta narastająca z dnia na dzień szarpanina, robi się coraz bardziej stresująca, w chwili, gdy zakonspirowani gliniarze, postanowią trącić w najczulszą strunę, czyli nachodzenie najbliższych. Co najlepsze, rozwiązanie całej sprawy rozkłada się na wszystkie 4 epizody, więc nie mamy do czynienia z zbędnym doczepianiem wątków. 
   Drugie i równie istotne śledztwo, tyczy się tak zwanego mściciela, który postanowił wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Tom Marwood nie doczekał się adekwatnego wyroku, kiedy gwałciciel i morderca jego żony został zwolniony po odsiedzeniu (tylko!) połowy wyroku. Ten fakt bardzo mocno wpłynął na psychikę Toma, czego dowodem będą coraz częstsze eskapady w celu powybijania najgorszych społecznych mętów. Tylko, że ta [rzekoma] dobra wola szybko zmienia się w nieskoordynowany chaos i przeświadczenie o decydowaniu kto powinien umrzeć. Dobre intencje ekspresowo zmieniają się w szalone intencje, a konsekwencje czynów, prowadzić będą do niezwykle dramatycznych i przykrych wydarzeń. Bo tu nie ma ludzi kuloodpornych, jest krew i ofiary-a i sam mściciel szybko stanie się zaprzeczeniem samego siebie. Posunie się do najbardziej drastycznych i okrutnych metod, by tylko dokonać zemsty, próbując przy tym wypaść dobrze przed kamerami. Tylko jedna osoba jest wstanie powstrzymać Marwooda. Jednak czy da radę, biorąc pod uwagę, ile rzeczy/osób zdążyło się już przeciw niemu obrócić?
  
Fanom przyśpieszonej akcji serca przypadnie do gustu scena na dachu wieżowca i sam pościg za wyżej wspomnianym mścicielem. Nie da się też ukryć, że bez Idrisa Elby, serial nie zyskałby tak dużej popularności. Oddał w stu procentach charyzmę i silny charakter Luthera, który za skorupą twardego gliny, kryje wewnętrzne troski- a jej kwintesencją jest obecne mieszkanie komisarza. W chwili gdy Mary-nowo poznana sympatia, wkracza w te nieco zmurszałe pokoje, ma się wrażenie jakby była wśród najbardziej intymnych wspomnień Johna [nawet policyjny partner Ripley nie był w tym domu, więc o czymś to świadczy]. Portet Zoe wciąż stoi na honorowym miejscu i widzimy nawet pocztówki z różnych zakątków świata. Od razu zorientowałam się kto w taki sposób mógł zaznaczyć swoją obecność, ale już nie będę psuć nikomu zabawy. Długo też zastanawia ów dodany związek dwojga ludzi na różnych życiowych zakrętach. Bo czy Luther faktycznie szuka tej prawdziwej miłości, czy może tylko namiastki stałego uczucia, które pamiętał będąc z Zoe? A co z samą Mary, która już na starcie stoi na straconej pozycji, zwłaszcza gdy obcy ludzie wciskają jej bez pardonu teczkę z nazwiskiem Johna Luthera? Mało oczywisty jest to element, bo choć został w jakiś sposób dopowiedziany, wciąż pozostaje frapującym zalążkiem.
    Co zaś tyczy się niespodziewanych powrotów, szczęśliwa jestem, że twórcom udało się raz jeszcze złączyć losy Luthera z Alice Morgan. Owszem-mało to romantyczne w prawdziwym życiu, ale ogromną frajdę sprawia oglądanie przestępczyni w wydaniu a la heroina w natarciu. Po raz kolejny pojawia się wtedy, gdy John pakuje się w jakieś tarapaty i nie omieszka przy tym skomentować obecnego związku Luthera (Tinker Bell, seriously? Czemu ja na to wcześniej nie wpadłam). Socjopatyczna morderczyni zyskująca sympatię-tak, tu jest to możliwe, spytajcie widzów. Zdaję sobie też sprawę, że jeden moment wydaje się mocno nieprawdopodobny [scena z drzwiami], ale gdyby wszystko od samego początku opierało się na krzywym realizmie, praktycznie wszyscy bohaterowie (a zwłaszcza Luther) gryźliby piach w mniej lub bardziej spektakularny sposób. Dalej-chemia między Ruth Wilson, a Idrisem Elbą na ekranie jest podana w najbardziej satysfakcjonującym sosie. Bo wspólne przygody- tudzież wzloty i upadki, raz na zawsze splątały ich w nieskoordynowany węzeł uczuć, przypominający coś więcej, niż przyjaźń. Zwieńczeniem tej kwestii jest właśnie epizod na moście, kojarzący się z pierwszymi odcinkami serii. Wreszcie John Luther może pozbyć się tego wyświechtanego płaszcza i ruszyć dalej. A dokąd? Cóż, to już zależy wyłącznie od nas.

 Brytyjczycy raz kolejny pokazali, że siła serialu może leżeć w technicznym dopracowaniu, świetnej grze aktorskiej (Złoty Glob chyba nadal coś znaczy), a przede wszystkim jakości historii, która choć nie jest najdłuższa, idealnie wpasowuje się w uniwersum depresyjno-kryminalnego światka, w którym jesteśmy równie bierni, co ci policjanci. Nie zawsze udaje się wszystkiemu zapobiec, nie zawsze też jest się nieomylnym. Plus to jedna z tych produkcji, które ogląda się do ostatnich napisów. Sprytne posunięcie. Trzeci sezon uważam za udany.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Favorite evil guys since moje widzimisię.

Sponsorem wpisu jest niejaki Brick Top, któremu lepiej nie podpadać.
 Każdy z nas ma zestaw ulubionych postaci (pop)kultury, które nie są w pełni dobre. Nie wiem jaki procent z tego hobby wpływa na tzw. życie osobiste, ale jednego jestem pewna: poznasz kumpla swego po wyborze złego. Jednak zdając sobie sprawę, że nie każdy ma ochotę na powtórkę z rozrywki, autorka dobrowolnie zrezygnowała z peanów na cześć bohaterów wampirycznych (o nich już był wpis), jak również wszelkich  Lokich, a  już w szczególności Littlefingerów- bo Lord Baelish jest najczęściej pojawiającą się frazą źródeł ruchu sieciowego i wypadałoby popisać się większą erudycją. Cykl jest rzecz jasna subiektywny i poniekąd dyletancki, a dotyczy jedynie panów. 

1. Le Chiffre Madsa Mikkelsena- oczywiście, duński aktor ma za sobą również bardziej pozytywne wcielenia- jak na przykład to w "Jabłkach Adama", ale nie ukrywam, że najbardziej lubię, gdy jest wredny. Nie chodzi tu jednak o ten typ cholerycznego zatracenia a la Hades z "Herkulesa" [no i znów to nawiązanie, żenada], ale inteligentne i mocne riposty rodem z "Casino Royale". Bo Le Chiffre to nie tylko jeden z najfajniejszych przeciwników Bonda, ale przede wszystkim świetnie wykreowana postać. Cenię go zarówno za to, jak blefuje przy kolejnej partii kart, jak i wtedy, gdy znęcając się nad Bondem będzie wcześniej krwawić z oka. A ponieważ Suzarro ma ostatnio bardzo nieprzyjemne doświadczenia związane z zabiegiem usunięcia gradówki, solidaryzuje się z wszelkimi nemezisami o podobnej przypadłości*.

2. Hannibal- taki typ, który mimo, iż nie zieje ogniem, nie jest wcale mniej przerażający. Lecter reprezentuje zimną, barokową elokwencję, połączoną z dozą tajemnicy i zamiłowaniem do sztuki kulinarnej. W jego domu nie uświadczysz śladów kurzu na przedmiotach, lecz kieliszek wina i klasykę płynącą z głośników. Jestem fanką Lectera z najnowszego serialu stacji NBC, bo tak bardzo różni się od lansowanego współczesnego wzorca [sławy], że aż miło. Ta wyraźna bromance'yzacja Lectera względem Willa- i jego niekonwencjonalne zamiary, są tylko przygrywką do smakowitej końcówki, pełnej mnóstwa pytań bez odpowiedzi. Nie ukrywam też, że jestem zadowolona z wizualnych walorów Dancy'ego i Madsa [a to, co fandom wyczynia odnośnie kwestii Graham-Lecter jest istną wisienką na torcie].
3. Agent Smith- nie ma "Matrixa" bez Hugo Weavinga. Z pewnością są i tacy, którym mocniej kojarzy się on z "Władcą Pierścieni", lecz ja jestem fanką bardziej współczesnego wcielenia. Smith ma w sobie ten ciekawy rys krnąbrnego-aż-po-kości [tudzież program] przywódcy, który pozostaje na długo w pamięci. Już dziecięciem będąc, zdałam sobie sprawę, że to jak Weaving akcentuje 'Mr Anderson' jest nie lada sztuką. Bo można być agentem, lubiącym ścigać rebelianckich reprezentantów Syjonu, ale trzeba jeszcze zrobić to w ten sposób, by nie wyjść karykaturalnie i pozostać lekkim.

4. Ramsay Snow- długo zastanawiałam się nad tym, czy Barry z "Misfitsów" podoła dość wymagającemu zadaniu (fani serialu i książki kontra entuzjaści samych odcinków), ale szybko wyszło na to, że wpasował się w akcję jak ulał. Choć nie nadrobiłam ostatnich odcinków GoT**, oczom moim nie umknęły makabryczne sceny zabaw, które tak bardzo męczyły Theona, że w pewnym momencie zaczęłam mu współczuć. Choć nie jest to totalne odwzorowanie wizji George'a cliffhanger'a Martina, nie mogę powiedzieć, bym czuła rozczarowanie odnośnie obsady [co innego Gendry]. By okazać jeszcze większą zawadiackość bękarta Boltona, Iwan Rheon postanowił dać mu większy wytrzeszcz i  to maniakalnego spojrzenie, które jest bardzo konieczne. Chyba nie muszę dodawać, że jestem na tak.

5. Magneto- niejednoznaczne postaci lubią angażować serce widza, zwłaszcza posiadając traumatyczne wspomnienia aka ciężką przeszłość. W tym wypadku, ewolucję Magneto uzasadnia trudne doświadczenie życiowe (II wojna plus inne rzeczy, których nie będę zdradzać)- jak i również otoczenie, które widział w najciemniejszych barwach. Erik, w wykonaniu elastycznego jak zawsze Fassbendera, to nie tylko ktoś pragnący zemsty, ale przede wszystkim Mutant, szukający ludzi podobnych do siebie. Nawet, gdy na drodze stanie jego najlepszy przyjaciel, postanowi wybrać drastyczniejsze metody, by osiągnąć swój cel. Bo charakter to nie tylko geny, ale przede wszystkim umiejętność sterowania swymi demonami.

6. Charlie Stoker- to akurat będzie całkowita kalka z ostatniego posta, bo nie mam zamiaru nakręcać się jak pozytywka. Jeśli nigdy nie widziałaś/eś jak oczami można spowodować nieprzyjemne odczucie w żołądku, przyjrzyj się kreacji Matthew Goode'a.

7. John Doe bądź Frank Underwood- Kevin Spacey nawet kiedy zjawia się na 5 minut, to wyraża więcej, niż rozbudowane monologi [wybacz, Hamlecie]. Mimo, iż amerykański kongresem bardziej nadaje się na bycie wrogiem numer jeden kraju, jakimś cudem zawsze wybrnie z tzw. bagna, nie tracąc przy tym odpowiedniego humoru. Tak bezwzględnie pewnej siebie  i zarazem rzeczywistej postaci świat seriali dawno nie widział (Dexter wymierzający sprawiedliwość 'bardzo złym ludziom' jest zupełnie inaczej odbierany)- więc tym bardziej postać Underwooda plasuje się w cyklu tych nietuzinkowych. A odnośnie Johna Doe- wystarczy spojrzeć na  "Siedem" Finchera. Czasem jakość naprawdę przerasta ilość.

Ps. Wpis z paniami wciąż brany jest pod uwagę.

*Pisanie w trzeciej osobie tylko podkreśla mój ogromny weltschmerz doczesny.

** Irytujące podniecanie się deszczami Castamere i Krwawymi Godami tylko mocniej przyszpiliło mnie, by nie napisać nic o serialu. Okropne uczucie. 

A Wy, macie swoich ulubieńców?

środa, 2 maja 2012

Gangsta paradise.

Dziś będzie nieco krwawiej niż zwykle, czyli mały wpis o filmach gangsterskich. Tak się jakoś złożyło, że kultowego "Człowieka z blizną" nie dane mi było obejrzeć w całości- winię za to po części publiczną telewizję i jej genialne pomysły na godziny nadawania. W końcu udało mi się nadrobić tę jakże haniebną kwestię i postanowiłam co nieco opowiedzieć na temat słynnej produkcji lat 80-tych, która, choć nie doceniania przez krytyków, stała się dziełem niezwykle rozpoznawalnym (a Ala Pacino na stałe umieściła na piedestale sławy).

Reżyser Brian De Palma  inspirując się filmem z lat 30-stych, opowiada nam historię jednego z kubańskich emigrantów, który wyruszył do Stanów Zjednoczonych  w 1981 roku. Tony Montana (Al Pacino), należy do grupy tzw. niepokornych dupków, którzy nawet w obliczu klęski nie rezygnują z życia na całego. Już na samym początku widać, że swojego pobytu bynajmniej nie obiera w kierunku zbierania truskawek. Pyskuje przesłuchującej go policji, a żeby wyrwać się z kolebki cudzoziemców, postanawia wykonać pewne zlecenie- czyli zabójstwo. Dzięki temu znajduje posadę  u kucharza- którą od razu porzuca, gdy tylko udaje mu się wynegocjować kolejną brudną robotę. Interes w tego typu kręgach pozwala na szybki awans, więc Tony ze zwykłego kilera wyrasta w końcu na jednego z członków narkotykowego gangu  Lopeza. Oczywiście to mu nie wystarcza, a w dodatku ma chrapkę na kobietę swojego szefa (w tej roli perfekcyjnie smukła Michelle Pfeiffer). Postanawia działać na własną rękę i po jakimś czasie udaje mu się zdobyć mnóstwo udziałów. Takiego stylu życia od od początku nie akceptuje matka Tony'ego, która  próbuje chronić młodszą siostrę Montany (Mary Elizabeth Mastrantonio) od jego wpływu. Jak wiadomo chciwość i agresja nie popłaca, a Tony, choć osiąga coraz większą władzę i pieniądze, staje się nie tylko jeszcze bardziej brutalny i zgorzkniały, ale również przestaje panować nad samym sobą. W pewnym momencie wybucha, a ten wybuch może kosztować jego cały dorobek życia..

Cóż można powiedzieć więcej o tym filmie? Mnogości kultowych scen pewnie nie da się policzyć na palcu jednej ręki, a muszę powiedzieć, że oprócz wielokrotnie powielanego "Say hello to my little friend" istnieje parę innych, dobrych motywów (np. końcowa scena w basenie). Podobała mi się również elektroniczna muzyka, która na myśl przywodziła mi trochę "Mechaniczną Pomarańczę" Kubricka. Cały klimat światka przestępczego jest co prawda  inny niż w "Ojcu chrzestnym", ale doskonale charakteryzuje sportretowany, ówczesny czas: ludzie giną tu szybko, pieniędzy jest dużo, kokaina leży na stole gotowa do wciągania, a wszystko to odbywa się w rytm tanecznych utworów burzliwych lat osiemdziesiątych. Można by rzec, że główny bohater jest równie zły jak cały ten szybki biznes, który przecież dzieje się na każdym kroku.

 No cóż, "Człowiek z blizną" to jeden z tych filmów, który albo wszyscy widzieli, albo przynajmniej kojarzą. Ja w końcu mogę w pełni uznać się za jedną z jego fanek.


poniedziałek, 13 lutego 2012

"Immigrant song" i przemoc wobec kobiet w tle- Millennium, podejście 2.

   Przed seansem tego filmu postanowiłam nieco oczyścić swój umysł: próbowałam nie myśleć o tym, że widziałam już skandynawską wersję, a obawy przed nieuchronnym filmowym deja vu, próbowałam zostawić w dalekiej otchłani pamięci. Na szczęście, całe to moje niechętne nastawienie, jakie występowało przed wejściem na salę kinową, zniknęło wraz z rozpoczęciem się projekcji  (naprawdę zaczynam mieć dosyć tych idiotycznych reklam Biedronki).

   Początkowa sekwencja filmu, wprowadza nas w główny wątek: będziemy świadkami badania kryminalnej zagadki z przeszłości pewnej bogatej rodziny. Oczywiście, nie jest to jedyny powód, dla którego postanowiłam jeszcze raz zetknąć się z interpretacją powieści Larssona, ale o tym za chwilę. 
Jak wiadomo David Fincher znanym reżyserem jest, więc miałam jako takie oczekiwania, do tego, co postanowi nam pokazać. I muszę tu powiedzieć, że otwierające całą historię intro, będące coverem utworu Led Zeppelin, było fantastycznym pomysłem. Muzyka Trenta Reznora (zeszłorocznego laureata Oscara za ścieżkę dźwiękową za "The Social Network"), stanowi idealne dopełnienie klimatu surowej, zimowej Szwecji. Nadaje dobre tempo filmowi, co jest ogromnie ważne, zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie kiepską kontynuację "Matrixa" (w dużej mierze za porażkę uważam tu właśnie niedograne sytuacyjnie utwory).

    Nie będę oryginalna, jeśli powiem, że najbardziej obawiałam się, jak wypadnie Rooney Mara w roli nieprzeciętnej Lisbeth Salander (o Craiga byłam raczej spokojna). Cieszy mnie, że udało jej się pokazać swego rodzaju problematyczność postaci, w sposób inny, niż zrobiła to Noomi Rapace. Wizualnie od początku bardziej mi odpowiadała, ale to, co pokazała na ekranie utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to LEPSZA adaptacja powieści. Ciąg sytuacyjny w "Dziewczynie z tatuażem" jest logiczny, nie wydaje się rozczepiony, jak czasem miało to miejsce w szwedzkiej wersji i występował tu większy swego rodzaju naturalizm.  Te ponad dwie godziny szarej, brutalnej niekiedy opowieści, minęły mi bardzo dobrze i jestem skłonna powiedzieć, że jest to jedna z lepszych produkcji tego roku. Z niecierpliwością oczekuję na kolejne dwie części.

środa, 14 grudnia 2011

Mężczyźni z problemami i kobiety, które igrają z ogniem.

    Filmy na podstawie książek zawsze będą nosić na sobie piętno pierwowzoru. Te nawet najlepiej zrealizowane,  nigdy w stu procentach nie zadowolą każdego fana (znajdą się tacy, co szukać będą we wszystkim przysłowiowej dziury w całym). Tym bardziej z ciekawością (i lekkim sceptycyzmem) zabrałam się za szwedzką produkcję pierwszej części "Millennium", z podtytułem "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet".
      Od razu uspokajam: film dość wiernie odtwarza zamysł pisarza. Jest tajemnicza zagadka morderstwa z dawnych lat i intrygujący bohaterowie, którzy na szczęście są w miarę dobrze nakreśleni. Najlepiej sprawdziła się tu  Noomi Rapace, w roli młodej hackerki, Lisbeth Salander (nie jest wcale łatwo zagrać postać tak specyficzną). Jeśli chodzi o dziennikarza Mikaela Blomkvista, jego charakter i sposób bycia przypomina ten książkowy, chociaż wizualnie nie jest to ta sama postać, którą przedstawia autor (o wiele bardziej pasuje tu Daniel Craig, który występuje w amerykańskiej adaptacji tegoż dzieła). Co prawda parę wątków zostało tu pominiętych i nieco zmienionych (jak dla mnie za mało było ukazanych relacji między Blomkvistem a Eriką), ale film jest dość długi (trwa ponad dwie godziny) i dość dobrze odwzorowany. Dużo robi tu klimat samej Szwecji i nastrój jaki panuje wokół zdarzeń (zwłaszcza widać to wśród rodziny Vangerów, kiedy czują się zagrożeni z powodu wznowionego śledztwa).
        Jeśli zatem jesteście fanami kryminałów i czytaliście książkę (bądź nie), myślę, iż jest to pozycja warta obejrzenia (swoją drogą, zbliża się wersja Davida Finchera, której również jestem ciekawa).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...